Książki towarzyszą nam od wieków, opowieść – od kiedy jesteśmy ludźmi. Tworzą to, kim jesteśmy i kim się stajemy. Piąte urodziny Whosome to dobry moment na refleksję nad książkami, które są dla nas ważne – z najróżniejszych powodów.
Ginny N. · Tomek Cz.: Zastanawiałem się, jaką inną książkę mogę tu przywołać, ale choć jest całkiem sporo takich, które są dla mnie ważne, to żadna nie wychodzi przed inne tak jak cykl Świat Dysku Terry’ego Pratchetta. Książki są dla mnie ważne tak po prostu, wiele z nich na swój unikatowy sposób; towarzyszą mi od zawsze i wiele dla mnie znaczą; lecz gdy myślę o tym, które z nich i w jaki sposób mnie ukształtowały, to właśnie Dysk zajmuje najwięcej miejsca. Gdy zaczynałem czytać swoje pierwsze tomy, byłem zupełnie innym człowiekiem, młodszym, bardziej pozamykanym i konserwatywnym – nie nazwałbym siebie z wtedy prawakiem, ale do lewaka jednak czekała mnie długa droga. Świat Dysku otworzył mnie na ludzi. Pierwszy raz miałem większe grono przyjaciół niż jedna osoba i długo nikt (autyzm pozdrawia). Przegadałem z tymi przyjaciółmi wiele godzin na dawnym dyskowym forum, dzięki czemu dziś dużo lepiej widzę to, jaką byłem wtedy osobą i jak te rozmowy i te książki mnie zmieniły. Istotną częścią tej zmiany było też to, że nie zamknąłem się w tym forum, które było moim pierwszym doświadczeniem fandomowej wspólnoty. Z jego macek wyciągnąłem się w inne fandomowe przestrzenie, zacząłem oglądać więcej fantastyki, nie tylko ją czytać, poznałem nowe osoby, z którymi dziś robię dobre rzeczy – w tym Whosome. Te przestrzenie były i są dla mnie dalszymi nauczyciel_ami człowieczeństwa, wspólnoty, dorosłości i prawdziwego zrozumienia tego, o czym mówi Świat Dysku.
dziewiętnastka: Katabaza Rebecki F. Kuang wydaje się dość kontrowersyjną pozycją… Głównie ze względu na to, że Kuang najwyraźniej z jakiegoś powodu jest kontrowersyjną autorką. Nie wiem, o co tu chodzi, po prostu zaskakująco często spotykam się z reakcją „nie no, nie lubię jej / mam z nią problem”. Okej, nie wnikam. Ale powiem wam jedno: Katabaza naprawdę trafnie przedstawia stan umysłu zwany doktoratem. I to nawet nie chodzi o przedstawienie patologii i nadużyć – chociaż, no, nie ma co ukrywać, że na uniwersytetach jest takich pełno, wystarczy sobie poczytać ostatnie doniesienia Wyborczej o mojej alma mater (💀). Chodzi o ten stan umysłu. O desperację, która popycha do naprawdę skrajnych metod. Ściąganie promotora z piekła, żeby zrobił swoją nieszczęsną pracę i doprowadził doktorantów do obrony, wydaje wam się naciągane? Mnie – ani trochę. Balansowanie na cienkiej linii pomiędzy kompleksem wyższości i absolutnym zniszczeniem ego przez instytucję? Kto tak nigdy w akademii nie miał, niech pierwszy rzuci kamieniem, poczekam. Ale przecież pod tym wszystkim, pod produkcją argumentów i sporów dla samych argumentów i sporów, pod pompowaniem ego i skostniałymi procedurami nadal drzemie ta (niemal nerdowska) miłość do wiedzy, do poczucia, że przez chwilę rozumie się świat lepiej. Kuang przedstawia to wszystko bardzo dobrze. Niestety, jej wnioski co do sensu i przyszłości w akademii wydają się pesymistyczne. Tlący się we mnie idealizm nie pozwala się do końca pogodzić z tym spojrzeniem. Ale tak, najchętniej wcisnęłabym tę książkę wszystkim wokół mnie, oszczędziłoby mi to wyjaśniania wielu spraw.
Magdalena S.: Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego to podobno książka, która się ludziom ze mną kojarzy, i gdy się o tym dowiedziałam, zamyśliłam się głęboko, po czym stwierdziłam – słusznie. Nie pamiętam, kiedy przeczytałam je po raz pierwszy, zapewne w nastoletniości, kiedy czytałam na metry wszystko, co posiadała jasielska biblioteka (piękne miejsce) – z tego samego potężnego rzutu są też Małe, duże Johna Crowleya, które byłyby trzecią przywołaną przeze mnie książką, ale ograniczę się do dwóch. Co mi zrobiły Kroniki marsjańskie? Myślę, że znacząco ukształtowały mój gust. To mógł być ten tekst, który pokazał mi, że science fiction może być jak poezja i że fantastyka może tak bardzo głęboko siedzieć w rzeczywistości – nie tej naukowej, ale politycznej i społecznej, choć nie wiem, na ile wtedy to rozumiałam, a na ile miałam po prostu poczucie pewnej ponadczasowości, mimo że widać po Kronikach, że są dość wiekowe. Mieszka mi gdzieś w głowie ten Mars, którego mieszkańcy rozpłynęli się we mgle; Mars, który próbował się bronić; Mars, którego opanowuje amerykańska klasa średnia; Mars, z którego ludzie widzą katastrofę swojej rodzimej planety – i wracają. Piękna proza, która nie rozczarowuje mnie przy kolejnych powrotach.
Tytus Groan i Gormenghast Mervyna Peake’a. Na drugą nóżkę: przedziwne, oniryczne, absurdalne fantasy o przepastnym zamku, po którym snują się niedorzeczni bohaterowie, przemawiając do siebie nawzajem jak postacie najdramatyczniejszego z dramatów – są postaciami najdramatyczniejszego z dramatów – i są tak nieskończenie samotni i skazani na porażkę, wplątani w zwyczaje i rytuały, które dawno straciły sens. A wśród nich trzy młode osoby: jedna już niemal złamana, druga, tytułowy Tytus, który czegoś jeszcze by chciał, i trzecia, która chciałaby to wszystko rozwalić. Niewiele pamiętam z fabuły tych książek; w pierwszym tomie dzieje się naprawdę niewiele, w drugim jest dynamiczniej, ale w ogóle nie w tym rzecz – ale mieszka w mojej głowie od wielu lat rytm tych zdań. Gdybym mogła ukraść komuś styl, okradłabym Peake’a bez chwili wahania. Ta niedokończona seria jest jak przedziwny mikrokosmos, do którego zagląda się przez dziurkę od klucza i próbuje nadać nazwy kształtom, ale wszystko pozostaje niejasne i powykrzywiane wszystkimi rodzajami dziwności. (Jeśli podobał wam się Piranesi Susanny Clarke, to jest on jak bardzo mały i lekkostrawny odprysk Gormenghast).
And now, my poor old woman, why are you crying so bitterly? It is autumn. The leaves are falling from the trees like burning tears—the wind howls. Why must you mimic them?

DemonBiblioteczny: Wybranie ważnej dla mnie książki okazało się zadaniem trudniejszym, niż mi się zdawało – po prawdzie zmienia się to w zależności od tego, w jakim momencie życia jestem. Na studiach pewnie byłby to Rudin Iwana Turgieniewa (jak to wybitnie współgrało z moim ówczesnym weltschmerzem) albo Wampir. Wiwisekcja Michała Wolskiego (tytaniczna robota, jak chodzi o fantazmat wampira w popkulturze), a kilkanaście lat temu jak nic na tej liście znalazłby się Zmierzch Stephenie Meyer (abstrahując od tego, ile kontrowersji wokół serii się działo, to od tego zaczęła się moja fiksacja na krwiopijców, a ta dziwnym splotem wypadków doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem – i tak się składa, lubię to miejsce).
Jak więc wybrać ważną książkę? Chyba trzeba wybrać tę, od której pokochało się czytanie. W moim wypadku jest to Koszmarny Karolek Franceski Simon. Teraz, dekady później (ała, aż to poczułam w kościach) nie pamiętam nawet, co się w książkach z tej serii działo – no może z wyjątkiem tego, że był w nich Karolek i był niegrzeczny.
Pamiętam natomiast, że po tym, jak wychowawczyni w drugiej klasie podstawówki zabrała nas na lekcję do miejskiej biblioteki, okrutnie męczyłam mamę o założenie mi karty. Nie była do tego przekonana – wierzyła, że jak tylko zapał mi opadnie, to porzucę książki, a karta będzie się walać gdzieś po półkach. Zawracałam jej jednak głowę dość skutecznie, bo któregoś razu przyniosła do domu moją piękną – wtedy jeszcze papierową – kartę i dwie książeczki. Miałam je przeczytać w ciągu miesiąca, żeby udowodnić, że nie doprowadzę rodzicielki do bankructwa przez przetrzymywanie materiałów bibliotecznych. Teraz nie wiem, co to były za książki, nie podobały mi się – babcia mi je przeczytała, dla formalności. Natomiast potem, zdawszy test mamy, udałam się do biblioteki miejskiej samodzielnie, żeby podjąć bardzo ważną decyzję – samej wybrać, co chcę czytać. Padło na Koszmarnego Karolka właśnie. Dzięki tym przygodom rozrabiaki nie tylko pokochałam czytać, ale też nauczyłam się, że czytanie nie musi wiązać się tylko z przykrym szkolnym obowiązkiem. Miałam to szczęście, że biblioteka zaraziła mnie pasją, nim w szkole spadł na mnie obowiązek czytania lektur – a lektury te były zdecydowanie zbyt nudne i zbyt trudne dla mojego dziecięcego umysłu. W gruncie rzeczy nie byłabym tą osobą, którą jestem (a mimo wszystko zdarza mi się lubić siebie), gdyby nie biblioteka, moja mama, która w gruncie rzeczy nigdy nie potrafiła mi odmawiać, i pewien Koszmarny Karolek.
Kira: Z wielkiej sterty ważnych dla mnie książek wybrałum taką, która jest ważna z powodów osobistych, i jest trochę z gatunku „to książka o mnie”. Winter Rose Patricii McKillip to luźny retelling legendy o Tam Linie, opowiedziany z punktu widzenia bohaterki, i na niej tak naprawdę się skupia. Rois błąka się po lesie, przynosi z niego kwiaty i grzyby, wchodzi celowo w kręgi muchomorów, wie, gdzie rośnie mandragora i gdzie jest źródło pod dzikimi różami, nie nosi butów, konfunduje swoją rozsądną rodzinę, wśród ludzi czuje się przebodźcowana i woli przebywać wśród drzew, i zdaje się widzieć poza zwykłą codzienność. To piękna liminalna opowieść o niedopasowaniu, szukaniu swojego miejsca i zrozumieniu pochodzenia, o lęku, o próbie dopasowania się, o intrygach, tęsknocie, samotności, rozpoznawaniu się nawzajem i próbie uwolnienia, dosłownego i metaforycznego, i akceptacji. Choć dla osób znających zarówno legendę, jak i ogólny motyw, na którym ona bazuje, pewne frazy pojawiające się w tekście będą wyraźnymi wskazówkami, to opowieść brzmi świeżo i oryginalnie, pozwalając odkrywać znajome wątki powoli. Wracam do niej kilka razy do roku, zwykle na początek lata, jesieni i zimy, zgodnie z porami roku w książce, ale też zawsze, gdy potrzebuję komfortu, i polecam ją każdemu, kto chciałby zajrzeć do mojej głowy.
(Niestety w Polsce wydano tylko kilka książek McKillip, ale jeśli czytacie po angielsku, bardzo polecam zapoznanie się z resztą jej dorobku, to autorka która zdecydowanie zasługuje na większą uwagę).
I did not want to think about people. I wanted the trees, the scents and colors, the shifting shadows of the wood, which spoke a language I understood.
Guy Gavriel Kay i jego Sarantyńska mozaika to kolejna książka (a raczej dwie: Pożeglować do Sarancjum i Władca cesarzy, ale liczą się jako całość), bez której nie ma dla mnie czytelniczego roku. Jestem wielkim fanem alternatywnego świata Kaya, a Sarancjum ma wszystko: Bizancjum w jednym z szalenie interesujących momentów historii, wyścigi rydwanów, mozaiki, starożytne pogańskie bóstwa. Akurat ta z historycznych książek Kaya trafia do mnie najbardziej z wielu powodów, ale jednym z najistotniejszych jest to, jak skupia się na pracującym artyście, pragnieniu tworzenia i dążeniu do zostawienia po sobie artystycznej spuścizny, i z jakim rozmachem pokazuje, jak pragnienia i ambicje jednostek są porywane w wir wydarzeń historycznych. Elementy fantastyczne są u Kaya bardzo subtelne, ale głęboko zapadające w pamięć. Zubir i Linon żyją w mojej głowie od lat, i jak w końcu zabiorę się za zilustrowanie ich, to planuję, że będzie to równie epickie, jak mozaikowa kopuła Crispina.
Wychowałum się na Muminkach i bez Tove Jansson żadna lista ważnych dla mnie książek się nie liczy. Dolina muminków w listopadzie to pozycja, która miała na mnie wielki wpływ, szczególnie w ukształtowaniu tego, w jaki sposób podchodzę do swoich emocji i stanów mentalnych. Czasami określa się ten tom jako „ten w którym wszyscy cierpią na jakieś przypadłości mentalne” i coś w tym jest – każdy z gości, którzy postanowili odwiedzić Dolinę w listopadzie, z czymś się zmaga i wszyscy liczą na to, że wizyta u muminków będzie remedium na ich problem. Nic nie jest jednak proste i muminków w Dolinie nie ma. Goście zawędrowali jednak zbyt daleko, i fizycznie, i we własnych głowach, by zrezygnować, więc zostają w pustej i wydawałoby się porzuconej Dolnie, ucząc się żyć koło siebie, odkrywając o sobie nawzajem nowe rzeczy i przepracowując inne. Jedną z silnych stron Tove jest umiejętność budowania atmosfery. Każdy muminkowy tom ma swój własny, unikalny nastrój. Listopadowa cisza i powolne zapadanie świata w zimowy sen połączone z ponurym nastrojem porzuconego domu, eklektyczna grupka zmęczonych, niedopasowanych, zestresowanych, stęsknionych, zagniewanych, zalęknionych i przygnębionych postaci, lęki przybierające w ciemności coraz bardziej namacalne formy, aż w końcu nie da się ich ignorować, wszystko w tym onirycznym świecie zdaje się być bardziej odsłonięte i wrażliwe… To idealna jesienna lektura, przy okazji dostarczająca relatable postaci na każdą okazję.

Perła: Kiedy pada pytanie o ulubione książki, zawsze mam w głowie pustkę, nagle zapominam wszystkiego, co kiedykolwiek przeczytałam. Zajęło mi zatem trochę czasu wybranie pozycji, które są dla mnie ważne. Zaznaczam, że znajdą się tutaj przede wszystkim komiksy, szczególnie mangi.
Yona w blasku świtu jest serią, którą zbieram od lat. Oczarowała mnie jako anime, a potem wciągnęła jako manga. Spodobał mi się punkt wyjścia tej opowieści – księżniczka dotychczas trzymana pod kloszem zostaje zmuszona do ucieczki. Podczas podróży poznaje swoje królestwo i dowiaduje się o problemach, jakie nim targają – konflikty, klęski żywiołowe, nierówności. Przechodzi przemianę, stając się odważną młodą kobietą, która pomaga zwykłym ludziom. Po drodze zbiera drużynę wyrzutków i razem zaczynają tworzyć rodzinę. Nie mogę nie wspomnieć o mojej ulubionej postaci, Soo-Won, który nie jest oczywistym złoczyńcą. Kiedyś łączyła go przyjaźń z księżniczką Yoną i jej ochroniarzem Hakiem, przez co jego zdrada jest tak bolesna i wywołuje tyle emocji. Soo-Won chce poza tym dobrze dla królestwa, dla ludzi, także się o nich troszczy. Yona w blasku świtu niedługo dobiegnie końca w Japonii. Ja jestem trochę do tyłu. Teraz będę nadrabiać to, co ostatnio wyszło w Polsce.
Atelier spiczastych kapeluszy już od pierwszych stron zachwyca warstwą wizualną – ilustracje są przepiękne: szczegółowe, dopracowane i pomysłowe. Sama opowieść, oprócz przygodowej warstwy, odnosi się za pomocą magii do bycia twórcą – do tworzenia, do zmagań, dlatego też bardzo do mnie trafiła, bo poczułam się zrozumiana. Oprócz tego dostarcza ciekawego świata przedstawionego, którym rządzą zasady, nieraz stawiające postacie przed trudnymi wyborami moralnymi.
Mój drogi bracie pokochałam za nieidealne postacie, poplątane relacje międzyludzkie i silne emocje. Jest to opowieść bardzo dramatyczna i momentami egzaltowana, ale przy tym bardzo ludzka i smutna.
Always Human to komiks internetowy, który towarzyszył mi podczas odkrywania swojej queerowości. Pomógł mi się na nią otworzyć i ją zrozumieć. To piękna opowieść o relacji, o poznawaniu się, o dojrzewaniu razem, o wspieraniu się.
W Mob Psycho 100 dużo miejsca zajmują relacje z innymi i to jak wpływają na człowieka. Czasem trudno się otworzyć na innych ludzi, ale warto. Mogą nas czegoś nauczyć o nas samych. W centrum jest więź Moba z jego mentorem i jest to jedno z lepszych ukazań relacji mentora i ucznia, jakie widziałam. Reigen jest zresztą jedną z moich ulubionych postaci w ogóle. Jest zabawny, czasem trochę żałosny, ale przy tym inteligentny i zwyczajnie dobroduszny. Ważna jest tam również relacja z samym sobą. Czasami odrzucamy niektóre kawałki samych siebie, a przecież też są częścią nas.
Na koniec klasyczna książka, a raczej seria książek, Świat Dysku. Dawno nic z niej nie czytałam, czego żałuję. Czas znaleźć miejsce w moim obszernym TBR. Wciąż mam w pamięci niektóre sceny, które poruszyły mnie i dały mi do myślenia – los wilka w Wyprawie czarownic, to, jak Śmierć potraktował dziewczynkę z zapałkami w Wiedźmikołaju, monolog Śmierci o małpie spotykającej anioła, też z Wiedźmikołaja, i na pewno coś jeszcze by się znalazło, ale teraz nie potrafię już nic wydobyć z zakamarków umysłu. Te książki są przezabawne, ale mają w sobie także mnóstwo mądrości i człowieczeństwa.
Na pewno o czymś zapomniałam, ale powyższe pozycje coś w moim życiu zmieniły, dały pociechę w trudnych chwilach i czegoś mnie nauczyły o mnie, o życiu, o relacjach, o tworzeniu.

Kryś: Gdyby pytanie o ważną książkę padło wiosną lub latem, moja odpowiedź mogłaby być inna. Ale jako że właśnie mamy listopad i typowo jesienną pogodę, od razu przychodzi mi na myśl Jonathan Strange i pan Norrell Susanny Clarke. Książka ta oczarowała mnie od pierwszego przeczytania bardzo dawno temu – pamiętam, jak polowałam w bibliotece na kolejne części (pierwsze polskie wydanie miało trzy tomy). Od tego czasu przeczytałam ją wiele, wiele razy, za każdym razem zachwycając się pięknym stylem autorki, niespieszną fabułą i przede wszystkim niesamowitym klimatem. Chyba nie znam innej powieści, która tak doskonale oddawałaby tę jesienną melancholię i tęsknotę za nieznanymi ścieżkami. Jednocześnie autorka nie wpada przy tym w patos, cudownie równoważy smutek zgryźliwym angielskim poczuciem humoru. Książka ta ma też najpiękniejsze (zaraz po Świecie Dysku) przypisy, które niekiedy ciągną się na strony i zawierają historie, które mogłyby być osobnymi opowiadaniami. Jonathan Strange i pan Norrell porusza też niesamowitą liczbę tematów. Znajdziemy tu krytykę kolonializmu, opisy wykluczenia społecznego ze względu na pochodzenie czy problemy psychiczne, a wszystko to niezauważalnie wplecione w historię o angielskich magach w czasie wojen napoleońskich. Choć dawno nie wracałam do tej powieści, nadal każdego roku jesienią czuję, że ta ziemia jest zbyt płytka, a każda kałuża może być przejściem do innych światów.
Ewa Tomaszewicz: Debiutanckie opowiadanie Loteria przyniosło jej natychmiastową sławę, za którą poszły niezliczone przedruki i adaptacje. Przypieczętował ją Nawiedzony, później przemianowany, za sprawą licznych i zazwyczaj mocno niedokładnych adaptacji filmowych i serialowych, na Nawiedzony dom na wzgórzu. Mimo tej niewątpliwej, choć przychodzącej falami, popularności żaden z naszych rodzimych wydawców nigdy nie pokusił się na przetłumaczenie wszystkich książek Shirley Jackson na polski. Te nieliczne dostępne to, oprócz Nawiedzonego oraz zbioru opowiadań Loteria, czyli przygody Jakuba Harrisa, Zawsze mieszkałyśmy w zamku, Życie wśród dzikusów i Poskramianie demonów. Wszystkie odegrały ważną rolę w moim życiu, po każdą sięgałam wielokrotnie od czasów nastoletnich. Gdybym miała jednak wybrać jedną, tę dla mnie najważniejszą, byłyby to właśnie opowiadania. O prozie Jackson zwykło się mówić, że ukazuje grozę ukrytą w zwyczajności. Mocno to widać w jej debiucie, który zaczyna się od opisu pogodnego letniego poranka w małym miasteczku przygotowującym się do corocznej loterii, by po kilkunastu stronach zaoferować jeden z najbardziej szokujących finałów w historii literatury. I choć owo tytułowe opowiadanie pozostaje najsłynniejszym, to cały zbiór oferuje ponad dwadzieścia mniej i bardziej zwyczajnych historii, które każą nam się zastanawiać, jak wiele zła kryje się w zwyczajach czy zachowaniach, których nie zwykliśmy kwestionować, ale też pozwalają mocniej wejść w głowy przeciętnych osób o przeciętnych życiach w chwili, gdy uświadamiają sobie, że dostały już od życia wszystko, co miało im do zaoferowania. Ponury, przygnębiający, poza kilkoma wyjątkami (słynny Karol to fragment Życia wśród dzikusów, które jest absolutnie zabawne, wspaniałe i oparte na życiu pisarki i jej rodziny, sporo frajdy sprawia też poszukiwanie Jakuba Harrisa z podtytułu), mocny i uderzający w samo miękkie zbiór. Uwielbiam.
Tak prezentują się nasze redakcyjnie ważne książki. A jak jest u was? Macie takie książki, które sięgnęły w głąb was i zostały z wami na dobre? Koniecznie podzielcie się nimi na naszym Facebooku, Bluesky lub w grupie Polifonia Fantastyczna!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






