Pierwszy sezon (z co najmniej dwóch!) historii o Mordbocie, jednostce ochroniarskiej, która mówi o sobie per “it” (pl. ono) i najchętniej oglądałaby seriale, ale musi ratować swoich klientów i korzystać ze świeżo uzyskanej wolnej woli, niedawno dobiegł końca! Jak nam się spodobała produkcja Apple TV+? Jak wypada na tle oryginalnego cyklu Marthy Wells? Za chwilę redakcja odpowie na te pytania i nie tylko.
dziewiętnastka: Nie wiem, jak można nie lubić Pamiętników Mordbota. Come on, robot nienawidzące kontaktu wzrokowego i tego, że czasem cieknie? Uciekające w seriale, żeby poradzić sobie z traumą (ups, to chyba spoiler na drugi sezon, choć może niekoniecznie) i nauczyć się społecznych interakcji? Nie istnieje postać w popkulturze, która by była bardziej rel, a cała fabuła służy tylko temu, by Mordbot mogło błyszczeć, rzucać swoje sarkastyczne uwagi o ludziach i przeżywać emocje, których wcale nie chce. Cytując serial, jest to zaiste premium quality entertainment.
Serię Marthy Wells czytałam już jakiś czas temu, do cotygodniowego seansu zasiadałam więc nieskalana pamięcią o wszystkich szczegółach pierwszej nowelki… Dzięki temu zapoznałam się z sezonem z w miarę otwartą głową – w przeciwieństwie do mojej mamy, która niedawno odświeżyła sobie całą serię po raz chyba trzeci i narzekała na każde najmniejsze odstępstwo od tekstu założycielskiego. Choć pewne wyraźniej zarysowane zmiany i mnie uderzyły. W kwestii tych zmian najbardziej jestem pod wrażeniem tego, że ludzcy bohaterowie nie zlewają mi się w jedną masę. Bo o ile boty, jednostki i konstrukty mają w cyklu Wells naprawdę intensywnie różne osobowości, to większość ludzi zdaje się przypominać raczej koty z kolekcji stereotypowej starszej pani (tą panią jest tu Mordbot) – dla właścicielki pewnie czymś się odróżniają, dla osoby postronnej niekoniecznie. W serialu każdy z ekipy klientów z Preservation Aux jest zarysowany wyrazistą, choć czasem może nieco zbyt grubą kreską, ale na pewno nie da się ich zapomnieć!
Obok doktor Mensah, ulubionego człowieka Mordbota, w serialu na pierwszy plan wysuwa się frenemy Mordbota Gurathin, fantastycznie zagrany przez Davida Dastmalchiana (swoją drogą ten człowiek ma dryg do tworzenia zużytych przez życie i niejednoznacznych bohaterów). Główne skrzypce gra jednak oczywiście sam Mordbot. Przyznam szczerze, ciężko mi było sobie wyobrazić Alexandra Skarsgårda w tej roli. W większości znany jest on z grania uosobień Męskiej Męskości, nie byłam pewna, czy Mordbot w jego wykonaniu wypadnie wiarygodnie… Ale wypadło! Skarsgård świetnie operuje mikroekspresjami i mimo pozornie kamiennej twarzy (jak na bota przystało), samymi oczami potrafi oddać dyskomfort, strach, nieufność… A jak czasem jednak się na tej twarzy pojawi pozytywna emocja, to normalnie cały pokój wokół się rozjaśnia. Dla samego tego widoku warto obejrzeć serial, zwłaszcza że jak na razie jest frustrująco wręcz krótki.
Kira: Na serial o Mordbocie czekałum niecierpliwie od chwili ogłoszenia, że powstanie. Z początku nie zachwyciło mnie obsadzenie w głównej roli typowego męsko prezentującego się białego aktora (choć cenię Alexa jako aktora), ale po krótkim zastanowieniu się uznałum, że jest to bardzo dobre posunięcie, które odchodzi od popularnej idei, że osoby niebinarne wyglądają zwykle jak androgyniczne kobiety, i może nawet uświadomić części publiczności, że nie ma jednego właściwego wyglądu przypisanego do niebinarności i apłciowości. Spodziewałum się sporych zmian w serialu w stosunku do książek. Zekranizowanie wewnętrznego monologu w końcu tego wymaga (zwłaszcza że Mordbot to wybitnie niewiarygodne narratorze), i bardzo podoba mi się, jak rozwinięto postaci ludzkie, które w książkach, zwłaszcza w pierwszej części, nie miały jeszcze zbyt wyraźnie zarysowanych osobowości. Wśród nich błyszczą wyjątkowo doktor Mensah i Gurathin, o czym napisała już dziewiętnastka, ale też Ratthi. Ratthi, którego wcześniej znamy tylko przez oczy Mordbota, który jest jedynym człowiekiem, którego Mordbot samo z siebie nazywa przyjacielem, który jest najbardziej cool osobą, jako Mordbot zna. I który jest też chaotycznym nerdem, co naprawdę jest bardzo on brand, bo Mordbot, choć pewnie nigdy by się do tego nie przyznało, jest nerdem, które chciałoby być tak cool, jak bohaterowie jego ulubionych seriali. W ogóle to jak wszyscy są tak dla mnie rel, jest aż niepokojące – Gurathin z uzależnieniem, Mensah z atakami lękowymi, Mordbot ze… wszystkim, proszę się odłączyć od mojej głowy ;D
A gdy o serialach mowa, to Sanctuary Moon. Decyzja, żeby zrobić serial w serialu, to był przebłysk geniuszu. To wygląda tak cudownie niedorzecznie, najpiękniejsza retro sci-fi estetyka i John Cho z wielkimi włosami. Dokładnie coś, co ogląda się dla eskapizmu, będąc zbuntowaną jednostką ochroniarską. Perfekcja. Chcę spin-off.
Wrócę jeszcze na chwilę do Alexandra Skarsgårda, bo jego gra aktorska jest tu naprawdę na najwyższym poziomie. Oszczędna mowa ciała, mikroekspresje i płaski ton kreują idealnie niezręczną i niekomfortową atmosferę, którą wszyscy identyfikujący się z Mordbotem znają aż za dobrze. Obejrzałum i przczytałum sporo mordbotowych wywiadów z nim i bardzo doceniam, ile pracy włożył w przygotowanie się do roli. Bardzo cieszy mnie też to, że zawsze używa wobec Mordbota właściwych zaimków – detal, który naprawdę dużo znaczy.
Na koniec chcę krótko wspomnieć o finale. Osoby znające książki wiedzą, jak kończy się ta przygoda, ale ciekawiło mnie, jak dokładnie rozegra to serial (w książce jest tam mały timeskip, bo Mordbot nie brało osobiście udziału w odzyskiwaniu się od firmy). Dostaliśmy wgląd w to, jak wygląda życie w Rubieży Korporacyjnej i jak wszystko ma tam cenę, ale niewiele rzeczy ma wartość, zobaczyliśmy masę każualowego okrucieństwa, był to też moment na poznanie lepiej przeszłości Gurathina, który pokazał też (nieco zaskakującą w świetle jego wcześniejszej nieufności) determinację w ocaleniu Mordbota. Gdy korporacje powiedziały „nie ściągnąłbyś jednostki ochroniarskiej”, doktor Gurathin uznał to za wyzwanie.
Spodziewałum się, w jakim kontekście użyte będzie „perymetr” od chwili, gdy poznaliśmy tytuł odcinka finałowego, i uważam to za doskonałe nawiązanie, bardzo pasujące do lakoniczności Mordbota, i ta nić porozumienia, gdy Gurathin odpowiada „tak, musisz sprawdzić perymetr” zrobiła mi rzeczy w emocje. Wszystko trzeba odkryć całkiem samemu, że tak pozwolę sobie zacytować „Zimę Muminków”. Powodzenia, Mordbocie, twój dupkowaty transport już na ciebie czeka.

Kryś: Serię książek o Mordbocie przeczytałam stosunkowo niedawno i od razu przepadłam z kretesem, zakochana w świecie i bohaterach. Do serialu podchodziłam więc z obawą, jak twórcy zmierzą się ze świetnym materiałem źródłowym, w dodatku dość trudnym do zrealizowania ze względu na pierwszoosobową narrację. Na szczęście okazało się, że serial, choć nie trzyma się dokładnie wydarzeń z powieści, dobrze oddaje jej ducha i najważniejsze elementy.
Jak chyba wszyscy z redakcji, muszę pochwalić występujących aktorów i ich dobór do postaci. Alexander Skarsgård gra bezbłędnie, oddając charakter Mordbota wielkimi smutnymi oczami i polskim uśmiechem. Poza samym Mordbotem największe wrażenie zrobiła na mnie grająca dr Mensah Noma Dumezweni – jest tu po prostu idealna. Wypada świetnie zarówno w scenach samotnych ataków paniki i niepewności, jak i tych, gdy jest nieustraszoną badaczką galatkty…, tfu, to znaczy przywódczynią Preservation Alliance. Pięknie łączy momenty komediowe z tymi wzruszającymi. Jak w odcinku, gdy dr Mensah dowiaduje się, że Mordbot skasowało instrukcję naprawy pojazdu, żeby zrobić miejsce na odcinki Sanctuary Moon, co jest chyba jedną z najśmieszniejszych scen serialu. Lecz niedługo potem zaczyna rozumieć, że serial jest dla Mordbota czymś znacznie więcej, niż tylko niemądrą rozrywką, że jest pomocą w najgorszych chwilach i środkiem do radzenia z sobie z życiem – i ta scena zagrana jest tak, że na pewno niejeden widz, jakby to ujęło Mordbot, miał emocje.
Pozostali bohaterowie również są cudowni. Bardzo podobały mi się drobne sceny dodające im charakteru, jak gdy biolożka Arada z zachwytem rozważa cykle życiowe kosmicznych stworów (mimo że kilka dni wcześniej niemal została przez jednego z nich zjedzona) lub gdy dowiadujemy się, że Pin-Lee grają w strzelanki z Ratthim.
Mam bardzo mieszane uczucia w kwestii zrobienia z zespołu badawczego hippisów. Z jednej strony to dobrze, że serial pokazuje, że nie trzeba zawsze chodzić w koszuli, żeby być kompetentnym naukowcem, a dzięki temu mamy dobrze pokazany kontrast między naszymi bohaterami a ludźmi z Corporation Rim. Z drugiej strony ustalanie kompromisu za pomocą mruczenia i trzymania się za ręce wydaje się być bezsensowne i służące wyłącznie jako element komiczny, sprawiający, że nie sposób traktować bohaterów poważnie.
Nieco przeszkadzało mi także, że autorzy serialu najwyraźniej bardzo chcieli każdy odcinek zakończyć cliffhangerem, nawet jeśli było to zrobione nieco na siłę i niekoniecznie potrzebne (myślę tu przede wszystkim o odcinku 6 i „It felt good”). Na szczęście samo zakończenie ostatniego odcinka nie zawiera już cliffhangerów i jest właściwie dokładnie takie jak w książce – spójne, jednocześnie melancholijne i dające nadzieję na kolejne przygody naszej ulubionej jednostki ochroniarskiej.
Ewa: To jest jeden z tych seriali, o których nie wiedziałam, jak bardzo ich potrzebowałam, dopóki nie pojawiły się w moim życiu. Gdy jakiś czas temu czytałam książki Marthy Wells, w ogóle nie przyszło mi do głowy, że ktoś chciałby je zekranizować. Jednak gdy okazało się, że tak i robi to Apple TV+, poczułam, że będzie dobrze, choć zupełnie nie miałam pomysłu, jak to będzie wyglądać. Podobnie jak osoby przede mną miałam pewne wątpliwości co do obsadzenia w głównej roli Alexandra Skarsgårda i podobnie jak one bardzo szybko się ich pozbyłam, bo aktor doskonale rozumie swoją postać i potrafi to pokazać.
Bardzo pokochałam ten serial za dziwaczność i specyficzny klimat, ale też za całą sferę wartości. Choć stanowią spore odstępstwo od oryginału, totalnie kupuję kosmicznych hippisów, więcej, w świecie bezdusznych korporacji, które obserwujemy w działaniu szczególnie w ostatnim odcinku, osoby, które aż tak nie pasują i kontestują zastaną rzeczywistość, są wręcz niezbędne. Widać to zresztą na przykładzie słusznie chwalonego Gurathina, który w tym specyficznym, tak pozornie innym od siebie gronie znalazł bezpieczną przystań i nowe życie. I choć ich działania czasem balansują na granicy śmieszności, to, mam poczucie, nigdy jej nie przekraczają i ostatecznie sama miałam ochotę uznać ich za swoich ulubionych ludzi, przytulić do serca i prosto z niego westchnąć „moi klienci”. Wszak to oni tak długo upierają się widzieć w Mordbocie osobę, że w końcu i ono zaczyna się postrzegać w innych kategoriach niż Jednostki Ochroniarskiej, choć, o czym zapewne będzie drugi sezon, już wcześniej miało ku temu predyspozycje.
Oprócz warstw komicznej, obyczajowej czy egzystencjalnej, Pamiętniki Mordbota mogą się pochwalić całkiem wartką akcją i sprawną intrygą. Mimo że mniej więcej wiedziałam, co się wydarzy, to przynajmniej kilka scen trzymało mnie na krawędzi kanapy, a finałowe odcinki niemal złamały serce. Szczęśliwie przy wszystkich innych zaletach jest to też dość bezpieczna i pogodna opowieść – w sam raz na chłodniejsze, deszczowe wieczory. Otula równie dobrze jak kocyk i kubek ciepłego kakałka i tym samym trafia u mnie na półeczkę z właśnie takimi opowieściami.

Rad: Książki przeczytałam niedawno, ale zrobiły na mnie ogromne wrażenie i szybko trafiły na listę moich ulubionych. Serial też bardzo mi się podobał, mimo kilku różnic w porównaniu do pierwowzoru, ale wyszły one na plus. Alexander Skarsgård jest wspaniały w roli Mordbota, ale na mnie największe wrażenie wywarł David Dastmalchian jako Gurathin. W książkach nie lubiłam specjalnie tej postaci, ale ekranowy Gurathin jest świetny, widać, jakie targają nim emocje i ile go kosztuje pomoc Mordbotowi. Ostatni odcinek i cała gama uczuć na twarzy Gurathina, który niejako zgadza się na odejście Mordbota, to mistrzostwo w wykonaniu Dastmalchiana. Jedyne, na co mogę narzekać, to to, że odcinki były za krótkie. Dwadzieścia minut na jeden, serio? Krzywda by się stała, jakby miały po czterdzieści? Mam nadzieję, że drugi sezon je wydłuży, ale jakoś na to nie liczę.
A jak wam się podobał Mordbot? Podzielcie się swoimi wrażeniami na naszej stronie na Facebooku i w Polifonii!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






