Najnowsza odsłona Nosferatu okazała się wydarzeniem popkulturowym przez wielkie W. Po polskiej przedpremierze (zaledwie miesiąc po premierze światowej) social media ogarnął wampirzy szał. Jedni twór Eggersa pokochali, inni – znienawidzili. A jakie wrażenie wywarł na tej części whosomowej ekipy, której udało się dotrzeć na pierwsze pokazy? Dzielimy się naszymi przemyśleniami w dalszej części tekstu.
DemonBiblioteczny: Na pewno nie mogę odmówić Eggersowi, i w ogóle całej ekipie filmowej, że Nosferatu jest zrobiony świetnie. Zdjęcia mają w sobie coś magicznego; szczególnie oniryczna sekwencja przybycia Jonathana do zamku hrabiego. No, może czasem na ekranie robiło się za ciemno, ale możliwe, że to wina kina, w którym oglądałam film. Stroje również są przepiękne, chociaż nie wiem, na ile zgodne z epoką – jeśli mamy eksperta na sali, to zapraszam do zostawienia po sobie komentarza na naszym Facebooku. Tak czy inaczej, ta część mnie, która wciąż jeszcze marzy, że kiedyś zostanie piękną gothką, z chęcią pożyczyłaby z planu kilka sukien i niejeden kubrak. W tym miejscu nie mogę też nie wspomnieć o charakteryzacji Billa Skarsgårda na hrabiego Orloka. Dbałość o detale zasługuje na najszczersze uznanie.
Na ekranie doświadczymy również prawdziwego popisu umiejętności aktorskich. Lily Rose Depp szarżuje przed kamerą. Jestem pełna podziwu przede wszystkim dla tego, ile panowania ma nad własnym ciałem – w końcu sceny opętań odgrywała bez dodatkowej pomocy. Willem Dafoe to jak zawsze klasa sama w sobie. Bill Skarsgård za to dał popis swoim głosem – nie dość, że modulował go tak, że w ogóle nie dało się w nim wyczuć znanego aktora, to część kwestii odgrywał w języku dackim (swoją drogą duże brawa dla osób, które nad tym językiem pracowały).
Przede wszystkim chciałabym jednak pochwalić Nosferatu jako twór za to, że nie jest powtórką z rozrywki. W mojej skromnej opinii najgorsze, co może zrobić remake to odtworzyć poprzednią wersję 1:1. W tym wypadku Eggers wziął bazę, ale uczynił też ten film swoim – poprzez klimat, inny ton i, przede wszystkim, powrót do wampirzych korzeni. Dużo się mówi o folklorze i rzeczywiście, czy to wygląd upiora, czy motyw zarazy to rzecz z folkloru. Nietrudno też odnotować powrót do korzeni fantazmatu – w końcu wampiry w swych literackich początkach były powiązane z przemocą seksualną. Eggers natomiast mniej bawi się w symboliczne, chociaż może lepiej powiedzieć ocenzurowane, ukazanie tej przemocy. Oddaje głos ofierze, co pozwala tym wyraźniej ujrzeć ogrom szkód wyrządzonych przez Orloka i nie zostawia miejsca na romantyzowanie relacji Ellen i Nosferatu.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym trochę nie pomarudziła. Nie można nie zauważyć, że nie udało się uniknąć orientalizmu – koszmarku, który ciągnie się jeszcze od Draculi (tak, tak, Stoker straszył imigrantami z Europy Wschodniej już w XIX wieku). Jedna sprawa, że mamy tutaj tę postać obcego, który przynosi ze sobą śmierć i zarazę – i tak, wiem, sama pisałam, że dokładnie to robiły wampiry w folklorze. Tutaj mogłabym przymknąć oko, uznać, że to tak przypadkiem, że trudno wybrnąć z tej sytuacji, gdy chcemy zachować pewną wierność oryginałowi i wierzeniom ludów słowiańsko-bałkańskich. Jest za to jeszcze jedna sekwencja, gdy Jonathan przybywa do oberży, a tam wita go miejscowa ludność pijąc i tańcząc. Na pewno nie było żadnego sposobu, żeby uniknąć tak stereotypowego spojrzenia? Zresztą idealnie podsumowuje to półironiczny komentarz koleżanki z fotela obok: „A, to tak nas widzi Europa Zachodnia”.
Poza tym muszę, bo się uduszę, przywalić się do sceny z koniem i szukaniem grobu wampira. Boli mnie, że film, grzmiący z mediów o tym, że wraca do folkloru, robi zmiany w nie najgorzej udokumentowanym rytuale chyba tylko po to, żeby szczuć kobiecą nagością (ze źródeł w tłumaczeniu na polski na pewno opisywał to Leoutex). Tak szczerze, to rozumiem, czemu chciano zrezygnować z oryginalnego rytuału – w nim na białym koniu zamiast nagiej dziewczyny miał być chłopiec. Natomiast można było po prostu pozbyć się w tym rytuale pierwiastka ludzkiego albo nawet odziać chłopca w białą szatę (dla symboliki czystości). Jakoś tak mierziło mnie to w trakcie oglądania. Niemniej w ogólnym rozrachunku film pozostawił po sobie pozytywne wrażenie.

Maggor: Wizualnie Nosferatu jest bardzo malowniczym filmem. Kostiumy, umeblowanie wnętrz – mucha nie siada (a raczej szczur, biorąc pod uwagę fabułę). Charakteryzacja i efekty specjalne? Nie wiedziałam, że kiedyś użyję słów wspaniale i obleśny obok siebie, i to jeszcze w recenzji filmu. Ale Orlok właśnie tak wygląda, brawa dla specjalistów, którzy przygotowali takie wydanie hrabiego. Żywy trup, co się zowie! Jeśli chodzi o dobór aktorów i grę, również jestem zachwycona. Kreacja stworzona przez Lily Rose Depp na długo pozostaje w mojej pamięci, ale mój ulubieniec, Willem Defoe również wypada fenomenalnie.
Widać sporo mrugnięć do osób, które obejrzały film z 1922 roku. Od imion głównych bohaterów, po koty. Symbolika kotów i szczurów ma tutaj spore znaczenie. Koty, jak wiadomo, polują na te gryzonie, a w tym przypadku z kotami zostają połączone dwie postaci pozytywne, Ellen i profesor von Franz, których działania są kluczem do pokonania hrabiego. Po raz kolejny Eggers sięga też po udane wplecenie dawnych języków w fabułę. O ile starsze wersje angielskiego czy staronordycki nie robią aż takiego wrażenia (są użyte z racji na czas akcji Czarownicy. Bajki ludowej z Nowej Anglii i Wikinga), to tutaj użycie dackiego do przetłumaczenia nań kwestii Orloka podkreśla, z jak bardzo pradawną grozą mamy do czynienia. Przyznam szczerze, że przez sporą część seansu próbowałam odgadnąć, czy hrabia mówi po rumuńsku. Gdzieś dzwoniło, ale nie w tym kościele, bo dacki, wymarły od VI-VII wieku naszej ery według badaczy jest właśnie domniemanym przodkiem tego języka.
Głosom porównującym ten film nawet nie do wersji Herzoga czy Murnau, ale do Draculi Coppoli i narzekającym na postać Ellen, należy się wyklarowanie pewnej kwestii. Tu nie mamy historii Wlada Palownika (jak cudownie odpicowanego przed przyjazdem do ukochanej Anglii) lgnącego do Miny Harker, w której widzi odrodzoną dawną miłość. Tutaj fabuła skupia się na potworze będącym faktycznym, obmierzłym potworem bez smutnej historii typu „przekląłem Boga za śmierć ukochanej i zostałem wampirem”, który od lat manipuluje Ellen i wykorzystuje ją. Napisanie o groomingu i przemocy seksualnej, jakich doznawała przez całe życie Ellen, jest absolutnie na miejscu. Film dodatkowo często zagania nas w zamknięte, klaustrofobiczne przestrzenie, aby podkreślić, jak bardzo osaczona jest od lat przez Orloka. Jeśli jesteście osobami, które same stały się celem przemocy seksualnej – ten film niekoniecznie jest dla was, bo ten wątek jest bardzo wyraźny i część scen, mimo że w zasadzie jedynie z Ellen w kadrze, mocno się do tego odnosi. Są też mocniejsze fragmenty, stąd moje ostrzeżenie.
Jak wypada scenariusz w kontekście ukazania innych kultur? Dość blisko oryginału. Czy to źle? Mimo wszystko trudno jest napisać historię na nowo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, co działo się w głowach ówczesnego społeczeństwa, dla którego Dracula był pisany. Pewne rzeczy mogą (i powinny!) nas współczesnych oburzać czy irytować, ale stety-niestety trzeba wziąć pod uwagę realia historyczno-społeczne, w jakich ta książka powstawała. Tak, u Stokera mamy podział na ekscentrycznych (ale za to jak wykształconych!) cudzoziemców z Europy Zachodniej (poczciwy van Helsing, ponoć z Holandii, chociaż nazwisko zawsze prowadziło moje myśli do Królestwa Szwecji) i tych podejrzanych z południowowschodniej Europy (skąd oni mają pieniądze na taką posiadłość?). Można by się kłócić, że znowu straszy się nas tym Innym, ale moim zdaniem pokazanie miejscowej ludności usiłującej powstrzymać Thomasa przed pojechaniem do hrabiego zaliczyło tutaj lifting w porównaniu do wszelkich wcześniejszych ekranizacji. W tej wersji historii nie zostają pomocnikami Orloka, wręcz przeciwnie – jak tylko mogą, usiłują zabijać pomniejsze upiory ku zgrozie Thomasa i wściekłości hrabiego.
Najsłabszym elementem w mojej ocenie pozostaje muzyka. Nie mogę nawet powiedzieć, że wypada słabo w porównaniu z m.in. ścieżką dźwiękową w Draculi w reżyserii Coppoli, gdyż mówimy o innej klasie jej kompozytora, jak i o innym sposobie recyklingu opowieści o nieumarłym włodarzu z Transylwanii. Tutaj w ucho nie wpada kompletnie nic, a szkoda. To w sumie mój jedyny zarzut co do tej wersji Nosferatu.
Julia (Helcia): Film pozostawia poczucie niedosytu. Odwołuje się do ponadczasowych motywów jak Matka Boska. Swoją drogą, Czarna Madonna, że tak ją nazwę, była jednym z moich ulubionych elementów. Gra światła oraz symbolika czarnej aureoli, kiedy bohaterka podejmuje decyzję o ocaleniu męża, były przecudowne. Bardzo podobały mi się też sceny polowania na wampiry oraz to, że zarówno ludzie w wiosce, jak i wampir mówili w innych językach niż główni bohaterowie, co pozwoliło uniknąć efektu, który często pojawia się w filmach, gdzie bohater wyjeżdżą za granicę i nadal wszyscy się rozumieją.
Na tym, niestety, kończą się moje zachwyty. Film był mdły, miał ogromną liczbę niewykorzystanych szans. Kadry były bardzo ciemne i słabo widoczne, a głównej bohaterce było bardzo blisko do przysłowiowej mimozy.
Dlatego Film dostaje ode mnie dobre 4,5 na 10.
dziewiętnastka: Ellen nie jest mimozą! No chyba że za mimozę uznajemy z automatu wszystkie kobiety wychowane w innym paradygmacie niż „gatekeep, gaslight, girlboss” (czy jak to tam leciało). Zresztą Defoe van Helsing w filmie powiedział to wprost: gdyby żyła ona w innych czasach, byłaby potężną kapłanką albo wiedźmą, a tymczasem w patriarchalnej nowoczesności jedyne, co jej zostaje, to umrzeć za narody. Przynajmniej robi to na własnych warunkach, a nie ulegając totalnie praniu mózgu ze strony potwora. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy Eggers pokazuje kobietę, dla której w patriarchalnej społeczności zwyczajnie nie ma dobrego wyjścia.
Ciekawostka: w pierwotnej wersji scenariusza Nosferatu, z 2016 roku, Ellen miała być o wiele wyraźniej zakochana w Orloku (a równocześnie dużo bardziej było podkreślone, że to on ją do siebie zwabił i uwiódł). Jak ja się cieszę, że ostatecznie reżyser postawił jednak na walkę wewnętrzną, na podkreślenie wstydu i melancholii – sic! – które często towarzyszą ofiarom przemocy seksualnej, zamiast iść w jakiś niepokojący syndrom sztokholmski. Chyba w tamtej wersji bym się z filmem nie polubiła w kwestii fabuły, a tak to pokochałam ją bardzo.
No i wiadomo, artystycznie super, piękne kostiumy od Lindy Muir i scenografia, ale to już wszyscy mówili. Doceńmy za to, że Nicholas Hoult nie wygląda głupio w bokobrodach.
Wybieracie się na Nosferatu do kina? Dajcie znać w komentarzach na FB lub w grupie Polifonia Fantastyczna.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






