Po ostatnim epizodzie Daredevil: Born Again spodziewałem się, że w kolejnym dostaniemy istne trzęsienie ziemi. Zamiast tego dostaliśmy odcinek dużo spokojniejszy, skupiony na postaciach, relacjach i rozterkach moralnych. Widziałem nawet głosy, że jest to filler. A jak ja go widzę?
Odcinek ten pełni rolę swego rodzaju hołdu dla oryginalnego serialu, zarówno pod kątem powrotu postaci takich jak Foggy czy Wesley, ale również przez takie elementy jak kolorystyka i sposób pisania dialogów. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się to spodobało. W początkowych założeniach Born Again miało odcinać się od wersji netfliksowej, być bardziej legal dramą o lżejszym tonie, czego świadectwem był chociażby odcinek z napadem na bank z pierwszego sezonu. Foggy miał zginąć off-screen lub w zupełnie innych okolicznościach, Karen i Bullseye w ogóle się nie pojawić, a Vanessa była zrecastowana (z powodu niedostępności poprzedniej aktorki, ale jednak). Ostatecznie koncepcja się zmieniła i dostaliśmy kontynuację dawnego serialu. Pomimo że, jak wspomniałem, spodziewałem się fajerwerków po poprzednim odcinku, to bardzo miło było wrócić do tamtego klimatu, zobaczyć ponownie niektóre postacie. Właściwie to chciałbym, aby Born Again było częściej tak pisane.
Na pierwszym planie w tym odcinku są relacje: Daredevil – Bullseye, Matt – Foggy, Fisk – Vanessa, Daniel – Buck. Flashbacki Matta i Foggy’ego były dla mnie wzruszające. Bardzo fajnie było zobaczyć Avocados at Law znowu w akcji i mocno brakuje mi tego duetu. Lubię Karen, ale jeśli miałbym wybierać, wolałbym, żeby to jej postać zginęła na początku pierwszego sezonu (a najbardziej, żeby nikt nie zginął i dostalibyśmy kancelarię Nelson, Murdock & Page). Relacja Matta z Foggym oraz chemia między grającymi ich aktorami były jednymi z najsilniejszych punktów oryginalnego serialu, a Foggy jest niezwykle ważną postacią w komiksowym lore Daredevila i zawsze ma miejsce u boku Matta. W tym jednym odcinku Charlie Cox i Elden Henson pokazali, że w ogóle nie wyszli z formy i mają razem jeszcze dużo do zaoferowania widzom. Chciałbym, żeby w przyszłości Foggy wrócił w jakiś sposób.
Po wydarzeniach na ringu główny bohater robi wszystko, żeby uratować Poindextera, mimo że ten ciągle mu mówi, żeby go zostawił i wymienia ku temu powody. Mnóstwo rzeczy mi się podoba w tym wątku. Bullseye jest dalej rozwijany jako postać wraz ze swoim wykrzywionym poczuciem moralności i jestem naprawdę ciekawy, jak to wypadnie po całym sezonie, póki co jest jedną z najlepszych postaci w całym serialu. Bardzo się cieszę, że Matt dostał teraz więcej miejsca dla siebie. W pierwszych odcinkach jego wątek koncentrował się głównie na akcji i niszczeniu planów Kingpina, a teraz w końcu było więcej Matta jako Matta. Rozterki na temat tego, czy zabijać, czy nie były już wałkowane wielokrotnie, zarówno ogólnie w popkulturze, jak i u samego Daredevila. Mimo to, podobało mi się, jak przedstawiono je w tym odcinku, a to za sprawą tego, jak ładnie połączyli je z wartościami w życiu Murdocka. Z jednej strony mamy aspekty związane z wiarą, dialog między Mattem a Bullseyem odnośnie pokuty i Bożego Planu zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Z drugiej strony, mamy wątek w przeszłości z Foggym i jego lekcji dla Matta na temat miłosierdzia i sprawiedliwości. Wiemy z oryginalnego serialu, jak ważni byli dla siebie, a teraz Matt chce postąpić słusznie i zgodnie ze swoimi wartościami, a także uhonorować swojego zmarłego przyjaciela. Szczerze kupuję ten wątek i motywację Daredevila, uważam, że jest bardzo w duchu tej postaci.

Równocześnie mamy też wątek małżeństwa Fisków. Oni tak samo jak Matt toczą walkę w teraźniejszości i przeżywają ponownie przeszłość. Muszę tutaj pochwalić pewne zabiegi scenariuszowe. Przy ostatnim omówieniu nie wspomniałem o końcówce z Vanessą, bo spodziewałem się, że mogą ją uśmiercić, ale obstawiałem też, że mogą się z tego wycofać. No i muszę powiedzieć, że twórcy podczas najnowszego odcinka zmylili mnie kilka razy. Najpierw myślałem, że Vanessa wyjdzie z tego cało, potem stawiałem na amnezję, uszkodzenia mózgu, a na końcu jednak zginęła. Udało im się mnie zaskoczyć, a do tego ten odcinek był bardzo ładną klamrą dla Vanessy i Wilsona, ładnie rozbudował początki ich relacji, jednocześnie będąc satysfakcjonującym pożegnaniem. Chwaliłem już scenariusz, ale gra aktorska Vincenta D’Onofrio to jest coś niesamowitego. Pierwszy raz zobaczyliśmy Kingpina w takim stanie emocjonalnym. Jego mimika, ton głosu, zachowanie w stosunku do Vanessy, wszystko tu działa i wzajemnie się napędza. Dodajmy do tego jeszcze chemię dwójki aktorów. Wszystko się tutaj spina.
W tle rozgrywa się też wątek Daniela i Bucka i tutaj także widzę niemało zalet. Twórcom udało się w sprawny sposób wprowadzić Bucka do flashbacków i tym samym jeszcze bardziej ustanowić go jako spadkobiercę Wesleya i prawą rękę Kingpina. Michael Gandolfini bardzo dobrze odgrywał napięcie Daniela w tym odcinku, autentycznie czułem jego emocje, gdy czekał w aucie na Bucka i zastanawiał się, czy nie odjechać. W pierwszym impulsie po otwarciu bagażnika myślałem, że leży w nim BB, aż musiałem sobie przewinąć od razu tą scenę, żeby sprawdzić dokładnie.
Dostaliśmy odcinek zupełnie inny, niż ostatnio, ale dalej reprezentujący bardzo dobry poziom. Dał sporo miejsca postaciom i myślę, że było to potrzebne. Teraz czekam na Fiska całkowicie pozbawionego hamulców i, podobnie jak Ewa, na Jessicę Jones, która ma powrócić już w kolejnym odcinku.
A wy jak oceniacie powrót Daredevila? Dajcie znać na naszej stronie na Facebooku lub w grupie Polifonia fantastyczna!


Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






