Po tygodniu przerwy dostaliśmy tym razem nie jeden, a dwa odcinki Born Again. Oba uznaję za udany seans, ale mam uwagi.
Drugi odcinek cierpi na problemy z tempem i nie wnosi prawie nic nowego. W pierwszym mi to nie przeszkadzało, ale tutaj już zaczynało lekko męczyć i momentami traciłem zainteresowanie. Musiałem go sobie przypominać, pisząc te wrażenia, bo prawie nie pamiętałem, co się w nim działo. Dlatego tym lepiej, że wyszedł razem z odcinkiem trzecim, gdzie fabuła nareszcie ruszyła do przodu.
Sam odcinek drugi, mimo wolnego tempa, ma jednak co najmniej kilka elementów, o których warto wspomnieć. Cała sekwencja w szpitalu jest na plus. Dalej widzimy, jak grupa zadaniowa robi co chce, i miło było zobaczyć, jak policjanci lojalni wobec Cherry’ego stają w jego obronie. Od razu przypomniała mi się ta komiczna scena z finału pierwszego sezonu, gdzie Matt mówił o zbieraniu armii, a zobaczyliśmy Josie, Karen, Cherry’ego i kilku policjantów. Mieli tutaj choć minimalny wpływ na wydarzenia, no i jest to historia o walce o duszę miasta, dlatego dobrze, że widzimy, jak zwykli obywatele też zaczynają sprzeciwiać się rządom Fiska. Zobaczyliśmy też w tej sekwencji Bullseye’a i zarówno końcówka pierwszego odcinka, jak i ten krótki występ tutaj dają mi nadzieję na ciekawe rozwinięcie jego wątku. Liczę na więcej scen pokroju ucieczki z więzienia przy użyciu wybitego zęba. Była fantastyczna. Podobnie to, jak Bullseye prześladuje Vanessę, również jest dobrze budowane i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.
Cieszę się, że pamiętają o postaciach z oryginalnego serialu, takich jak siostra Maggie, i mam nadzieję, że wrócą, a nie tylko będą wspominane, jeśli nie w tym sezonie, to w kolejnym. Podobnie miłym akcentem było przypomnienie, że trio Matt, Foggy i Karen było sercem baru u Josie.
Ze scen, które się jeszcze wyróżniają, muszę wymienić rozmowę Matta i Karen, równoległą do konwersacji Fiska i Vanessy. Podobała mi się, bo pokazywała, że i Matt, i Kingpin wierzą, że są bohaterami swojej własnej historii. Jest to serial o Daredevilu i wiadomo, kto tu jest dobry, a kto zły, ale ważną cechą Kingpina w komiksach i w serialu jest to, że kocha Nowy York. Aczkolwiek ciężko było się nie zaśmiać przy dialogu małżeństwa Fisków, jeśli zna się kultową kwestię ze Star Wars „I don’t like sand”. Z kolei wymiana zdań między Karen i Mattem razem z krótkim momentem tańca dała fajny moment luzu i odetchnięcia dla postaci, pozwoliła im po prostu porozmawiać i zapomnieć o problemach, a takie momenty są ważne.
Udało się w tych dwóch odcinkach przemycić kilka momentów bardzo fajnego humoru. Niesamowicie mi się podobała scena otwierająca trzeci odcinek z przesłuchaniem członka AVTF. Daredevil dobrze gra złego glinę, chociaż wie, dzięki swoim mocom, że pojmany mężczyzna mówi prawdę. Dochodzi do tego jeszcze świetna chemia Matta i Karen. Zapadł mi też w pamięci moment, kiedy Daredevil sięga po spluwę, udając, że zaraz zastrzeli członķów grupy zadaniowej, a potem tylko się uśmiecha i kontynuuje walkę wręcz.

Jednym z najważniejszych wątków jest oczywiście „proces” Swordsmana. Cudzysłów, bo wszyscy zdają sobie sprawę, że to tylko farsa, o czym mówią nawet same postacie, a najmniej zaskoczony wyrokiem jest sam oskarżony. Chciałbym, żeby proces potrwał trochę dłużej. Domyślam się, że mógł to być celowy zabieg, aby pokazać, jak wszystko od początku jest przesądzone, ale nie wywołał we mnie aż takich emocji jak proces White Tigera z pierwszego sezonu. Pomimo tego, cała otoczka wokół rozprawy i jej wpływ na fabułę działają bardzo dobrze. Chyba najlepiej działa tu postać Kirsten, która robi wszystko, aby bronić swojego klienta. Mimo, że widzi, jak wszystko jest przeciwko niej, nie poddaje się do samego końca. Jack też wypada super, zarówno za sprawą aktora, jak i postaci, bo doskonale zdaje sobie sprawę z beznadziejności sytuacji. Oprócz tego, podobało mi się, jak wszyscy monitorowali ten proces i jak stanowi on pierwszy punkt przełomowy w tym sezonie. Służy on jako pokaz władzy Fiska i tego, która ze stron konfliktu aktualnie wygrywa.
Wspomniałem o Kirsten, ale reszta drugiego planu też jest dobrze budowana. Najlepiej wypada chyba Buck. Jego rozmowa z Heather i metafora dworu bardzo mi się podobała. Podobnie dialog Daniela z Fiskiem o tym, że jego celem jest chronić właśnie Kingpina.
Przy poprzednim omówieniu pisałem, że brakuje mi walk na takim poziomie takim jak w oryginalnym serialu, i tutaj w końcu się doczekałem. Już walka pod koniec drugiego odcinka była zauważalnie lepsza, natomiast sekwencja ucieczki z więzienia Fiska była fantastyczna. Były bardzo ładnie nakręcone, miały w sobie sporo fajnej komiksowości, głównie za sprawą tego, jak Matt korzysta ze swojej billy club, no i Swordsmana też się fajnie oglądało.
Dalej podoba mi się, że twórcy pamiętają o zmysłach Matta, np. w tym, że podczas ataku na bar Josie jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było zniszczenie głośnika. Podobnie ukrycie zegarka w skrzyni z bronią w pierwszym odcinku, co teraz miało swój payoff.
To, co jeszcze przed premierą serialu wydawało mi się problematyczne i rzeczywiście takie jest, to brak ludzi w maskach w tym serialu. Bardzo dużo się o nich mówi, ale w ogóle ich nie widać. Można przyjąć, że gdzieś funkcjonują Spider-Man, Iron Fist czy Luke Cage, ale nie mają żadnego wpływu na tą fabułę. W Nowym Jorku nie widać działalności żadnych vigilanties poza Daredevilem. White Tiger nie żyje, a Punishera i Bullseye’a ciężko uwzględniać w tym równaniu. Jeśli chodzi o Swordsmana, który faktycznie ma swój wątek, widzieliśmy go w akcji tylko w tym odcinku i wcześniej na filmiku nagranym komórką. Ciężko w tej sytuacji brać na poważnie wojnę Fiska przeciwko superbohaterom, kiedy jego prywatne więzienie dla ludzi w maskach niemal w całości składa się ze zwykłych obywateli z łapanek.
Po dłuższym wstępie Born Again zaczyna się rozkręcać. Mam coraz więcej nadziei na kolejne odcinki. Liczę, że słowa krytyków się sprawdzą i będzie tylko lepiej.
A wy jak oceniacie powrót Daredevila? Dajcie znać na naszej stronie na Facebooku lub w grupie Polifonia fantastyczna!


Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






