W czwartym odcinku Daredevil: Born Again akcja nie zatrzymuje się ani na moment. Bullseye chce być bohaterem, Fisk walczy na ringu, a Vanessa… Przeczytajcie wrażenia Borysa i Ewy. Uwaga na spoilery!
Borys: Przy wrażeniach z poprzednich odcinków wyrażałem swoje nadzieje na rozwinięcie wątku Bullseye’a i dobre sceny akcji z nim. No i cóż, doczekałem się. Słowem wstępu mogę powiedzieć, że jestem zachwycony i myślę, że naprawdę jest tu o czym mówić.
Największą zaletą jest oczywiście Bullseye, który jest właściwie głównym bohaterem tego odcinka. Osobiście uwielbiam tę wersję tego złoczyńcy i to już od jego pierwszego pojawienia się w trzecim sezonie. Zarówno w starym serialu, jak i tutaj twórcy fantastycznie pokazują jego umiejętność uczynienia zabójczej broni z wszystkiego, czego dotknie, od noży aż do zwykłych przedmiotów jak słomka, płyta CD czy kawałek homara. Wymaga to zawieszenie niewiary, ale w żadnym stopniu nie przeszkadza w cieszeniu się akcją na ekranie, wręcz przeciwnie. Dostaliśmy w nowym odcinku trzy sceny walki z udziałem Bullseye’a i wszystkie działają rewelacyjne. Scena w barze była efektowna, dostarczyła mnóstwa rozrywki i była cudownym pokazem umiejętności Poindextera. Walka z Daredevilem i konfrontacja z małżeństwem Fisków były połączeniem bardzo fajnej akcji z dużą stawką emocjonalną, bo wszystkie postacie mają jakąś historię z Dexem. Ilekroć Bullseye pojawiał się na ekranie, nie mogłem oderwać wzroku od telewizora i zastanawiałem się, co się zaraz wydarzy. Podoba mi się też budowanie samej postaci. Oczywiście duża tu też zasługa Wilsona Bethela, który cudownie odgrywa swoją rolę. Podczas sceny w barze aż poczułem niepokój, kiedy rozmawiał z człowiekiem z psem. Kupuję też wątek, w którym Bullseye żyje w swoim świecie i wierzy, że teraz jest bohaterem, a chce zabić Fiska również dla Daredevila, żeby wyrównać skalę za śmierć Foggy’ego. Jest to fajny nowy kierunek, który otwiera sporo możliwych dróg. Walka w mieszkaniu była też dobrym momentem dla Charliego Coxa, który świetnie odegrał w niej wściekłość i żal po śmierci przyjaciela.
Podoba mi się, jak serial znajduje role dla pobocznych postaci. Kirsten póki co wydaje się wypełniać lukę z wątkami prawniczymi, z uwagi na to, że Murdock jest aktualnie zajęty innymi sprawami. Dostaliśmy też ładną symbolikę, gdy oddział Fiska bezprawnie przeszukuje kancelarię, a figurka Temidy się rozbija. Być może dalej dostaniemy połączenie walki z Fiskiem zarówno od strony superbohaterskiej, jak i prawnej. Liczę na to, bo bardzo pasowałoby to do serialu o Daredevilu. Mam jednak nadzieję, że dostaniemy pod koniec sezonu też trochę Matta walczącego z Fiskiem od strony prawnej, tym bardziej że w drugim epizodzie Kingpin sam uczynił z niego bohatera przed całym miastem. Zastanawia mnie, w jaką stronę pójdzie postać Daniela. W sieci można znaleźć różne teorie na jego temat i każda jest interesująca. Najciekawsze są oczywiście jego relacje i rozdarcie między Fiskiem a BB. Aktor bardzo dobrze odegrał podejrzliwość i brak zaufania w scenie, gdy reporterka po kryjomu dostaje dowody od znajomego Angeli. Aż poczułem wtedy lekkie napięcie i zobaczyłem innego Daniela niż zwykle. Tak samo udanie wypada Buck, który raz po raz pokazuje, że jest najbardziej kompetentny z administracji Fiska. Czuć, że jego postać może stanowić realne zagrożenie, co pokazała chociażby scena z panem Charlesem.
Pozytywnie oceniam też sekwencję, jak Matt w przebraniu AVTF szuka wskazówek w barze. Udało się tu wpleść trochę humoru i w końcu pokazano też w akcji inne zmysły niż tylko słuch, czego mi brakowało.
Bardzo się cieszę, że Matt w końcu otrzymał jakieś sceny związane ze swoją wiarą, bo to ważny element tej postaci. Brakowało mi takich rozmów jak z księdzem Lantomem w pierwszym sezonie oryginalnego serialu. Scena w kościele, gdy Matt się modli i wspomina swoje dorastanie, była tym, na co czekałem praktycznie od startu Born Again. Flashbacki ze starego serialu także były miłym akcentem. Mam nadzieję, że w przyszłości ponownie zobaczymy również siostrę Maggie.
Finał odcinka wypadł super. Bokserska walka Fiska była wyjątkowo brutalnym pokazem siły (dosłownie i metaforycznie) i tutaj duży szacunek dla Vincenta D’Onofrio, który nalegał, aby odegrać ją samemu, bez dublera. Dodatkowo aspekt fabularny, że to ten sam ring, na którym walczył ojciec Matta. Był to fajny pomysł scenarzystów, który na dłuższą metę nie ma dużego znaczenia, ale wywołał u mnie trochę emocji. Wiadomo oczywiście, że wszystko nabrało rozpędu wraz z pojawieniem się Bullseye’a. Jest to krótka sekwencja, ale napięcie w niej było świetne i naprawdę chce się wiedzieć, co będzie dalej i jak te wydarzenia wpłyną na postacie i fabułę. Oliwy do ognia dodaje fakt, że zobaczyliśmy w niej Watchera.
Czwarty epizod jest moim ulubionym odcinkiem Born Again do tej pory. Jest to też pierwszy odcinek drugiego sezonu, który oglądałem z ogromną ekscytacją od początku do końca. Już trzeci się wybijał, ale ten podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej.

Ewa: Ding, dong… I wiadomo, co dalej. Vanessa to postać, którą kochałam nienawidzić. Pamiętam, jak gdzieś na początku jej relacji z Fiskiem miałam nadzieję, że będzie jego sumieniem i pozwoli mu odnaleźć jego lepszą stronę (o słodka naiwności osoby nieznającej komiksów). Tymczasem okazała się równie, jak nie bardziej bezwzględna jak on. Od przymykania oczu na jego zbrodnie przeszła do przejęcia jego biznesu, gdy był w więzieniu. Zaaranżowała morderstwo Foggy’ego. Teraz, pośrednio, zginęła z rąk tego samego człowieka, którego wynajęła do tego zabójstwa. Bezpośrednio z rąk ukochanego. Doceniam przewrotność i dramatyzm tego aktu. Oraz poetyckość samej sceny: krew na białej sukni, przejrzysty kryształ wbity w głowę.
Kim stanie się Fisk po stracie jedynej osoby, którą kochał? Dość łatwo się tego domyślić. Liczę, że doprowadzi to do jego końca jako burmistrza, wszak wściekłość sprzyja nieostrożności. Nie znaczy to, że ten obrót spraw mnie cieszy. Nie było mi smutno po śmierci Vanessy, ale też nie był to cios, który chciałby zadać Fiskowi Daredevil (który zresztą w tym odcinku po raz kolejny próbował powstrzymać Bullseye’a) ani nikt z jego otoczenia. Wszak wiemy już, że teraz zginie bardzo wiele osób, w tym, zgodnie z logiką serialu, ktoś, kogo udało nam się polubić. Wolę nie spekulować, kto.
To był niezły, odpowiednio mroczny i ponury odcinek. Jeśli miałabym mu coś zarzucić, to trochę koncentrację na postaci Bulseye’a. Fajnej i dobrze zagranej, ale też trochę nie wiem, co wnoszącej do fabuły, by jej poświęcać aż tak dużo czasu. Czy chodzi o to, że w jakiś przewrotny sposób uwierzył, że śmiercią Vanessy i sługusów Kingpina odkupi śmierć Foggy’ego? Kilgrave zdecydowanie lepiej grał w tę grę. A może o to, że Daredevil nie chce takiego sprzymierzeńca? Wiemy to, wszak i z Punisherem się nie zaprzyjaźnił. Właściwe jedyne, co przychodzi mi do głowy, to chęć podkreślenia, w jak beznadziejnej sytuacji jest Nowy Jork i założenie, że będziemy się zastanawiać, czy aby na pewno czasami cel nie uświęca środków. Tyle że serial jest zogniskowany wokół moralności Diabła z Hell’s Kitchen, i choć można się zastanawiać, czy niezabijanie jest aby na pewno wiele lepsze od okaleczania czy łamania kości, to nadal – wiemy, że Daredevil woli mieć w drużynie nastolatkę z magicznym medalionem niż mordercę. A już szczególnie, gdy odpowiada on za śmierć jego najbliższego przyjaciela.
A teraz czekam na furię Fiska. I na Jessikę.
PS Po obejrzeniu kolejnego odcinka wiem, że ciut się pospieszyłam z odtrąbieniem końca Vanessy. Ale tylko ciut, tak że moje emocje pozostają bez zmian.
A wy jak oceniacie powrót Daredevila? Dajcie znać na naszej stronie na Facebooku lub w grupie Polifonia fantastyczna!


Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






