Rok 2025 litościwie się skończył. Był on dla wielu osób trudny, pojawiały się jednak jasne punkty – na przykład wspaniałe filmy i seriale. Tytuły, które zostaną z nami na długo.
Oto trzecia część naszego tradycyjnego obszernego podsumowania z udziałem gości i gościń; zapraszamy do poczytania o naszych najlepszych literackich wspomnieniach.
Część pierwsza: KLIK, część druga: KLIK.
Chcecie podzielić się swoimi? Zapraszamy do sekcji komentarzy w mediach społecznościowych, do grupy Polifonia Fantastyczna oraz do Kontaktu, jeśli chcielibyście się z nami zaprzyjaźnić. 😉
A teraz lecimy jeszcze na moment do 2025 roku.
Ginny N.: Raz na jakiś czas wracam do The Fall i za każdym razem wychodzę zachwycony i zauroczony tym filmem. Pluribus wziął mnie z zaskoczenia. Było to takie sf, jakiego akurat potrzebowałem, nawet jeśli nie wiedziałem, że go potrzebuję. (Redakcyjne zachwyty i zagwozdki o Pluribus: KLIK). Pierwszy sezon The Mighty Nein jest wyśmienity, zdecydowanie będę go sobie powtarzał i to niedługo, choć mam poczucie, że jednak przydałoby się tu 12 odcinków w sezonie, żeby to, co dostajemy na jeden raz, było odpowiednio soczystym kąskiem. Zachwycił też drugi sezon 1670 (dwugłos mój i Andromedy Mirtle przeczytacie tutaj) oraz Long Story Short (wielopokoleniowa, achronologiczna historia żydowskiej rodziny), trzeci sezon Yellowjackets (po którym bardzo czekam na sezon finałowy i mam nadzieję, że go nie spieprzą) oraz Jentry Chau vs. the Underworld (tu spokojnie historia mogłaby się zamknąć po pierwszym sezonie, ale jeśli dadzą mi sezon drugi, to ufam twórc_om, że będzie on równie dobry co pierwszy).
Jestem w trakcie oglądania Leverage no i cóż mogę powiedzieć, lubię tych nicponiów i ich heisty. Równie mocno lubię zaś nicponiów ze Star Trek: Deep Space 9. Po drugim sezonie zrobiłem sobie przerwę na oddech. Wątek Dominium, choć ciekawy, budzi w nas trochę za duży niepokój o dalsze losy DS9, musiałem więc mentalnie przygotować się na kolejny sezon. Ale cóż, zdecydowanie będę oglądał dalej.
I jeszcze, prawie zapomniałem, ale przecież nie mogę pominąć Wake Up Dead Man. Rian Johnson znów dostarcza świetny kryminał o przyjaznym detektywie i jego zmokłej kurze, wymagając_ pomocy główn_ podejrzan_. Wyszło pięknie, przesmacznie, a „rzucanie pieniędzy w słońce” słońce musiało sobie wziąć do serca, bo grało zaiste przepięknie.
Joanna W. Gajzler: Swoją znajomość z twórczością studia Glitch Productions zaczęłam od The Amazing Digital Circus i nie zawiodłam się. Pod pozorami wesołej kolorowej bajki kryje się historia, którą można wręcz podciągnąć pod horror psychologiczny. Murder Drones podobało mi się już znacznie mniej – animacja stoi na wysokim poziomie, ale sam design postaci mi nie leży, a fabuła jest bardzo chaotyczna. Gaslight District jest – pardon my French – brzydki jak skurwysyn, ale całokształt estetyki jest spójny i intrygujący (anioły!), więc z pewnością sprawdzę kolejne odcinki. Tytuł, który mnie jednak absolutnie zachwycił, to Knights of Guinevere. Animacja jest przepiękna, świat przedstawiony szalenie ciekawy, tak samo jak historia androidki będącej maskotką megakorporacji branży rozrywkowej, która ucieka od swojej stwórczyni i – kompletnie zniszczona – trafia do Andi i Frankie, które ledwo wiążą koniec z końcem w świecie, który jest piękny tylko dla najbogatszych. Mam na jego punkcie kompletną obsesję i czekam na kolejny odcinek jak na szpilkach!!!
Tomasz Kozłowski: Jorgos Lantimos nie zawodzi i dostarcza najlepszych wrażeń w Bugoni. Podobnie Agnieszka Holland wyszła zwycięsko z karkołomnej próby pokazania współczesnej recepcji postaci Franza Kafki.
Jego Cesarska Wysokość: Squid Game już się pozachwycałem, więc teraz czas na coś lżejszego. Absolutnie pozamiatał mną podłogę serial Pluribus – a w każdym razie te jego odcinki, które zdążyły się już ukazać. Vince Gilligan najwyraźniej dostał najwięcej wolności artystycznej w dotychczasowej karierze i naprawdę nie bierze jeńców.
Na fali zachwytu Gilliganem wróciłem też do starych odcinków Z archiwum X i póki co (stan na końcówkę 4 sezonu) serial trzyma bardzo dobry poziom. Realizacyjnie, scenariuszowo, aktorsko – najwyższa półka gatunku. Brakuje mi coraz bardziej tego formatu, w którym scenarzystka czy reżyser mogli sobie kręcić 40-minutowe etiudy na dowolny temat, pod warunkiem, że główne postacie pasowały do założeń serii.
Pryvian: Najlepiej z tego roku pamiętam animacje. W pierwszej kolejności The Knights of Guinevere, które co prawda mają na ten moment tylko odcinek pilotażowy (dostępny na YT!), ale bardzo chcę, abyśmy dostali szansę zapoznania się z pełną historią. Absolutnie przepiękna i przequeerowa w samym swoim rdzeniu opowieść o dystopijności kapitalizmu, traumie i przyjaźni. Poza tym The Mighty Nein od Critical Role spełniło wszystkie moje oczekiwania, łącznie z tymi, o których nie wiedziałam, że je mam! Doskonale udało im się uchwycić esencję drugiej kampanii oraz posklejać ze sobą wątki postaci, które jednak przy stole były bardziej oddalone od siebie czasowo. A najbardziej cieszy mnie, że Essek, mój ukochany NPC tej kampanii, dostał swój pełny i rozbudowany wątek! No i oczywiście nie sposób nie wspomnieć o K-Pop Demon Hunters, które oczarowały mnie od pierwszego obejrzenia, mimo że ja naprawdę nie lubię k-popu! No ale jak można się oprzeć śpiewającym magic-girls oraz pięknemu błękitnemu kociakowi?
Jeśli zaś chodzi o seriale aktorskie to włoska adaptacja Sandokana wypada naprawdę dobrze! Przynajmniej jeśli ktoś lubi pirackie klimaty doprawione urokiem a la Sindbad Żeglarz. A na sam koniec tego roku udało mi się jeszcze wskoczyć do pociągu z napisem Heated Rivalry i absolutnie tego nie żałuję. Poproszę więcej takich seriali, robionych z miłością i o miłości!
Ollie: Z animacji najbardziej przykuło moją uwagę The Mighty Nein. Głównie ze względu na nietuzinkowe postacie, których trudno nie lubić. Każde z osobna boryka się z jakąś bolesną traumą, choćby goblinka uzależniona od alkoholu. Natomiast z seriali live-action moje serce skradło It: Welcome to Derry. Fajnie rozszerzono uniwersum zapoczątkowane w filmowym It z 2017 roku. Surrealistycznych scen z udziałem morderczego klauna tu również nie brakuje.
Aleksandra Klęczar: Z rzeczy, które mnie serialowo zaintrygowały, wymienię przede wszystkim adaptację Pamiętników Mordbota Marthy Wells, pomysłową, zabawną, wciągającą i świetnie zagraną. Z dużą przyjemnością oglądałam kolejny sezon Star Trek: Strange New Worlds, dość świadomie do spokojnego obejrzenia w święta zostawiłam sobie Andora. Moim serialem roku jednak jest Kurukszetra, animowana indyjska adaptacja Mahabharaty, zrobiona dla dorosłych i z poszanowaniem materiału literackiego: to jest 100% archaicznej epiki, z wszystkimi jej dziwactwami (że tak sparafrazuję jeden z ulubionych musicali, “It’s a complicated Indian epic, everyone has 10+ different names” :D). Ogromnie, ogromnie mi się podobało.
Patryk Łubiarz: To był dla mnie rewolucyjny rok pod względem seriali, bo od dawna nie kończyłem tylu serii. Moje największe miłości w tym roku to Pluribus, od którego nie potrafiłem się oderwać i Silo. W obu przypadkach zaliczałem nocki, poznając kolejne odcinki tych pozycji. Do tego chciałbym polecić polski The Office, do którego z początku byłem bardzo sceptyczny, by w ostateczności pokochać większość przedstawionych w nim postaci. Spodobał mi się również nowy sezon Dextera. Po nieudanym sezonie ósmym dostaliśmy udany powrót w postaci New Blood i niezwykle przyjemny, omawiany właśnie Resurrection. Ten rok przyniósł dla mnie, jako ogromnego fana zespołu The Beatles, piękny prezent w postaci odświeżonego dokumentu Anthology, czyli historii zespołu opowiedzianej z perspektywy jego członków. Piękna rzecz dla fanów muzyki jak i zagorzałych zwolenników wielkiej czwórki z Liverpoolu.
Olga Niziołek: Mało oglądam, ale trafił do mnie folkowy horror Fréwaka.
Smoczyca: Wspomniane wyżej: Andor i Severance, a poza tym: nadrabiam The Expanse, a w ramach dołowania się tematem Palestyny Fauda (aby poznać propagandę państwa położonego tam, gdzie chce) i Our Boys. Poza tym zaczęłam oglądać serial Slow Horses (o bieda-agentach, pierwszy sezon piękny), a jak mi smutno, to wracam do Derry Girls. Poza tym: Wielki Marsz, Squid Game, K-popowe łowczynie demonów, Wake up Dead Man (Na noże, trzeci film), Fantastyczna Czwórka, Superman, Squid Game, Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży, w końcu obejrzałam też Tora, tora, tora.
Grzegorz Czapski: Przyznaję bez bicia, że jestem raczej człowiekiem oglądającym małą ilość seriali i filmów. Jednak w tym roku, trochę z powodu mojej drugiej wizyty w Japonii, sięgnąłem po stare, ale jakże jare pierwsze serie jednej z najsłynniejszych franczyz mecha anime, czyli Mobile Suit Gundam, Mobile Suit Zeta Gundam i Mobile Suit Gundam ZZ. Wszystko wciągnięte niemal w dwa miesiące. Bogowie, powiem wam, że teraz rozumiem dlaczego to anime jest tak kultowe i znaczące dla rozwoju gatunku mecha i postrzegania wielkich robotów. Po pierwsze, mimo bycia animacją dla nastolatków, to nadal jest ciekawa i wartka historia wojenna, z wieloma zwrotami akcji, rozwojem bohaterów i co najważniejsze, wielkimi robotami. Oczywiście tytułowe Gundamy i mechy są tutaj kluczowe, ale czemu ich obraz jest taki ważny? Ponieważ dzięki premierze Mobile Suit Gundam zyskaliśmy podgatunek mecha anime zwanym real robots, czyli robotów będącymi typowymi wojskowymi maszynami jak czołgi czy śmigłowce. Dało to podwaliny pod wiele innych znanym anime o mechach, a nawet miało wpływ na zachodnie produkcje, jak np. Battletech.
weronika mamuna: Centralnym serialowym doświadczeniem było w tym roku Twin Peaks, które jednocześnie na wiele sposobów alienuje widzkę (zwłaszcza kiedy się dochodzi do The Return), a jednocześnie wciąga i zaprasza w ten dziwny świat podszyty głęboką, przemyślaną metafizyką.
dziewiętnastka: W tym roku istnieją tylko dwa nowe filmy, które się liczą: Nosferatu Roberta Eggersa i Grzesznicy Ryana Cooglera. Ten pierwszy zupełnie niespodziewanie okazał się dla mnie rel i zmiótł mnie z planszy na poziomie, którego się nie spodziewałam – bo tego, że będzie piękny, dość powolny i bardzo, bardzo nastrojowy, to akurat można się było domyślić. Ten drugi wykorzystuje konwencję Od zmierzchu do świtu (najpierw mamy ciekawą historię, a potem dorzucamy rozpier*ol z wampirami), żeby pokazać niemożliwość życia w Czarnej społeczności w czasach segregacji… A do tego stanowi list miłosny do bluesa i muzyki w ogóle, a koło czegoś takiego nigdy nie przejdę obojętnie.
Warto natomiast zwrócić uwagę na inny fenomen, powrót starych filmów do kin. Nie chodzi tylko o drugą edycję Timeless Film Festival (polecam!), która przeszła jak burza przez warszawskie kina na wiosnę, ale też o falę wersji odrestaurowanych 4k; sama dzięki temu nadrobiłam Piknik pod wiszącą skałą i Angel’s Egg, a niestety przegapiłam Kurosawę przez chorowanie. Dystrybucją klasyków zajmują się już wręcz wyspecjalizowane firmy. Przy okazji pozdrawiam Past Perfect, inicjatywę prowadzoną przez kolegę z uczelni! Warto śledzić, co mają do zaproponowania. Ktoś powie, że retromania i pasożytowanie na nostalgii, a ja przewrotnie odpowiem, że właśnie nie! Bo to wcale nie jest tak, że wszyscy te klasyki znają, w obecnym zalewie slopu jest wręcz o to coraz trudniej. Jeśli więc mamy możliwość, by coś nadrobić, czegoś się dowiedzieć, i to jeszcze w dedykowanych warunkach… To na litość bogów, korzystajmy, zanim wszystkie kina zbankrutują.
P.S. A propos starych filmów, najlepszym filmem, jaki obejrzałam w tym roku (mimo że wymienione wcześniej nowości stanowią srogą konkurencję) jest klasyk lat 80. ubiegłego wieku Tetsuo: The Iron Man. Niestety zrobiłam to w domu, dzięki uprzejmości archive kropka org. Ale warto było. Industrial cinema for industrial people…
Ewa Tomaszewicz: Ten rok zdecydowanie należał do Apple TV. W styczeń weszłam z drugim sezonem Silo, które pozostaje jednym z najciekawszych postapo XXI wieku, i za sprawą w dość nieoczywisty sposób zjawiskowej scenografii (praktycznie całość akcji dzieje się w wielopiętrowych podziemnych bunkrach, tytułowych silosach, a przy tym kompletnie nie przytłacza i nie daje klaustrofobicznego nastroju), i dobrej historii, pozwalającej nam razem z bohaterką odkrywać, w jaki sposób ludzkość w ogóle do silosów trafiła i jak one tak naprawdę funkcjonują. Chwilę później pojawił się drugi sezon Severance, które przez długi czas wydawało mi się nie do pobicia pod względem fabularnym, wizualnym i samego prowadzenia opowieści, potem przecudowny Murderbot, by w końcówce roku podbić to wszystko Pluribusem. Poza tym oczywiście wspomniany już wyżej Andor, The Wheel of Time, o którym pisałam w pierwszej części podsumowania 2025 oraz najdoskonalszy od czasów ER serial medyczny, The Pitt.
Kira Nadolnik: The Mighty Nein! Nie ukrywam, druga kampania critrole jest moją ulubioną i czekałum niecierpliwie na adaptację. I och bogowie, warto było. Jak to jest pięknie i w przemyślany sposób zaadaptowane. Nie należę do osób, które mają focha o każdy zmieniony drobiazg, bardziej ciekawi mnie, jakie zmiany zostaną wprowadzone ze względu na nowe medium, i tu wszystko tak pięknie klika. Zmiany w stosunku do oryginału mają 1701% sensu, budują podstawy do dalszych rewelacji, które wytrzymają ciężar opowieści, mocniej niż w kampanii zwracają uwagę na detale, które inaczej nie wybrzmiałyby w serialowej formie jak należy, wszystko jest wspaniałe. Redesign postaci jest doskonały. I co za cudowny zestaw aktorskich gości. Pierwszy sezon gra doskonale jako całość, odcinki same w sobie też są napisane przepięknie i zawierają w sobie tyle treści. Dajcie mi już kolejny sezon, potrzebuję zostać emocjonalnie skrzywdzonu na nowe sposoby..
Latem udało mi się dotrzeć na pokaz nepalskiego filmu Shambhala w reżyserii Mina Bahadura Bhama. To niezwykle interesująca opowieść, której bohaterką jest młoda kobieta postawiona w trudnej sytuacji społecznej. Warstwa dosłowna miesza się tam z warstwą symboliczną, film nie próbuje wyjaśniać widzowi każdego drobiazgu i ma spokojne tempo, które obecnie trudno jest znaleźć w kinie zachodnim (zwłaszcza mainstreamowym). Trochę trudno mi zgadywać, jak bardzo zrozumiałe są wszystkie niuanse dla widza, który nie ma kultury i religii regionów himalajskich w swoich specjalnych zainteresowaniach – część mnie ma dość pesymistyczne wyobrażenie, ale wynika ono jednak z niezwykle ignoranckiej dyskusji panelowej po pokazie filmu (z której to dyskusji uciekłyśmy z Magdaleną po pół godzinie fejspalmowania). Nie poddam się jednak tym czarnym przewidywaniom, bo myślę, że ten film to bardzo dobra pozycja do zaczęcia przygody z kinem ze środkowej Azji, pełen detali, które zainspirują każdego ciekawego świata widza do dokształcenia się. I na koniec zdradzę mój ulubiony wizualny szczegół: w wiosce Pemy wszyscy ubierają się w tradycyjne stroje, wszyscy oprócz nauczyciela z lokalnej szkoły, który jest łącznikiem z wielkim światem i jego bolączkami, ubiera się w zachodnią kurtkę i ma aparat fotograficzny, i gdyby nie on, akcję filmu można by osadzić w nieokreślonym, dowolnym okresie historii. Doskonałe posunięcie.
Z niewielkim, bo tylko dwuletnim opóźnieniem obejrzałum też Godzilla: Minus One, i muszę powiedzieć, że kapcie mi spadły z wrażenia, bo nie spodziewałum się, że to będzie aż tak dobre. Przepięknie retro efekty specjalne, i nic tylko trauma, poczucie winy, alienacja, przełamywanie ich i znajdowanie siły i wybaczenia we wspólnocie, przepiękne to było.
inQ: Ten rok upłynął mi przy nadrabianiu zaległości. W końcu obejrzałam wszystkie sezony The Mandalorian. Nadal nie rozumiem sensu tej reguły o niezdejmowaniu hełmów. Postać Cary Dune była świetna, szkoda że prawdziwe życie aktorki nie podążało drogą bohaterską, bo trzeba było zmarnować potencjał fajnej postaci. W tym wszystkim na moją ulubioną postać wyrosła Kowalka – tak, wiem, w polskiej wersji nazywana jest Zbrojmistrzynią, ale mówię na nią Kowalka i co mi zrobicie 😉 – świetna w swoim fachu, sprawiedliwa i odważna. Wiadomo, nie jest to szczyt kinematografii, ale bawiłam się dobrze. To były miło spędzone wieczory. W międzyczasie musiałam też obejrzeć Księgę Boby Fetta. No i tu nie bawiłam się najlepiej. Ale bez tego faktycznie ciężko byłoby wejść w ostatni sezon Mandalorianina. Najbardziej podobały mi się początkowe odcinki – to był taki Wiedźmin w kosmosie. Główny bohater dostaje zlecenia i ostatecznie musi zdecydować, czy jednak zachować się porządnie, czy po prostu wziąć kasę i odejść. A tekst: „Tak każe obyczaj” często wykorzystuję w życiu prywatnym.
Jakub Chilimończyk: The Severance, Devs, The Mighty Nein, Studio, Silos, Invincible. Nie oglądałem wielu seriali, raczej czekałem na konkretne. Z nowości moją uwagę przykuł Pluribus, ale ten serial jeszcze przede mną – wszystkie komentarze odnośnie tempa i narracji zachęcają mnie do niego coraz bardziej, więc nie mogę się doczekać.
The Severance jest totalnie moim klimatem, tonem, narracją i sposobem jej prowadzenia. Jest w tym wszystkim świetna liminalność, pociągająca mnie weirdowość, niepokój budowany przestrzenią, odpowiednia intryga w tle, celne komentarze i tempo, które nie pędzi na łeb na szyję. Kocham! Świetnie się również bawiłem przy Studio, chociaż trzeba zaznaczyć, że jest to serial, który docenią bardziej osoby interesujące się samą kinematografią niż tylko kinem. Niemniej, dalej świetna produkcja!
Na The Mighty Nein czekałem jak studnia na wiadro. Nie mogę powiedzieć, że jestem w pełni usatysfakcjonowany, ale jest to kawał przyjemnej rozrywki, do którego będę często wracał myślami (na dodatek bardzo inspirujący dla mej GMowej części osobowości).
Silos z kolei ma dla mnie wszystko to, czego potrzebuje dobre post-apo i dramat społeczny. Doceniam komentarze na temat hierarchiczności społeczeństwa, zaszyte w tym wszystkim polityczne kłamstwo, które dopiero odkrywamy, a także tajemnicę, która wydaje się z każdym odcinkiem coraz większa. Oba sezony obejrzałem cięgiem.
Invincible (animacja) to dalej dobry pastisz superbohaterskości, co w erze zmęczonej marvelowskimi produkcjami i eksperymentami DC jest dalej odświeżające. Dobra rozrywka, jeśli ktoś ma ochotę na coś, co jest superbohaterskie, ale niekoniecznie ze stajni, których kreatywność się już dawno skończyła. To dalej jednak nie była najlepsza superbohaterska produkcja w tym roku…
Karolina Małas: Gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że najlepiej będę bawiła się na kilku horrorach z rzędu, to pewnie bym nie uwierzyła, bo z tym gatunkiem długo było mi nie po drodze. Tymczasem rok 2025 przyniósł cudownie gotyckiego Nosferatu, gorących i muzycznie zachwycających Grzeszników, pięknego – zarówno wizualnie i fabularnie – Frankensteina i na koniec soczysty serialik Witajcie w Derry.
DemonBiblioteczny: Początek roku (a nawet ostatnie miesiące 2024) upłynął mi mocno pod znakiem Nosferatu. Czekałam na ten remake i ubolewałam koszmarnie, że na polską premierę przyszło nam tyle czekać. Ostatecznie wersja z 2025 nie zapadła mi w pamięć, chociaż trudno nie docenić tego, że ten film jest po prostu ładnie i świetnie zagrany. Natomiast znacznie lepiej pamiętam oczekiwanie na film, ekscytację, która temu towarzyszyła, niż samą wersję Eagersa. Ten czas oczekiwania dał mi za to wymówkę do odświeżenia poprzednich wersji (Symfonię grozy widziałam jeszcze w listopadzie 2024 na przeglądzie Stokerowskim) i kompletnie przepadłam dla remake’u Herzoga (Nosferatu Wampir). Hrabia w wykonaniu Klausa Kinskiego jest uroczo niezręczny, czasem aż zabawny, Lucy odważnie bierze sprawy w swoje ręce i kombinuje jak może, żeby krwiopijcę wykończyć, a zdjęcia i wiele sekwencji są przepiękne.
Rok przyszło mi zamknąć innym świetnym filmem o wampirach (ku ironii bardzo ciepłym i kocykowym) – Życie dla początkujących. Bardzo mnie cieszy, że gdy już w polskim kinie bierzemy się za temat wampirów (a bierzemy się za niego rzadko), to w zasadzie od razu wskakujemy w wariacje na temat, a nie bawimy się w bezpieczne sprawdzone historyjki, które popkulturowo były przemielone setki razy.
Anndycja: Jeśli mówimy o serialach, mam tylko dwa słowa: Ród Guinnessów. Bardzo mi brakowało takiej pozycji filmowej o rodzinie, z którą dobrze to na zdjęciu, a najlepiej to wcale. Dużo Irlandii, ładnych zdjęć, wyrachowanych acz ciekawych postaci i fantastycznie dobrana współczesna muzyka do XIX-wiecznych kadrów. Jeśli chodzi o filmy, z pewnością LARP twórców netfliksowskiego 1670 z praktycznie tą samą obsadą (i Bogdanami grających braci). Bardzo się cieszę, że w polskim kinie otwiera się jakaś nowa fala młodych twórców, którzy robią kino stylizowane, charakterystyczne i do tego prześmieszne. Oby tak dalej.
Bogusia Szewczyk (rozMOVIEone): Filmowy 2025 rok to był prawdziwy rollercoaster. Buzowały we mnie różne emocje. Od przerażających seansów przez kino festiwalowe po polskie produkcje. Obrazy, które nie tylko zaskoczyły, ale też pozwalają mieć nadzieję na nowe, ciekawe kierunki, również w Polsce.
Zacznijmy od bliskiej memu sercu grozy. Powoli klaruje nam się nowa fala straszaków, czyli filmy tak inne, że aż przerażające. Nawet jeśli nie wszystko wyszło dobrze, to w mijającym roku mieliśmy ciekawe i odważne propozycje. Spośród tej grupy największe zaskoczenie to Zniknięcia, które po mistrzowsku łączą małomiasteczkowe tajemnice z nadnaturalną przemocą. W efekcie otrzymujemy film, który przechodzi od rodzinnego dramatu i czarnego humoru w krwawą łaźnię, wzbogacającą opowieść o sile społeczności. Dobrze rokują także polskie horrorowe próby – 13 dni do wakacji i Martwi przed świtem. Staramy się przenieść zachodnią formułę na polski grunt. To powolny proces, ale wierzę, że przyniesie efekty i w przyszłości zaowocuje rodzimą grozą, która będzie trzymała dobry poziom i pozbędzie się etykiety „filmów, które nikogo nie obchodzą”. Za granicą jest ciekawie! Odstawiamy na boczny tor oczywistości i wracamy do bardziej bizarnych filmów. Produkcji, o których widz nie do końca wie, co ma myśleć. Martwy kochanek – o dziewczynie grzebiącej trupy tak długo, że przeniknęła ich zapachem. Together o zespoleniu w relacji i poszukiwaniu związku idealnego. Brzydka siostra, wariacja na temat Kopciuszka, w której najbardziej współczujemy złej siostrze, gdy obcina sobie palce lub daje się torturować w imię dopasowania do chorych kanonów piękna. Good Boy, czyli czego boi się piesek, gdy jest sam w domu. A na deser cudownie poryta Ballada piłą mechaniczną – estoński gore musical wypełniony czarnym humorem i hektolitrami posoki. Dawać więcej takich stylistycznych wariacji!
Przy okazji opowieści z dreszczykiem wspomnę też o moim serialowym zachwycie, czyli To: Witajcie w Derry. Ogromna siła tkwi tutaj w odpowiednim rozpisaniu wątku dzieciaków, pomiędzy którymi jest nie tylko świetna chemia, ale też spora dawka naturalności. Bardzo doceniam. Dopisywanie nowych wątków do kingowego uniwersum to kawał dobrej roboty. Ba, nawet nie zawsze potrzeba czegoś odkrywczego, wystarczy odpowiednio połączyć już istniejące niteczki. Kolejne pokolenia Frajerów walczą z pradawnym złem, które w streamingowej odsłonie jest w pełni sił i autentycznie przeraża. Scena przemiany w kanale lub poród z pierwszego epizodu? Odjechane!
Co w polskiej trawie piszczy? Komercyjne sukcesy mnie nie ciekawią. Zachwycam się małymi filmami, w których tkwi wyobraźnia twórców, chęć opowiedzenia dobrej historii i wiara w swoje dzieło. Mam kilka ukochanych seansów, które szczerze polecam niedowiarkom twierdzącym, że polskie kino nie ma już niczego interesującego do zaoferowania. Utrata równowagi, Innego końca nie będzie, Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej czy fantastyczny, ale niedoceniony LARP. Miłość, trolle i inne questy. To nie tylko powiew świeżości, ale też odważny głos młodego, bardziej zaznajomionego z popkulturą pokolenia twórców, którzy nie boją się wykorzystywać gatunków i klasycznych trików. Były też wampiry, takie do pokochania i takie, które nauczą nas, jak czerpać z codzienności pełnymi garściami. Życie dla początkujących to prawdziwa perła – jest życiowo, mądrze i zabawnie. Warto czasem „pożyć na Krychę”.
Seanse roku – ograniczę się tylko do pięciu tytułów, chociaż rzecz jasna było ich więcej. Alpha, Hamnet, Bird, Dziewczyna z igłą oraz Zgiń, kochanie. To absolutne must see! A dla poszukujących nieoczywistości prawdziwy klejnot, czyli Błysk diamentu śmierci. Oglądajcie! Nie pożałujecie.
Zielona Małpa: Rok 2025 serialowo na pewno mogę określić rokiem Dextera. Choć normalnie uwielbiam tematykę seryjnych morderców, w tym przypadku unikałam produkcji jak ognia. Aż nie miałam usuniętej chirurgicznie ósemki i szkoda było kiepskiego stanu umysłowego na dobry serial. Ale się myliłam! Dexter to świetny serial, z rozbudowanym komentarzem na temat moralności zabijania i darowania życia. Idąc za ciosem obejrzałam też wszystkie spin-offy, czyli Dexter: Grzech pierworodny, Dexter: Nowa krew i Dexter: Zmartwychwstanie. Mocno wpadł mi też w oko serial Stamtąd, który potrafi wywołać gęsią skórkę podczas oglądania. W oczekiwaniu na kolejne sezon szukam czegoś w podobnych klimatach. Nie mogę nie wspomnieć też o piątym sezonie Stranger Things, bo choć finał pojawił się dopiero w tym roku, to jednak końcówka zeszłego upłynęła na oczekiwaniu i teoriach. Przyjmuję ten sezon z wszystkimi jego dziurami i błędami, bo ostatecznie uderzył we wszystkie moje najważniejsze struny.
Lady Kristina: Jak już wspominałam w pierwszej części podsumowania, znaczną część roku spędziłam oglądając Bibliotekarzy oraz Leverage (uwielbiam) i Leverage: Redemption (uwielbiam jeszcze bardziej). Kontynuując sięganie po klasyczne seriale sci-fi, w tym roku obejrzałam Kosmos 1999 – serial nieco się zestarzał i przypadł mi do gustu nieco mniej niż UFO, ale i tak oglądało się to całkiem dobrze.
Nie były to jednak jedyne seriale, które towarzyszyły mi w zeszłym roku. Spośród pozostałych muszę wspomnieć takie tytuły jak cały czas fantastyczne i wciągające Severance i Andor, poruszające i dość przerażające Adolescence, bardzo ciekawie przedstawiające gangsterski świat MobLand, naprawdę zabawne Pamiętniki Mordbota, wzruszające i jednocześnie sympatyczne Lekcje chemii, a także cały czas zagadkowy Pluribus.
Ze strony filmowej na pewno muszę wspomnieć o K-popowych łowczyniach demonów, przy których bawiłam się naprawdę dobrze. Z mocnymi emocjami pozostawił mnie IMAXowy seans Jednej bitwy po drugiej (końcowa scena pościgu to prawdziwy majstersztyk), a Wake Up Dead Man to kolejny świetny kryminał z serii Knives Out, tym razem łączący wątek kryminalny z tematami religijnymi. Obejrzałam też łącznie cztery adaptacje The Importance of Being Earnest, w tym (wspaniałe) nagranie spektaklu z Ncutim Gatwą i Hugh Skinnerem w rolach głównych.
Nie mogę w tym zestawieniu oczywiście nie wspomnieć o Doctor Who. Nowy sezon naprawdę dobrze się zapowiadał i było tam parę naprawdę świetnych odcinków, ale niestety zakończenie nie było zbyt satysfakcjonujące – zarówno odnośnie poprowadzenia wątków Rani i Omegi, jak i uśmiercenia poznanej na początku sezonu Belindy oraz samego Piętnastego Doktora. Za to spin-off The War Between the Land and the Sea okazał się być całkiem wciągający, a taką Kate Stewart i taki UNIT mogłabym oglądać częściej (chociaż oba wątki miłosne wywołują nieco mieszane uczucia, każdy z innych powodów).
DG: Oprócz wspomnianych wcześniej The Pitt i Leverage: Redemption, w pierwszych kilku miesiącach roku nadrobiłam wszystkie netfliksowe seriale Marvela w oczekiwaniu na Daredevil: Born Again. Może i nie wszystkie z nich były wybitne, ale cały oryginalny serialowy Daredevil i Jessica Jones (tutaj przede wszystkim pierwszy sezon) bardzo przypadły mi do gustu. Nowy Daredevil również bardzo dobrze wypadł pomimo pewnych rozwiązań fabularnych i zakulisowych.
Latem za to oglądałam sporo seriali Apple, z których najbardziej wciągnęłam się w Lekcje chemii z najlepszą rolą Brie Larson, tajemnicze i pełne twistów Dark Matter oraz Fundację, gdzie co prawda zajęło mi z pół sezonu, żeby się wciągnąć, ale było warto. Świetnie mi się też oglądało drugi sezon Severance i Pluribus, obejrzane odpowiednio na początku i końcu roku.
W drugiej połowie roku obejrzałam również bardzo sympatyczne Eurekę i Warehouse 13, które ze względów crossoverowych oglądałam równolegle i chronologicznie, i było to bardzo ciekawe doświadczenie, chyba będę tak częściej oglądać telewizyjne uniwersa. Sięgnęłam również po prawdziwy klasyk, jakim jest The Prisoner. Serial bardzo mnie wciągnął, i mimo, że pewne elementy są typowe dla epoki, tak rozkminianie wraz z głównym bohaterem, co znowu wymyśli Numer 2, żeby go złamać lub wyciągnąć informacje, dostarczyło mi dużo rozrywki. Zapoznałam się również z nowszą wersją (dla porównania), i chociaż odstaje sporo poziomem, to na swój sposób jest ona też całkiem pokręcona.
Ten rok był też całkiem udany pod kątem horrorów z interesującymi antagonistami. Nosferatu naprawdę mi się spodobał, ale i Frankenstein oraz Weapons również były bardzo udane. W zasadzie można tu też zaliczyć Donniego Darko, bo w Polsce z jakiegoś powodu dopiero teraz miał pierwsze pokazy kinowe (25 lat po świecie!). Bugonia co prawda jest bardziej czarną komedią, ale po raz kolejny współpraca Yorgosa Lanthimosa z Emmą Stone przyniosła złoto, a i Jesse Plemons w roli foliarza miał tu świetny występ.
Dużym zaskoczeniem za to okazała się nowa Naga Broń – nie spodziewałam się, że twórcom się uda, ale to zrobili. Film był dokładnie taki jak powinien, czyli pełen głupich, ale jednocześnie prześmiesznych żartów z kina ostatnich lat, a Liam Neeson i Pamela Anderson sprawdzili się jako komediowy duet.
Seweryn Dąbrowski: Największym serialowym zaskoczeniem minionego roku okazał się dla mnie drugi sezon Peacemakera. Początkowo nie spodziewałem się po nim poruszenia żadnych interesujących mnie tematów. Jednak niezwykle zaciekawił mnie już sam punkt wyjścia do przedstawienia wszystkich potencjalnych zdarzeń. Życie tytułowego bohatera nie wyglądało bowiem jakkolwiek pozytywnie. Było pozbawione nawet najmniejszej radości bądź satysfakcji. Chociaż Chris bardzo się starał coś z tym zrobić, to ostatecznie całość zawsze obracała się przeciwko niemu.
Jednak w omawianym sezonie twórcy postanowili odpowiedzieć na pewne pytanie, które zapewne jest bliskie dużej liczbie osób. Co by się bowiem stało, gdyby całe nasze życie potoczyło się zupełnie inaczej? Razem z protagonistą trafiamy zatem do pozornie idyllicznego świata. Wymiaru, gdzie jego alternatywna wersja może szczęśliwie egzystować, jako niezwykle zamożny oraz szanowany superbohater. Najbardziej zaskakuje go jednak coś zupełnie innego. Chris dość szybko odkrywa, że w tym miejscu posiada coś najcenniejszego. Kochającego ojca i brata.
Peacemaker to jedyna tegoroczna produkcja fabularna, która potrafiła do mnie trafić na poziomie emocjonalnym. Duża w tym zasługa twórców, a szczególnie zespołu scenarzystów. W ramach superbohaterskiego serialu akcji wprowadzili bowiem wątki bliższe psychologicznym melodramatom obyczajowym. Największe wrażenie wywarł na mnie zaś sposób ukazania niektórych scen. Kameralnych, wyciszonych oraz subtelnych rozmów. W tym sezonie nie zastanawiamy się nad tym, jak ocalić świat przed kolejnym komiksowym zagrożeniem. Pytanie przewodnie skupia się raczej na tym, w jaki sposób możemy uratować samych siebie. Czy po tym wszystkim jest to jeszcze w ogóle możliwe?
Najbardziej bolesne jest mimo wszystko powolne zdawanie sobie sprawy, że alternatywna wersja Chrisa wcale nie musiała przechodzić tego samego metaforycznego piekła. Trauma nigdy nie była czymś koniecznym i nie stanowiła źródła jakiejkolwiek wewnętrznej siły. To powiedziawszy, nie przypadło mi do gustu dalsze rozwinięcie całej historii po wzruszającym zakończeniu odcinka piątego. Stonowane sceny pełne różnych odcieni szarości ustąpiły ostatecznie miejsca większej ilości pośpiesznej akcji, gdzie bohaterowie musieli stanąć naprzeciw jednoznacznie negatywnych antagonistów. Jednak to w żaden sposób nie przekreśla tego, że drugi sezon Peacemakera zasługuje na wyraźne wyróżnienie.
Agnieszka: w tym roku odkryłam 1670 (hajp przy pierwszym sezonie przepłynął obok mnie) – chciałam zobaczyć Schuchardta w nieponurej roli, a całkowicie przepadłam, do poziomu czytania kiepskich fików dla zaspokojenia głodu. Jestem fanką zwłaszcza drugiego sezonu, w którym więcej jest – zwłaszcza pod koniec – powagi i wspaniałej dekonstrukcji polskiej mitologii narodowej.
Perła: W 2025 roku zachwyciło mnie kilka tytułów, w większości animowanych, ale jakże różnych. Najciekawszy był chyba Monster, serial anime na podstawie mangi Naokiego Urasawy. Pod płaszczykiem sensacyjnego kryminału skryła się bardzo mądra, poruszająca opowieść o człowieczeństwie. Nawet epizodyczne postaci zapadły mi w pamięć, pokazując jakiś aspekt ludzkiego doświadczenia. The Amazing Digital Circus porwało mnie swoją zwariowaną energią i ukrytą pod warstwą tego szaleństwa egzystencjalną grozą. The Summer Hikaru Died zachwyciło mnie świetnie napisaną relacją dwójki głównych bohaterów i przedstawieniem żałoby w realistyczny sposób. Horrorowy aspekt jeszcze to wszystko podkręcił, dodając kolejne warstwy do tej opowieści.
Potwornicka (RozMOVIEone): Moim minionym rokiem rządził chaos, co przełożyło się na mniejszą niż zazwyczaj liczbę obejrzanych filmów. Fomo niby uderza mocno, ale z drugiej strony i tak „zaliczyłam” sporo historii, które zostaną ze mną na długo. Wśród nich trochę staroci, trochę nowości, sporo rzeczy wyreżyserowanych przez kobiety i/lub o kobietach w całej rozpiętości gatunkowej. Pulsujący od muzyki i drażniącej natury nałogu The Outrun, niemalże gotyckie wydanie Hasa w Jak być kochaną, w końcu zaskakująca przygoda z Lizzie Borden w Born in Flames i Working girls – to filmy obejrzane niby tylko w pierwszej połowie 2025 r, a jakby rzutujące na jego całokształt i w sumie to całokształt mnie, bo jestem wierna w filmowej miłości i każdego roku szukam tego samego, tego co lubię najbardziej: dziwnych kobiet, zakurzonych pereł za pięć dolców i filmowej pulpy, która bryzga krwią po ścianach i moim kinofilskim serduszku. Czy w takim razie powinno dziwić, że mój 2025 rok minął też pod znakiem zachwytów nad Grzesznikami, Bird, Zgiń kochanie i Brzydką siostrą? Może i był to chaotyczny rok, ale w nowy weszłam z przekonaniem, że coraz więcej kobiet i niebiałych twórców sięga po zaskakujące środki wyrazów by opowiedzieć o swojej prawdzie bez oglądania się na nikogo. Oby tak dalej!
Już wkrótce część czwarta – o muzyce!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






