Drugi sezon Daredevil: Born Again dobiegł końca. Część wątków została domknięta, inne natomiast dopiero się rozpoczęły jako zapowiedź następnej serii. Jak wypadło zakończenie historii starcia Daredevila z burmistrzem Fiskiem? Borys i Ewa dzielą się wrażeniami.
Borys: Przyszedł ten czas. Drugi sezon Daredevil: Born Again został zakończony. Dostawaliśmy do tej pory lepsze i gorsze odcinki oraz wątki. Do sieci przedostało się sporo wycieków z planu trzeciego sezonu, ale finał drugiego był owiany tajemnicą. Jak sprawdziło się zakończenie historii?
Zapoczątkowany w poprzednim odcinku proces Karen tutaj osiągnął kulminację. I chyba to zdanie opisuje mój główny problem z tym wątkiem. Uważam, że został rozwiązany za szybko czy może bardziej wprowadzony za późno. Chciałbym, aby został pociągnięty przez większą liczbę odcinków, tym bardziej że wcześniej Karen nie miała wiele do roboty. Dodatkowo prokurator wypadł dość kreskówkowo, bo jego rola sprowadzała się głównie do krzyczenia „Objection!”. Mimo to, dalej uważam ten wątek za najsilniejszy aspekt finałowego odcinka. To oczywiście za sprawą gry aktorskiej, szczególnie głównych antagonistów, oraz relacji Matt – Fisk. Niesamowicie mi się podobało, jak Murdock zdominował Kingpina na sali sądowej, po kolei wykorzystując wszystkie ruchy swojego wroga przeciwko niemu. Dostaliśmy ładną klamrę dla wątków przyjęcia przez Matthew kuli za Fiska, zatopienia frachtowca i ogłoszenia przez burmistrza, że Murdock jest bohaterem. Naprawdę odczułem, że wszystko doprowadziło nas do tego momentu. Wiele scen, łącznie z chwilą, w której Daredevil ujawnił swoją tożsamość, sprawiało, że czułem spore napięcie podczas oglądania. Matt musiał zapłacić wysoką cenę, ale uwierzyłem, że dla niego to jest zwycięstwo, bo ochronił swoich bliskich i pokonał Kingpina jego własną bronią. Uśmiech podczas sceny w więzieniu był naprawdę satysfakcjonujący.
Bullseye do samego końca pozostał świetnie prowadzoną postacią. Scena jak po kolei zabija wszystkich członków grupy Fiska była fantastyczna. Do teraz uwielbiam wszystkie momenty, w których korzysta ze swoich umiejętności i nie sądzę, żeby mi się to zmieniło w przyszłości. Jego tekst „sorry pal, wrong Bullseye” też był cudowny i bardzo in-character.
Czego by nie mówić o finale, zakończył on serial z rozmachem. Mowa oczywiście o zamieszkach w sądzie i linczu, który wściekły tłum chciał przeprowadzić na Fisku. Podobało mi się, jak wszystkie postacie zebrały się tam w jednym miejscu. Cherry pojawiał się od początku serialu i jego postać jak najbardziej tu pasuje. Angela mogłaby zostać bardziej rozbudowana, ale wiemy, jakie piętno odcisnęła na niej śmierć White Tigera, poza tym przewijała się przez ten sezon, więc to kupuję. Brett z kolei wrócił odcinek wcześniej i jest tylko dlatego, że był w netfliksowym serialu, więc jego obecność tutaj uznaję za kiepsko podbudowaną. Co do Jessiki, to dalej uważam, że została słabo wykorzystana w tym sezonie i służy tylko jako zapowiedź powrotu Defendersów, ale jednak cieszę się, że znalazło się dla niej miejsce, bo zawsze miała świetną relację z Mattem i wciąż tak jest.
Ponownie dostaliśmy korytarzową scenę walki. Daredevil, Jessica i Angela przeciwko ludziom z oddziału oraz Fisk kontra rozwścieczony tłum. Podobała mi się pod tym kątem, że była intensywna, panował w niej totalny chaos, a postacie fajnie korzystały ze swoich umiejętności. Kingpin przechodził przez przeciwników jak taran, brutalnie wszystkich mordując. Muszę powiedzieć, że moment, jak otworzył drzwi, krzycząc „boo!”, był komiczny. Przy poprzednim omówieniu wspominałem, że liczę na inne zakończenie niż kolejna potyczka między Daredevilem a Fiskiem, i moje nadzieje się spełniły. Podobało mi się, że Matt postanowił okazać litość i poszedł drogą wygnania Fiska z Nowego Jorku. Znam zarzuty o to, jak bezsensowny jest to wątek, bo burmistrz chwilę wcześniej mordował niewinnych ludzi, a i tak zaproponowano mu ugodę. Zgadzam się, że jest to absurdalne, ale jednocześnie patrzę też z tej perspektywy, że Kingpin już dwukrotnie był zamykany w więzieniu i za każdym razem powracał, odzyskując przy tym władzę, więc bohaterowie mogli uznać, że lepiej się go pozbyć w inny sposób. No i często się zdarza w prawdziwym świecie, że osoby, które są silne, mają wpływy i władzę, nie są karane za popełniane czyny.
Jednym z lepszych wątków w całym sezonie była relacja Bucka z Danielem i na niekorzyść odcinka działa to, że nie było do niego żadnych nawiązań. Poprzedni odcinek pokazał, że było to obciążające emocjonalnie dla Bucka. Z kolei Kingpin od pierwszego sezonu pokazywał, że ma do Daniela pewną słabość. W finale śmierć bohatera granego przez Micheala Gandolfiniego nie ma praktycznie żadnych reperkusji, nie dochodzi do jakiejkolwiek konfrontacji między Buckiem a Kingpinem. Sam Buck też wydaje się stracić na znaczeniu bez Daniela, bo w finale jest tylko tłem, a jego rola ogranicza się do bycia żywą tarczą dla burmistrza i nawet nie dowiadujemy się, co się z nim stało.
Oprócz Matta i Fiska konkluzje swoich wątków dostają też Heather i BB. Ta pierwsza staje się nową Muse, a druga przejmuje biuro po zmarłym wujku (powrót Ellisona to kolejny fajny akcent). Piszę o tych wątkach razem, bo oba są rozczarowujące i mają na podobne problemy. Sceny jak Heather zakłada maskę a BB zaczyna pracę w redakcji byłyby bardzo ładnymi podsumowaniami, gdyby ich postacie zrobiły cokolwiek, żeby dojść do tego miejsca. Heather potrafiła znikać na całe odcinki, a jej przemiana jest kompletnie niewiarygodna. Największym dokonaniem BB przez cały sezon jest publikowanie prześmiewczych materiałów na temat Fiska i to byłoby dobre, ale jako element większej całości. Tylko że ta całość prezentuje się tak, że młoda Urich jest kompletnie nieostrożna i jedynie dzięki dobroci Daniela jeszcze żyje. Zabrakło jej realnych triumfów i dlatego nie uważam, że zasługuje na miejsce, w którym znajduje się na końcu.
Otrzymaliśmy niezły finał średniego sezonu. Trafiło się sporo satysfakcjonujących momentów, aktorsko serial dalej trzyma się bardzo dobrze. Cieszę się, że na koniec było więcej Matta Murdocka i dostaliśmy niestandardowe zakończenie rywalizacji Daredevil – Kingpin.

Ewa: Oglądając ten sezon, wielokrotnie wracałam myślami do netfliksowskiego Daredevila, przy którym Born Again wciąż wychodzi mocno na minus. Przestałam to robić dopiero przy przedostatnim odcinku i właśnie przy finale. Który może nie załatał wszystkich dziur, nie uratował kulawych wątków i wątłego rozwoju postaci, ale za to trzymał w napięciu i zaserwował kilka naprawdę świetnych scen.
Najlepszą – sądową potyczkę Matta i Fiska – dostaliśmy na samym początku. Troszkę szkoda, bo odcinek trochę po niej siadł, niemniej była świetnie napisana i zagrana. I choć zgodzę się, że poszło trochę za łatwo, to też jestem w stanie uwierzyć, że skład sędziowski niekoniecznie z radością brał udział we wcześniejszych ustawkach Fiska, widział coś poza tym, co mu podstawiono pod nos, i decyzja, by uwierzyć Mattowi, miała jednak całkiem solidną podbudowę.
Równoległe sceny walki – Jessiki, Daredevila i Karen z siepaczami Kingpina i tego ostatniego z wściekłym tłumem – były efektowne, ale… To już kolejna taka paralelna sekwencja w sezonie i ten zabieg mocno już mnie zmęczył. Widziałam też w niej kilka momentów, w których nie byłam w stanie zawiesić niewiary. W jednej chwili Kingpin morduje lub okalecza pewnie z kilkadziesiąt osób, by w następnym momencie zostać zaatakowanym przez może dziesiątkę, która otacza go, obala na ziemię i gdyby nie interwencja Daredevila, zatłukłaby go na śmierć. Albo jest wyjątkowo silny, albo nie, ale nie tak, jak scenarzystom w danej chwili pasuje…
Podobnie jak wiele osób, jestem zirytowana, że jego karą jest wygnanie. Choć muszę przyznać, że jego rozmowa z Mattem była poruszająca. Niemniej po rządach bezprawia chciałoby się zobaczyć triumf sprawiedliwości – i to nie w postaci umieszczenia Matta w więzieniu. A w każdym razie nie tylko, bo skoro on ma zapłacić za swoje czyny jako mściciel, tym bardziej powinien i Kingpin. Takie bardzo wybiórcze podejście do konsekwencji działań postaci jest zresztą dość charakterystyczne dla seriali z tego uniwersum. Z jednym wyjątkiem – w Jessice Jones morderstwo jest morderstwem, niezależnie od motywów, które za nim stały. Dlatego do więzienia trafia Triss, a Jessica (chyba nadal, sądząc z radości, z jaką sięga po alkohol w Born Again) nie może przejść do porządku dziennego nad tym, do czego zmusił ją Kilgrave. Tu za to mamy oczywiście Kingpina, ale też Punishera czy Bullseye’a, którzy na tę chwilę są wolni. Choć nie powinni.
Pisałam o tym już w poprzednich wrażeniach i, niestety, w finale nie zmieniłam zdania. Wątek Heather nadal nie ma sensu. Może nie kochać mścicieli, niemniej przez cały sezon nie widzieliśmy, by stawała się zła, może oprócz sceny, gdy Buck niemal jak Vader przeciągał ją na ciemną stronę. Przeciwnie, w pierwszych odcinkach było widać, że fałszuje dokumentację ze strachu, nie z przekonania. Wiemy, że zmaga się z traumą, tyle że jest to bardzo źle pokazane, ot, przeskakuje ze strachu w mrok i mamy się domyślić, co tam się po drodze wydarzyło. Mam nadzieję, że nie zobaczymy jej jako Muse w kolejnym sezonie, choć pewnie się mylę.
Tym, co oprócz sceny na sali sądowej bardzo mi się spodobało, było obalenie Fiska przez mieszkańców Nowego Jorku. Troszkę się powtórzę: żałuję, że go nie zjedli. 😉 Niemniej fajny był kontrast między propagandowymi filmikami z pierwszej połowy sezonu a gniewem ulicy. Dobrze też było pokazane, jak odwracają się od niego jego właśni ludzie. Nowy Jork był zbiorowym bohaterem tego sezonu i Nowy Jork odrzucił Kingpina.
Bardzo mnie ucieszyło cameo Luke’a Cage’a w końcówce. Przemawia przeze mnie sentyment, niemniej akurat jeszcze trochę wierzę, że ta ekipa jest w stanie zrobić dobrych Defendersów, szczególnie że wcześniejsi byli mocno średni. Podobnie jak cieszą mnie póki co niepotwierdzone informacje, że nie przyjdzie im walczyć z Kingpinem. Tak samo jak Nowy Jork mam go już po prostu szczerze dość.
To był niezły finał mocno średniego sezonu i gdyby wszystkie odcinki były na podobnym poziomie, byłabym całkiem zadowolona. Niestety całość nie pokazała, że twórcy mieli tak naprawdę pomysł na tę serię, poza przywróceniem popularnego bohatera. Nie wróży to szczególnie dobrze na przyszłość.
A wy jak oceniacie powrót Daredevila? Dajcie znać na naszej stronie na Facebooku lub w grupie Polifonia fantastyczna!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






