Znając twórczość filmową Guillermo del Toro, można by się spodziewać, że adaptacja Frankensteina Mary Shelley pojawi się w niej dużo wcześniej. Sam twórca mówi o tym, że ta powieść towarzyszy mu od młodości. Zapewne jednak są takie teksty kultury, które potrzebują w nas dojrzeć, byśmy mogli podjąć się próby opowiedzenia ich po swojemu. Jak wyszło to del Toro? Nasza redakcja ma dość zróżnicowane podejścia. Przeczytajcie naszą rozmowę o filmie.
Magdalena S.: To ja zacznę z pozycji Pani Marudy, mianowicie wynudziłam się potwornie (pun intended). Słabo pamiętam literacki pierwowzór, więc nie będę wjeżdżać w porównywanie – choć mam mocne poczucie, że wszystko to, co zachwycało mnie u Mary Shelley, jest jakieś takie… nieobecne u del Toro. Teraz jednak, jakieś pół godziny po zakończeniu oglądania, mam w pamięci dwie rzeczy: dłużyzny i nieokreślony ton. Ten film spokojnie mógłby trwać o godzinę krócej, bo to jest naprawdę prosta historia – konkretnie, mocno i do celu. Tu jednak wszystko się rozłaziło, jakbym oglądała na spowolnieniu, i jasne, obrazki były ładne, ale to trochę za mało. Co do tonu zaś – momentami wpadało to w taką lekką, niemalże humorystyczną gore groteskę, co zupełnie do mnie nie trafia, bo to nie o groteskę tu powinno chodzić, to są kwestie tak bardzo bliskie życiu i ponadczasowe. No nie trafiło to do mnie niestety. Teatralna adaptacja z Cumberbatchem i Millerem forever in my hearts.
Kira: Też trochę ponarzekam, głównie na zakończenie. Frankenstein to jednak tragedia, a tu tragizm wybrzmiewa dość pusto. Mam wrażenie, że del Toro tak bardzo kocha potwory (zrozumiałe), że dał jednemu z nich closure kosztem fabuły. Oryginalna opowieść pokazuje nam dwie osoby uwikłane w sieć skomplikowanych zależności i uczuć wobec siebie tak bardzo, że niezależnie od tego, jak mocno szarpią, nie umieją się wyzwolić, za to krzywdzą wszystkich wokół. I choć moje serduszko wzrusza się nad Potworem i Frankensteinem mającymi na koniec chwilę oddechu na lodzie, to jednak na dłuższą metę to bardzo źle robi całej historii. Część mnie zawsze pragnie sprawiedliwości dla potwora, ale tu mi czegoś zabrakło, chyba na poziomie eksploracji emocji Wiktora na ten temat; nie zobaczyliśmy w sumie, kiedy coś w nim kliknęło. Oczywiście pierwszy moment tego wahania pojawił się wcześnie, gdy słysząc wołanie potwora, próbował wrócić do płonącej wieży, ale później ten motyw nie pojawił się już w bardziej namacalnej formie. I właśnie to uczucie, że brakuje mi tu jakiegoś niedużego kawałka układanki, mi zgrzyta, zwłaszcza że w całej reszcie wszystkich sekwencji na północy del Toro tak pięknie żongluje scenami z książki i układa je w nowe wzory.
Mimo tych uwag film bardzo mi się podobał, był przepiękny, tempo było odpowiednio wolniejsze niż współczesne kino lubi, nastrój był wspaniały, była w nim ta gotyckość, za którą mainstreamowe kino nieczęsto się bierze w taki sposób (więcej znajdzie się grania konwencją, a mniej uczciwych, klasycznych gotyckich horrorów). Po prostu w mojej głowie mogłoby być jeszcze lepiej.
Kryś: Film jest wizualnie cudowny: starannie dobrane kolory, zachwycające stroje (zwłaszcza suknie Elizabeth), genialnie przedstawiony patchworkowy Potwór. Zgodzę się jednak z Magdą, że mógłby być krótszy – bardzo dużo w nim pięknych obrazów, troszkę za mało treści.
Jeśli chodzi o zakończenie, to cóż, ja mam wielką słabość do stworów pokrzywdzonych przez los i popkulturę, więc bardzo podobała mi się ostatnia scena z Potworem oświetlonym blaskiem słońca.
Ginny N. · Tomek Cz.: Mnie się ta adaptacja podobała bardzo. Z lektury pamiętam też niezbyt wiele, choć akurat nie miałem zachwytu. Bardziej była to dla mnie ciekawostka w ramach klasyki literatury horroru niż porywająca opowieść. I może dlatego kierunek obrany przez del Toro mi nie przeszkadza i nie przeszkadza mi ta rozwlekłość (choć jak na obecne standardy dwie i pół godziny to nie jest znowu aż tak długo) i jak najbardziej widzę głębię w tej opowieści o ojcach i synach – bo choć ojciec Victora umiera dość szybko, to jego duch pozostaje w tej adaptacji bardzo obecny.
Lecz właściwie rozumiem też, skąd biorą się głosy rozczarowania, nawet jeśli sam nie zgadzam się, że jest tu nudno i płytko. Jeśli sam miałbym się do czegoś przyczepić, to gubi mi się w tej opowieści moment, w którym Victor przechodzi odmianę serca. Jasne, jest to gdzieś w trakcie jego pogoni, ale nie widzimy w ogóle tego procesu zmiany, zrozumienia, akceptacji.
No i jeszcze, nie trzeba było tyle razy powtarzać Viktorowi w twarz, że to on jest potworem.

Magdalena S.: No tak, ojcowie… i matki… bardzo freudowska jest ta adaptacja, jak trafnie napisała w swojej recenzji Zwierz popkulturalny (KLIK). No można iść takim tropem, ale w roku 2025 to trochę niesatysfakcjonujące…
Żeby jednak nie było aż tak negatywnie, były też rzeczy, które mi się podobały: wspomniana estetyka, sam design Potwora i Jacob Elordi przewspaniały w tej roli, zwłaszcza na początku. Podobał mi się też taki jasny podział na dwie części: Potwór zyskuje autonomię i przejmuje narrację. Tak powinno być. Chciałabym też pochwalić scenografię – te brudne ulice! – choć sama wieża Frankensteina była już trochę za bardzo. No i stroje, zwłaszcza Elizabeth, to coś wspaniałego – już internet zidentyfikował, na jakich konkretnie owadach opierały się ich projekty. Estetyka miała taki retro powiew, może przez oświetlenie? Było tam wszystko wyjątkowo sensownie doświetlone i nawet w ciemnych scenach nie trzeba było wytężać wzroku.
Kira: Och, tak, Potwór jest najpiękniejszy! Bardzo, bardzo podoba mi się pójście w taką estetykę: eleganckie zakrzywione organiczne linie wywołujące niemal futurystyczne wrażenie, co doskonale pasuje do ekranizacji książki – prekursorki fantastyki naukowej, i to dziwaczne, inne piękno; w oryginale Potwór też w zamierzeniu miał być piękny, a jego ostateczna brzydota leży głównie w odbiorze przez otoczenie.
Jak zwykle zresztą u del Toro, warstwa wizualna jest doskonała. Przepiękne kostiumy, scenografia, i ja właśnie bardzo doceniam tę o wiele za bardzo wieżę, ta wieża to mokry sen gotyckiego horroru, wszyscy chcą to, co ona ma, a przy okazji jest też wizualizacją umysłu Frankensteina, tak upojonego swoim intelektem i możliwościami. Zwłaszcza to zetknięcie nawiązujących do starożytności kamiennych płaskorzeźb i retro-nowoczesnych kafelków bardzo do mnie trafiło. A ukoronowaniem tego była scena zniszczenia wieży. Nie będę teraz szukać, czy to było zamierzone, mam nadzieję, że tak – bo dla mnie to jest Wieża, szesnasta karta wielkich arkanów w tarocie, symbolizująca nagłą zmianę, gwałtowne zniszczenie, utratę, chorobę i wypadki. Brzmi znajomo, prawda? Wizualne i fabularne podobieństwo podkreśla też to, że w tradycyjnych przedstawieniach na karcie znajdują się też dwie postacie uciekające lub spadające z wieży. Kocham, gdy filmy opowiadają historię i w taki sposób.
Magdalena S.: Tak, rzeczywiście! Też miałam skojarzenie z tarotem. Sam design wieży był świetny i rzeczywiście znakomicie odegrała swoją rolę, zgrzytała mi po prostu jako element przerysowania, które wydawało mi się akurat w tym kontekście przesadzone.
Ginny N. · Tomek Cz.: Zgodzę się z wami do kostiumów i scenografii. Są przepiękne i zwyczajnie w stylu del Toro. Strasznie podoba mi się też to, jak zostało zrobione oświetlenie – otóż źródła światła były mocne, ale stały na zewnątrz pomieszczeń/planów, tak że światło wpadało do środka przefiltrowane przez okna – co dawało wrażenie naturalnego światła, podbudowując tę retro otoczkę.
Magdalena S.: Co do gry aktorskiej, oprócz świetnego Elordiego mało kto mi się podobał. Oscar Isaac jest cudny, ale akurat nie tym razem – był tak jednorodnie rozedrgany i momentami obleśny, no tak, słusznie, ale mam wrażenie, że cały czas grał to samo i szybko mnie to znużyło. Poza tym jest do tej roli zdecydowanie za stary! Victor to powinien być przemądrzały studencik. Nie podoba mi się też drewniana Mia Goth – jest śliczna, ale niewiele się dzieje na jej twarzy i miałam wrażenie, że aktorka jest myślami gdzieś daleko.
Ginny N. · Tomek Cz.: To mnie akurat Oscar Isaac bardzo się tu aktorsko podoba i nie odstaje wcale od Elordiego – choć sam Elordi błyszczy w tym, jak gra nie tylko słowem (którego na początku nie ma zbyt wiele), ale i cielesnością. Co do Mii Goth, może nie nazwałbym jej aż drewnianą, bardziej oszczędną, ale też zabrakło mi w jej Elizabeth trochę więcej ekspresyjności.
Magdalena S.: Tak, niesamowita jest ta cielesna gra Elordiego, ależ to musi być przeraźliwie trudne.

Kryś: Wspomnę jeszcze, że spodobało mi się, że przez cały film Victor jest tytułowany jako „baron”, a nie „doktor Frankenstein” – podkreśla to, że właściwie nie jest on ani lekarzem, ani prawdziwym naukowcem. Jego dzieło jest stworzone bez zastanowienia się nad konsekwencjami i w nieprzemyślany sposób, nie stara się zrozumieć ani zbadać zjawiska, tylko wykorzystać je mechanicznie. Bardziej niż Victor człowiekiem nauki jest tu Elizabeth, która obserwuje zachowania i budowę owadów, a gdy spotyka Potwora, stara się go zrozumieć jak każde inne stworzenie.
dziewiętnastka: Dobra, też dodam parę groszy od siebie. Od razu powiem, że wychodzę z pozycji trochę obronnej, bo Frankenstein del Toro przypadł mi do gustu BARDZO, a mam wrażenie, że jestem trochę w mniejszości. Zupełnie na przykład nie przeszkadzało mi wolne tempo, wymieniane często jako wada filmu. Wręcz przeciwnie – czułam, że mój mózg trochę wypoczywa, wychodzi z trybu narzuconego przez współczesne montaże (filmów i nie tylko) ADHD. W moim odczuciu gotycka fikcja musi się trochę snuć, musi wybrzmieć. Bo w moim odczuciu (trochę popartym researchem) – ale no strach w gotyku nie polega na jumpscare’ach ani nawet na dramatycznych plot twistach, które owszem, są częścią gatunku, ale pełnią inną rolę. Strach tutaj musi podpełznąć, a pełznięcie zajmuje trochę czasu.
Magdalena S.: Muszę chyba trochę obronić w tym momencie swoją opinię – mnie nie chodziło o to, że tempo jest zbyt wolne, to pasuje do tej treści. Nie chcę jumpscare’ów i nie jestem widzką tiktokową ;). Zarzucam filmowi niepotrzebne dłużyzny, rozdmuchanie prostej fabuły do niepotrzebnej objętości. On sobie może być powolny, jeszcze jak – ale wystarczyłyby tej powolności dwie godziny. Choć z drugiej strony, jak zaraz powiesz (timey-wimey, ha!), to część z opowieścią Potwora mogłaby być bardziej rozbudowana… Ja tu widzę problem z konstrukcją i tempem, a nie niedostosowanie do współczesnej widowni.
dziewiętnastka: Nie przeszkadzały mi też zmiany fabularne. Zwierz popkulturalny zwróciła uwagę w swojej recenzji, że adaptacja del Toro idzie bardzo w klimaty psychoanalitycznej dramy rodzinnej – całkowicie się z tym zgadzam i uważam, że to był bardzo dobry ruch! Ale żeby to usadowić, trzeba było dodać trochę kontekstu: stąd właśnie się wziął wątek rodziny Victora, który osobiście uwielbiam (to jak przyglądanie się pod szkiełkiem, jak powstaje bohater byroniczny). Tam każdy dodatek ma sens: i śmierć matki przy porodzie, i przeniesienie żałoby na kompleks stwórcy (scena z laleczką w ciąży!!!), i te wszystkie figury ojcowskie, które nie stają na wysokości zadania, co potem Victor przenosi na Potwora… To ma olbrzymi sens i było fascynujące… No, przynajmniej dla mnie. A do tego wspaniale gra na poziomie meta – bo nie wiem, czy wiecie, ale istnieje całkiem prężna szkoła interpretacji Frankensteina jako wyrazu żałoby Mary Shelley po jej własnym utraconym dziecku.
Jeśli chodzi o drugą część, czyli Opowieść Potwora, tutaj siedzimy już odrobinę bliżej książkowych wątków. Miałam wrażenie, że można byłoby to trochę rozwinąć, bo niektóre rzeczy wydawały mi się potraktowane skrótowo, ale pokazanie niewinności Istoty… A potem przejścia w tryb Potwora, bardzo mi się podobało. Tylko no, za krótko, serio poprosiłabym dodatkowe pół godziny (i może jednak bez CGI wilków). Zabrakło mi na przykład takiego emocjonalnego „wyciśnięcia” śmierci Elizabeth, niby to było ważne, ale jednak miałam poczucie, że moment zadania rany w czasie wesela jakoś się rozmył, dopiero ta scena w jaskini trochę nadrobiła… Nawet jednak w takiej nieco krótszej formie film zdołał przekazać dość, żeby rozgrywająca się na statku końcówka wybrzmiała. Choć jak widzę, niekoniecznie wszyscy się tu ze mną zgadzają. No ale chyba nikt nie zaprzeczy, że jest coś oczyszczającego w tym pojednaniu. No i ten, sprawiedliwość dla Istoty! Mam nadzieję, że potem żył w miarę szczęśliwie.
Magdalena S.: O rany boskie, te wilki…
Respice: Zgadzam się z przedmówcami, że CGI można było nam oszczędzić, ale też rozumiem, że żyjemy w czasach, gdzie mając do wyboru szkolenie zwierzęcych aktorów a szybką akcję w postaci CGI, taniej będzie zrobić użytek z technologii… I te wilki i jelenie nie były tragiczne, więc mogę je wybaczyć, biorąc pod uwagę, że tak wiele elementów scenografii i charakteryzacji było nie do pobicia. W czasie kręcenia scen z Potworem grający go Jacob Elordi codziennie spędzał więcej niż 10 godzin w pełnym mejkapie. Projektantka kostiumów, z którą Guillermo współpracował przy poprzednich produkcjach (np. Crimson Peak), znów wykonała kawał porządnej roboty; każda postać miała swój motyw przewodni w kostiumach i scenografii, na przykład matka Victora była uosobieniem czerwieni, pojawiającej się w różnych momentach – zaczyna się od czerwieni jej sukni, czerwone rękawiczki noszone przez Viktora, czerwone kwiaty na jej grobie, czerwony naszyjnik z krzyżem noszony przez Elizabeth… W tej produkcji jest całkiem sporo podobnych smaczków.
Ginny N. · Tomek Cz.: Dopowiem tylko, że CGI było podrasowaniem prawdziwych zwierzęcych aktorów, nawet jeśli wciąż było bardzo jednoznacznym CGI.

Kira: Wetnę się jeszcze tu, bo choć napisałum wyżej, czemu nie do końca pasuje mi końcówka, to muszę się emocjonalnie zgodzić z dziewiętnastką – też życzę Potworowi jak najlepiej. Myślę, że to, czego mi trochę zabrakło, to poświęcenie chwili więcej na reakcję Victora na śmierć Williama i Elizabeth. To chyba jest dla mnie ten brakujący element układanki. Rola Williama i okoliczności jego śmierci w filmie są inne niż w książce, i użycie tych wydarzeń jako elementów wywołujących refleksję, zamiast złości, bardzo by tu moim zdaniem pasowało.
Ginny N. · Tomek Cz.: Właśnie to snucie się grozy jest czymś, co do mnie mówi u del Toro i tak samo mówi do mnie w jego Frankensteinie. Jednak wolę od wartkiej akcji i jumpscare’ów powolną opowieść, która gra nastrojem tak jak tutaj. (Ale tak, z wilków i jeleni w CGI też bym zrezygnował). Widzę też dwa obozy pośród oglądających. Te zachwycone i te rozczarowane (zresztą i nasza dyskusja ten podział pokazuje), ale jest on na swój sposób intrygujący.
dziewiętnastka: Co masz na myśli mówiąc, że ten podział jest intrygujący? Nie jest tak zawsze, że jednym się podoba, a innym nie?
Ginny N. · Tomek Cz.: Powiedziałbym, że głównie intryguje mnie linia, którą ten podział przebiega. Nie jest to proste „osoby, które kochają książkę” vs „osoby, które nie czytały książki”. Może bardziej chodzi o inne podejście do niej?
dziewiętnastka: A może chodzi o podejście do gotycyzmu? Tego w klasycznym rozumieniu? Osobiście mam wrażenie, że Del Toro bardzo stara się odtworzyć gotycyzm opowieści o Frankensteinie, ale też robi to w bardzo świadomy, wręcz meta sposób – inkorporuje różne wątki i interpretacje, które niekoniecznie są w samym tekście książki, ale wokół niego narosły, równocześnie tworząc nasze rozumienie, czym właściwie gotycyzm jest. No i tutaj dochodzimy do pytania: czy przeciętny odbiorca współcześnie lubi gotyk? Ten oryginalny, trochę snujący się i kiczowaty? Może to trochę krzywdzące, ale prawdę mówiąc… nie wydaje mi się. A z drugiej strony, sama doceniłam Wichrowe wzgórza, książkę, dopiero na starość, więc może współcześnie to po prostu jest coś, co się nabywa z czasem, jeśli się chce, a nie każdy chce (i nie każdy musi).
Ginny N. · Tomek Cz.: Moje podejście jest o tyle specyficzne, że książkowego Frankensteina, jak pisałem na samym początku tej dyskusji, męczyłem i ostatecznie nie udało mi się go skończyć. Gdzieś ta starsza, kultowa gotycka literatura trąci już dla mnie myszką, i jeśli zdarza mi się do niej wrócić, to właśnie jako do ciekawostki historycznej i z szacunku dla klasyki gatunku. Natomiast nie czytam jej dla specjalnej przyjemności z lektury. A jednak bardzo lubię twórczość del Toro, która w większości wypadków jest przesiąknięta gotyckością i tak samo mi się jego Frankenstein spodobał. I ogólnie groza mnie jednak w jakiś sposób pociąga i pociąga mnie ta powolność jej budowania, trochę jak narastająca stopniowo mgła, z której się wyłania. Tak jak zwykle skrótowo mówię, że nie lubię horroru, tak groza jednak jest moim gatunkiem (a i bywa narzędziem narracyjnym, z którego korzystam). I tak, choć właściwie przed seansem mocno obawiałem się, czy nie zgubi się w deltorowskim Frankensteinie duch powieści, tak gdy oglądałem i potem po seansie czułem, że del Toro tego ducha oddał, a jednocześnie wprowadza grozę, którą lubię, nie tę nużącą, starszą (Shelly, Grabiński, Stoker – kinda ziew, Kingfisher czy del Toro – dajcie mi więcej).
dziewiętnastka: A wiesz, jak oglądałam te „klasyczne” filmy del Toro w młodości, to wcale mi się nie podobały… Nie mam pojęcia, może teraz by mi weszły bardziej?
Ginny N. · Tomek Cz.: Może, kto wie? Ale też o ile, jak pisałem już wyżej, rozumiem rozczarowanie drugiej strony, bo tak, del Toro poprzestawiał pionki (i figury) na tej szachownicy, by stworzyć bliższą mu samemu opowieść o ojcach i synach (podobnie jak było w jego Pinokiu*), o tyle nie zgodzę się, że nie ma w tej opowieści głębi.
* Sam del Toro zapowiada jednak, że skończył już z tym tematem, i teraz chce zabrać się za coś zupełnie nie w jego stylu.
Magdalena S.: Pewnie teraz czas na więcej matek xd
dziewiętnastka: Ginny, weź przeczytaj oryginalny dom Usherów, to tylko opowiadanie… A jestem bardzo ciekawa, jak by ci podeszło. Ogólnie klasyczny gotycyzm (poprzez klasyczny rozumiem ten ukształtowany w XVIII i XIX wieku) to jest niezła faza, jak się tego nie czuje, to ciężko wchodzi – plus też mimo wszystko występuje tu pewna bariera czasoprzestrzeni dla kogoś wychowanego na współczesnych tekstach.
Ginny N. · Tomek Cz.: Kiedyś pewnie spróbuję, zwłaszcza, że Poego jeszcze nie czytałem, a to, że do tej pory klasyka gotyckiego horroru mnie nie zachwycała tak, jak potrafi to gotycki horror współcześnie, nie znaczy, że będzie tak z każd_ jej autorem z XIX wieku. Ale najpierw muszę zejść z górki czytelniczej, bo w takim czytelniczym rozbieganiu nigdy tych książek nie pokończę.
Respice: Kocham twórczość Guillermo del Toro miłością bezwarunkową, tak samo jak sam gotyk, więc będę bardzo nieobiektywna! Frankenstein to kolejny film, który stworzył, łącząc baśniowy mrok z emocjonalną głębią. Mamy tu nie tylko hołd dla twórczości Mary Shelley, ale też hołd dla początków gotyku jako gatunku. Gotyk u del Toro to nie tylko dekoracja (warto zwrócić uwagę na misterne detale, szczególnie damskich strojów), ale język emocji – odzwierciedla samotność bohaterów, ich obsesje i niekończące się poczucie winy – wszystko to się pięknie wpasowuje w podstawy klasycznej powieści gotyckiej. Dama w potrzebie? Jest Mia Goth. Przestrzenie przytłaczają swoją skalą i zimnem, stanowią swojego rodzaju labirynty (skala posiadłości Frankensteina, Edynburg, ale też młyn, w którym ukrywał się Potwór). Pejzaże obecne w filmie to odzwierciedlenie potęgi natury, która wydaje się niemniej tragiczna od bohaterów historii; posępne ośnieżone góry, mokradła osnute mgłami…
Ogólnie to poza momentami z nadmiarem CGI nie mam za bardzo co temu Frankensteinowi zarzucić – ale jak wspominałam wcześniej, miałam wielkie nadzieje już od momentu kiedy dowiedziałam się, że film jest w planach, i nie zawiodłam się.
Jak widać wyszła nam dyskusja złożona z różnych fragmentów – niczym potwór Frankensteina, ale w kontekście podejmowanego tematu całkiem to do niej pasuje. A jak wam spodobał się deltorowski Frankenstein? Dajcie znać w naszych social mediach, na Facebooku oraz w grupie Polifonia fantastyczna.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






