K-popowe łowczynie demonów nie tylko okazały się nowym hitem Netflixa, ale też zatrzęsły rynkiem muzycznym – piosenki ze ścieżki dźwiękowej tej animacji biją wszelkie rekordy ustanowione przez takie tuzy k-popu jak BTS. Co by nie mówić, jest to imponujące osiągnięcie! Ale jak sam film? Czy zasługuje na swoją obecną popularność, czy jednak trochę wydmuszka? Zapraszamy do lektury naszych wrażeń!
Rad: Mnie zachwycił w dużo większym stopniu niż myślałam, a nawet nie miałam go w planach. Obejrzałam trochę przypadkiem w ramach wspólnego seansu na clairobscurowym discordzie i przepadłam. Mieszane style animacji, muzyka i historia są cudowne. Nie oczekiwałam wiele, bo wiecie, sam tytuł brzmi absurdalnie i jak rozrywka niskich lotów, plus dla dzieci, więc podeszłam do filmu z umiarkowanym entuzjazmem. Przy pierwszej scenie, w której bohaterki w widowiskowy sposób pochłaniają stertę jedzenia, pomyślałam sobie, tak, to ten rodzaj filmu dla dzieci, trochę głupiutki, kolorowy. A później była pierwsza piosenka i przewspaniała animacja walki z demonami i już wiedziałam, że oceniłam go zbyt pochopnie. A dalej było tylko lepiej, zarówno pod względem fabuły jak i muzyki. K-popowe łowczynie demonów mają najlepszą ścieżkę dźwiękową, jaką do tej pory słyszałam w animacji. Ja na co dzień nie słucham k-popu, znam może kilka piosenek i nie jest to gatunek muzyczny, który miałby moją uwagę, ale albumu z filmu słucham na okrągło. To są perfekcyjnie napisane piosenki, które pasują do akcji w filmie i z powodzeniem funkcjonują poza filmem, zarówno te zabawne, ale wpadające w ucho (jak Soda pop), jak i te bardziej mroczne (uwielbiane przeze mnie Your Idol). Golden już od pierwszych nut brzmi jak wielki hit radiowy i myślę, że gdyby go ktoś faktycznie puścił na antenie, to nikt ze zwykłych słuchaczy by się nie domyślił, że to z bajki dla dzieci. Bo taka ścieżka dźwiękowa z Clair Obscur jest wspaniała, ale poza grą, dla osób bez znajomości materiału źródłowego, to już nie brzmi tak dobrze. Fabuła z czasem też nabiera głębi i uderza w poważniejsze tony, takie jak brak akceptacji, porzucenie czy wieczne cierpienie demonów. No i przecudowne postacie Derpy i Sussy. Ta sroka w kapeluszu jest wspaniała, chcę ich więcej. Sony zdecydowanie podniosło poprzeczkę, jak robić dobre, poruszające animacje, które przy świetnej rozrywce grają na emocjach widza i skłaniają do refleksji. Nie spodziewałam się, że K-popowe łowczynie demonów trafią na listę moich ulubionych filmów, ale zdecydowanie zasługują na uznanie. Wiem, że w filmie jest też masa nawiązań do kultury koreańskiej, ale nie znam jej na tyle, żeby zgrywać ekspertkę. Dowiedziałam się, że stroje Saja Boys w kulminacyjnym momencie filmu nawiązują do koreańskiej wersji grim reapera i dla mnie to wyśmienite nawiązanie. Tak samo jak subtelne umieszczenie demonicznych znamion na ich ubraniach w scenie spotkania w studiu przed pójściem do łaźni. Niemal każdy z nich ma albo delikatny wzór swoich znaków na ubraniu.

Kira: Nie spodziewałum się, że to obejrzę. K-pop to nie za bardzo moja bajka, choć muzycznie jestem osobą, która posłucha każdej muzyki raz, a muzyka, jaką lubię nazywa się “muzyką, która lubię” bo nie lubię się ograniczać. Mój jedyny kontakt z k-popem jednak to kilkoro mutualsów na tumblrze, gdzie nie blokuję żadnych kpopowych tagów w ramach zostawiania sobie szerokich horyzontów. Z początku więc uznałum, że to nie jest film dla mnie, ale po kilku dniach coraz więcej znajomych zaczęło go chwalić więc pomyślałum, że sprawdzę o co chodzi.
No i… doskonale się bawiłum. Niespecjalnie mam wiedzę na temat koreańskiej kultury pozwalająca mi w pełni docenić (lub skrytykować) detale i fabułę (poza łaźniami, z racji mojego ostatniego researchu), ale był to bardzo przyjemny film, animacja mi się podobała, podobały mi się nie całkiem poważne kawałki, fabuła, choć prosta, miała wewnętrzny sens, muzyka była przyjemna dla ucha (nie zawsze pop w tym stylu mi leży: czasami mnie irytuje, a czasami przelatuje mi przez głowę i pół godziny później nie umiem już powtórzyć melodii; w tym przypadku było inaczej). Jestem też fanem sceny z jedzeniem, bardzo lubię, jak bohaterkom pozwala się jeść, zwłaszcza stereotypowo “niezdrowe i tuczące” rzeczy, i jak mogą się nimi radośnie opychać.
Jestem pewnu, że wiele rzeczy przelatuje mi nad głową, ale jestem dowodem na to, że to doskonały film i dla laików.
Aleksandra: Do obejrzenia K-popowych łowczyń demonów zbierałam się kilka dni. Choć k-dramy nie są mi obce, a single BTS co jakiś czas lecą w słuchawkach, to przy tej propozycji Netflixa stwierdziłam „Ot, kolejna animacja dla dzieci”. Jednak każdy może się mylić, bo gdy w końcu ją włączyłam, przepadłam i to po pierwszych minutach. Od samego początku widać ile serca i pracy włożyli twórcy filmu, by oddać klimat i tradycje Korei. Dostaniemy tam nawiązania historyczne w postaci duetu jednych z najlepszych animacyjnych zwierzaków – tygrysa i sroki (czemu było ich tak mało w tej historii!), charakterystyczną broń z ornamentami, elementy hanboków jak norigae, które dodatkowo odzwierciedlają charaktery bohaterek czy wszechobecny kult artystów, mocno zakorzeniony w popkulturze. Całość wizualną dopełniają szczegółowo przygotowane kadry najpopularniejszych atrakcji Seulu. Jednak to, co zasługuje na najwyższe wyróżnienie, to soundtrack. I to nie byle, jaki. Każda z piosenek oddaje stan, w jakim aktualnie znajdują się bohaterowie. Na start pełen energii opening w postaci How it’s done i rozświetlające mrok Golden, które spokojnie mogłoby powalczyć o miano hitu lata. Następnie zabawne Soda pop, którego nie sposób pozbyć się z głowy oraz Free, dla tych, którzy szukają własnej ścieżki. Pomiędzy Strategy czy Takedown budujące napięcie i tworzące tło wydarzeń. I na koniec mój top of the top – demoniczne, z lekka hipnotyzujące My Idol wraz z nostalgicznym What it sounds like, a wszystko w najlepszym muzycznym wydaniu. To drugi raz (zaraz po Daisy Jones and The Six), kiedy piosenki z filmu tworzą tak magiczny klimat, dając wrażenie, że spokojnie mogłyby istnieć bez niego, śpiewane przez topowych artystów podczas ich tras. Skalę muzycznego szaleństwa pokazują chociażby milionowe streamy zanotowane przez Universal. Cóż, dzieje się to samo, co w filmie, gdy Huntrix wypuścił Golden, a ich notowania poszybowały w górę, przejmując kontrolę nad mediami społecznościowymi i sercami milionów osób.
Oj, na miejscu Disneya wyciągnęłabym lekcję od twórców K-popowych łowczyń demonów, jak zrobić hit, który stanie się obsesją wielu widzów i zawładnie ich duszami nie dając o sobie zapomnieć.

Respice: K-popowe łowczynie demonów to absolutna petarda. Połączenie klimatu rodem z koreańskiego przemysłu muzycznego i fantasy działa zaskakująco dobrze, tak jak w przypadku wielu popularnych koreańskich tv dram. Dziewczyny walczące z demonami w rytm hitów inspirowanych prawdziwymi k-popowymi zespołami? Biorę w ciemno.
Muzyka – kapitalna! Piosenki brzmią jakby naprawdę mogły wylądować na listach przebojów obok BTS, BLACKPINK czy NewJeans. Każda walka to praktycznie nowy teledysk i to działa świetnie, zarówno pod kątem narracji, jak i czystej frajdy z oglądania.
Jednak największe wrażenie robi animacja – odpowiedzialni za nią są twórcy Spiderverse i to naprawdę widać. Każda scena to graficzne cudo: pełne koloru, energii i dynamiki. Jasne, trochę boli, że musimy tak długo czekać na kolejną część Spiderverse, ale jeśli efektem ubocznym tej przerwy są takie perełki jak Łowczynie, to nie mam aż takiego żalu. Polubiłam ten film do tego stopnia, że zainteresowałam się tematem nieco bardziej i dogrzebałam się wielu smacznych ciekawostek. Żeby daleko nie szukać, ruchy ust bohaterów były podobno wzorowane na tych zgodnych z wymową w języku koreańskim, co nie tylko ma bardzo dużo sensu, ale dodaje ciekawego aspektu wizualnego. Unikalny styl animacji jest tak bardzo inny od współczesnych powtarzalnych księżniczek Disneya, że tym bardziej cieszy oko i stanowi prawdziwy powiew świeżości.
Przepadłam też dla aspektów kulturowych, takich jak nawiązania do koreańskiego szamanizmu; Huntrix to przecież w gruncie rzeczy uwspółcześnione szamanki Mudang, pełniące rolę łączniczek pomiędzy światem ludzi i duchów, których dodatkowymi zadaniami jest wróżenie, uspokajanie duchów zmarłych i odpędzanie zła… Zła, symbolizowanego przez Saja Boys – uosobienie śmierci, co, jak wspomniała Rad wyżej, jest wspaniale wpisane w ich stroje, szczególnie w ich demonicznych wersjach. Design broni używanych przez główne bohaterki także czerpie z tradycji Mudang pełnymi garściami, a w scenografii i widoczkach serwowanych nam przez animację możemy dopatrywać się klasycznego malarstwa koreańskiego i nawiązań do historii ludowych (tygrys Derpy i sroka Sussy zadziwiająco przypominają te z opowieści z czasów dynastii Joseon, symbolizujących opiekę i pomyślność).
Pod dynamiczną, kolorową, neonową skórką, Łowczynie niosą uniwersalne przesłanie o zmaganiu się z samoakceptacją i poszukiwaniu swojego szczęścia. To opowieść o dorastaniu, która trafia do widzów niezależnie od kultury, jednocześnie skłaniając do refleksji. Nawet osoby nieznające k-popu, współczesnej kultury czy historii Korei z łatwością znajdą w tym filmie coś dla siebie, co jest zdecydowanym plusem. Nie muszę chyba mówić, że Łowczynie wpadają w moją osobistą topkę ulubionych animacji.
Perła: Byłam zaciekawiona K-popowymi łowczyniami demonów już po pierwszym zwiastunie. Zaintrygował mnie szalony pomysł połączenia świata muzyki k-popowej z światem nadprzyrodzonym. Obejrzałam film w dzień premiery i cóż, mogę rzec, zachwycił mnie. Zagrało wszystko – postacie, emocje, muzyka, akcja i oczywiście animacja.
Przyznam się Wam do czegoś. Jestem niepoprawną romantyczką i najbardziej urzekł mnie wątek Rumi i Jinu, który zarazem pięknie wpisuje się w główny motyw filmu, jakim jest samoakceptacja. Główna bohaterka wstydzi się części siebie i ją ukrywa. Nieoczekiwanie dostaje akceptację od wroga, którego miała nienawidzić i zaczyna przez to kwestionować pewne prawdy, które uważała za niepodważalne. Ale nie tylko ona zyskuje coś przez tę relację. Obydwoje znajdują w sobie nawzajem zrozumienie i uczą się czegoś od siebie. Ich wspólny duet Free jest przepiękny i chwyta za serce.
Ale nie tylko wątek romantyczny mnie porwał. Bardzo spodobała mi się również relacja między trójką głównych bohaterek. W ogóle trójka głównych bohaterek jest kapitalnie wykreowana. Różnią się od siebie, ale zarazem świetnie się dopełniają. I nie tylko Rumi czegoś się wstydzi i ukrywa przed całym światem. Mira i Zoey także są pełne wątpliwości. Może zabrakło trochę czasu na większe rozwinięcie ich wątków, ale to co dostaliśmy, już dało spory wgląd w ich wewnętrzne rozterki. Wracając do relacji, dziewczyny wspierają się, razem wygłupiają i oczywiście skopują tyłki. Nawet gdy pojawia się między nimi konflikt (a jest jeden duży!), potrafią go rozwiązać i stanąć za sobą murem. Nie mogę nie wspomnieć o tygrysie i sroce! Co za przezabawny i uroczy duet!
Główne przesłanie filmu, choć może proste, jest warte ciągłego przypominania. Opowieści o samoakceptacji zawsze mnie przyciągały. Wciąż ich potrzebuję – nadal uczę się lubić siebie. Czasem trudno zaakceptować pewne części siebie – swoje słabości, swoje wątpliwości (film daje pole do różnych interpretacji, czym są znaki). Nie potrafimy podzielić się nimi nawet z najbliższymi, w strachu przed odrzuceniem.
Widzę potencjał na kontynuację. Chciałabym dowiedzieć się więcej o rodzicach Rumi i o relacji, jaka łączyła poprzednie łowczynie, a zwłaszcza matkę Rumi i Celine. Kolejne przygody naszych łowczyń też bym oczywiście chętnie zobaczyła.

DemonBiblioteczny: K-popowymi łowczyniami demonów byłam zainteresowana od momentu, gdy po raz pierwszy ich zapowiedź pojawiła się w aplikacji Netfliksa. Niesamowicie urzekła mnie koncepcja idolek, walczących z demonami – tym bardziej, że może i nie jestem czynną k-popiarą, ale mieszkam z jedną taką, więc o blaskach, cieniach i dramatach k-popu i fandomów znam więcej, niż można by się spodziewać. Ciekawiło mnie to, jak twórcy podejdą do tematu idolów jako takich, do relacji z fanami i tego jak tak wyczerpującą profesję połączą z polowaniem na demony. Poza tym przyzwyczaiłam się, że animacje ostatnich lat są porządne – dobra animacja, dobra muzyka, dobra fabuła.
Moich oczekiwań nie obniżył hype, jaki wybuchł po pojawieniu się filmu w streamingu. Ludzie deklarujący, że oglądali go pięć razy w tygodniu, zapowiadane złamanie serduszka przez końcówkę, soundtrack był wszędzie, przebijały się do mnie głosy o satyrze na k-popową społeczność… I tak gdy w końcu po maratonie pracoholizmu znalazłam chwilę, żeby przysiąść do Łowczyń Demonów, zawiodłam się okrutnie.
I proszę mnie nie zrozumieć źle – to nie jest film zły. Jest okej, ale tylko okej i to mnie trochę boli. Potencjał był naprawdę spory i bardzo by mnie ucieszyło, gdyby zamiast filmu dano nam miniserial. Niestety odnoszę wrażenie, że K-popowe łowczynie demonów cierpią na tym ograniczeniu do 1,5 godziny – tym bardziej, że ogromna część z tego to piosenki. Bohaterowie mają szczątkowe charaktery, na pokazanie relacji dostajemy 2 sceny, przy czym jedna to zwykle mniej lub bardziej chamska ekspozycja, a ogrom innych bohaterów nie ma charakteru w ogóle… Najbardziej chyba uderzyło mnie to, że menager zespołu i jego pogłębiający się problem z wiarą w swoje umiejętności zawodowe dostało więcej uwagi niż problemy wewnętrzne i relacja głównych bohaterek (a ta jest zresztą kluczowa dla finału, ale nie chcę spoilerować.
Poza tym irytowało mnie to, ile bzdurnych decyzji podejmują bohaterowie. Już pominę to, że Rumi powinna być trochę bardziej sceptyczna co do Jinu, ale to jeszcze mogę sobie wytłumaczyć. Było to średnio rozsądne, ale jakby mnie wpędzano w taką nienawiść do siebie, to też bym miała zaburzoną percepcję wobec tej jednej osoby, przy której nie czuję się oceniana. Natomiast cała akcja z głosem Rumi – ludzie, wyślijcie ją do lekarza! Jak wam gwiazda traci głos, to się tego nie bierze na przeczekanie, a już na pewno korzysta z usług szarlatanów. I wiem, to był zabieg humorystyczny, ale można być zabawnym i nie deptać po logice.
Poza tym naprawdę chciałabym poznać ten świat bliżej. Jak mówiłam, to nie jest zły film, ale chce upchnąć za dużo rzeczy na raz. Fajnie byłoby poznać bliżej bohaterki, szczególnie Mirę i Zoey, które wydają się mieć bogaty świat wewnętrzny, ale nie dano mu wybrzmieć. Mam mnóstwo pytań i zero odpowiedzi. Jaka jest historia pozostałych członków Saja Boys? Jak można odzyskać swoją duszę? Kim są rodzice Rumi? Skąd biorą się różnice między demonami? Czy Celine rzeczywiście kocha Rumi, czy to tylko moc przysięgi, którą złożyła? Pewnie gdybyśmy dostali miniserial, to chociaż część odpowiedzi by padła – a tak dostałam bardziej 1,5h AMV.
Dobra, żeby jednak nie kończyć marudzeniem – to nie tak, że wszystko mi się nie podobało. Muzyka jest świetna. Naprawdę wpada w ucho. Animacja też jest wspaniała – serio, wydałabym pieniądze, żeby zobaczyć to w kinie na dużym ekranie, a nie na moim laptopie. Choreografia walk, często połączona z piosenkami, żywe kolory – nie pogardziłabym seansem w IMAXie lub czymś w tym stylu. Poza tym to naprawdę dobra, prosta rozrywka, więc jeśli nie usiądziecie z wygórowanymi wymaganiami (tak jak ja, niestety) to na pewno się nie zawiedziecie.
A jak wam się podobały K-popowe łowczynie demonów? Podzielcie się swoimi wrażeniami na naszej stronie na Facebooku i w Polifonii!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






