Rok 2025 litościwie się skończył. Był on dla wielu osób trudny, pojawiały się jednak jasne punkty – na przykład wspaniałe gry. Przygody, które zostaną z nami na długo.
Oto piąta część naszego tradycyjnego obszernego podsumowania z udziałem gości i gościń; zapraszamy do poczytania o najlepszych grach, jakie nas w tym roku wciągnęły.
Część pierwsza: KLIK, część druga: KLIK, część trzecia: KLIK, część czwarta: KLIK.
Chcecie podzielić się swoimi? Zapraszamy do sekcji komentarzy w mediach społecznościowych, do grupy Polifonia Fantastyczna oraz do Kontaktu, jeśli chcielibyście się z nami zaprzyjaźnić. 😉
A teraz lecimy jeszcze na moment do 2025 roku.
Ginny N.: Clusterduck wzięła mnie z zaskoczenia. To prosta, mobilna gra o wykluwaniu dziwnych kaczek, i poświęcaniu ich straszliwym kaczym bóstwom. I zdecydowanie wyrasta na moją grę roku, spośród tych kilku, w które przyszło mi w 2025 zagrać. A z gier analogowych bardzo spodobała mi się jednoosobowa Nawiedzona Kuchnia od Lisich Spraw. Robienie sobie kanapeczek w przerwie od straży nad serowym zamkiem i odganianie duchów to to, co liski lubią najbardziej. I tylko brak nam jakiegoś domknięcia, co się dzieje, jeśli zdobędziemy x punktów, a co, jeśli będzie ich y.
Joanna W. Gajzler: W gry RPG gram od wielu lat, choć przez ostatnich kilka trzymałam się w zasadzie tylko Amber Diceless RPG. W tym roku jednak zupełnie z zaskoczenia wziął mnie Wraith: The Oblivion, system ze Świata Mroku, o którym pojęcie miałam bardzo nikłe. Jest o tyle fascynujący, że postaci graczy nie są po prostu typową drużyną, która zbiera się przed wyruszeniem w drogę, nie ratują ani nie podbijają świata, są tylko upiorami – duszami zmarłych w ponurej rzeczywistości, z ograniczonymi możliwościami, skazanymi na walkę z osobistymi demonami. To pierwszy raz od dawna, kiedy czuję, jakbym faktycznie była w tym miejscu jako moja postać, razem z nią przeżywam wszystko, co nam się przytrafia, nie raz i nie dwa ryczę jak bóbr, i każdej sesji wyczekuję z niecierpliwością. Każdy, kto chciałby w erpegach nie tylko pomachać mieczem i uratować smoka, ale sponiewierać się emocjonalnie, powinien się Wraithem zainteresować.
Rambert: Od dwóch lat udaje mi się prowadzić Maski Nyarlathotepa, czyli jeden z najdłuższych i wg wielu najlepszych scenariuszy do Zewu Cthulhu (jeśli nie do RPG-ów w ogóle), jaki napisano. Obecnie wydany w piątej edycji, po wielu zmianach od swoich początków w 1984 roku, jest on znany z tego, że przy regularnych sesjach może wciąż na spokojnie zająć i pięć lat do rozegrania. Sama pozostaję stale wdzięczna moim graczom, że z pełną świadomością tego postanowili na potencjalnie tyle czasu zaokrętować się u mnie jako mistrzyni gry, nawet jeśli gramy przy dość otwartym stole.
Być może oszukuję nieco, pisząc tu na ten temat, skoro gry nie udało nam się jeszcze skończyć, ale w grudniu 2025 weszliśmy oficjalnie w drugą połowę scenariusza, co oprócz tego, że uważam to za znaczące osiągnięcie, myślę że pozwala mi na polecanie Masek z czystym sercem kolejnym osobom.
Jeżeli ktoś ma akurat przestrzeń i ambicje na wielkich rozmiarów scenariusz, który stanie się częścią życia na najbliższych parę lat, będzie zawierał rozwiązywanie zagadek różnej skali, od lokalnych do spisków obejmujących cały świat, które badaczy wodzić będą po większości kontynentów, jak i przygody, które przez tak długi czas z pewnością będą ewoluowały i zmieniały się w nieprzewidywalny sposób przez decyzje graczy i gromadzące się ich konsekwencje, będzie to coś idealnego.
Rad: Absolutną grą roku było dla mnie Clair Obscur: Expedition 33. Ostatnia gra, która mnie tak wciągnęła w swoją historię, to chyba było zeszłoroczne Baldrur’s Gate 3, ale Ekspedycja zajęła szczególne miejsce. Pomijając samą grę, która jest wspaniała i poruszająca, to dla mnie dużą wartość miały wszystkie interakcje dookoła Ekspedycji. Spotkanie innych bagietek podczas Pyrkonu i późniejszych konwentów było superprzeżyciem, poznałam cudownych ludzi, z którymi dalej utrzymujemy kontakt na ekspedycyjnym Discordzie. Nawet wspólnie z kilkoma z nich będziemy jechać na koncert muzyki z gry w Berlinie.
Jego Cesarska Wysokość: Planszowa Ostoja zupełnie niespodziewanie stała się najczęstszym gościem na moim stole w tym roku. Prosta (choć nie tak łatwa!) gra o budowaniu zwierzątkom biomów z kolorowych kamieni okazała się niesamowicie regrywalna, przyjemnie mózgożerna i pełna niespodzianek. Poza tym jest po prostu bardzo, bardzo ładna. Jak to zgrabnie ujął jeden z moich współgraczy, wygląda, jakby ludzie, którzy ją zrobili, bardzo lubili zwierzęta, ale jeszcze bardziej lubili narkotyki. xD
Pryvian: Clair Obscur: Expedition 33 pozostaje dla mnie bezkonkurencyjnie grą roku, dziesięciolecia, być może całego mojego życia, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio w jakąkolwiek aż tak bardzo wsiąkłam (w pierwszego Dragon Age’a być może…? Ale to było wieki temu i nie jestem pewna). Tutaj zadziałało wszystko: bohaterowie, system walki (tak, ta przejrzysta turowość to dla mnie zbawienie), świat przedstawiony, grafika i budowanie historii za pomocą lokacji i samo sedno fabularne. Jakoś tak wyszło, że moje ukochane gry ostatnich lat (czyli właśnie Ekspedycja oraz Lies of P) opowiadają przede wszystkim o radzeniu sobie z traumą i żałobą. Poza tym to Hades 2 okazał się godnym następcą jedynki, a w niektórych momentach wręcz ją przerósł. Uwielbiam Melinoe jako bohaterkę, najchętniej padłabym do stóp Medei, a Ikar udowadnia, że twórcy wiedzą, jak pisać potrzebujących miłości młodych mężczyzn ze skrzydłami (tak, na ciebie też patrzę, Tanatosie).
Erpegowo to był dość dobry rok. Poprowadziłam swoją pierwszą sesję w Daggerheartcie i muszę przyznać, że będę bardzo wyczekiwać na rozwój tego systemu. Łączy w sobie nacisk na narracyjność z systemów, które kocham, takich jak chociażby Blades in the Dark, jednocześnie pozostając w tej fantastycznej dedekowej otoczce (chociaż jest na tyle otwarty, że dopasowanie go do klimatów współczego urban fantasy czy SF nie powinno być zbytnio trudne). No i jest to nareszcie system, w którym jako mistrzyni gry nie spędzam miliona lat na zastanawianiu się, jak prowadzić walkę. Mam nadzieję, że kolejne książki i dodatki będą wychodzić i go rozwijać, bo potencjał jest spory! No i też wielki ukłon w stronę twórców, którzy nie tylko nie mają nic przeciwko homebrew, ale wręcz zaimplementowali na swojej stronie narzędzia, które mają ułatwiać tworzenie nowych zasad, kart dla nowych klas, mocy etc. Fantastyczna sprawa, a społeczność bardzo chętnie dzieli się swoimi pomysłami.

Cyrus: Thousand year old vampire. Cudowna gra solo. Prosta, a równocześnie istotna mechanika promptów pchnęła mnie na wyżyny mojego anglojęzycznego pisarstwa i dzięki tej grze mogłem opisać historię haenzatyckiego cieśli, który po staniu się wampirem między innymi badał starożytny Egipt i zakładał akademię sztuk pięknych w Petersburgu. Pięknie napisana, diabelnie inspirująca, cudownie bolesna – to ostatnie jest efektem zmechanizowanego zapomianania kolejnych kawałków siebie w swojej podróży przez wieki. Pyszka. Mythic Bastionland. RPG w nurcie OSR o rycerzach w misji poszukiwania mitycznego miasta (które, notabene, istnieje w następnej grze serii – Into the Odd, którego MB jest prequelem, i którą też polecam). Świetnie opowiedziana struktura gry, klimatyczne postacie i wylewająca się weirdowa arturiańskość to jedno; jasne i proste zasady tworzenia królestw i ziem do grania sprawiły, że sięgnąłem po akwarele, żeby stworzyć mapę do pierwszej kampanii. Nie planowałem w to grać. Nie akwareluję na co dzień. Siła mitu jest potężna.
Aleksandra Klęczar: Grałam głównie w ukochane Hadesy (I i II), w musicalową visual novel Stray Gods i, hmm, w Disco Elysium, ale od lat nie było roku, żebym nie grała w Disco Elysium. Ograłam demo do dziwnej gierki według Żab Arystofanesa (i czekam na całość!), spędziłam sporo czasu przy uroczym i często wybitnie zabawnym Storytellerze, no i właśnie dziś kupiłam Niezwyciężonego, na którego długo się czaiłam.
Ollie: Przeżyłem super przygodę z Nathanem Drakiem w ostatniej odsłonie Uncharted. Przemieszczanie się po dzikich terenach, rozwiązywanie zagadek, zdobywanie cennych przedmiotów przyniosły nie lada satysfakcję.
Patryk Łubiarz: 2025 upłynął mi pod znakiem growych powrotów do przeszłości. Z radością wracałem do starych tytułów, odświeżałem sobie rzeczy zapomniane przez lata. Nadarzyła się kilka razy okazja do poznania nowszych pozycji, ale moje the best of 2025 to prawdziwa retro przygoda. Po raz pierwszy ograłem i ukończyłem Tomb Raider I. Wcześniej nigdy nie było na to czasu, ale w końcu, po wydaniu świeżych remasterów klasycznych odsłon tej serii, przysiadłem do jedynki. Jakie było moje zdziwienie, gdy nie mogłem się oderwać od ekranu, poznając te z perspektywy czasu dość pokraczne przygody Lary Croft. Było to doświadczenie na tyle mocne, że chyba na zawsze wryje mi się w moje growe portfolio.
Kajman: 2025 rok był świetny pod względem growym. O Clair Obscur: Expedition 33 napisano i powiedziano już wiele, więc dorzucę tylko, że przez parę miesięcy niemal codziennie miałem na słuchawkach utwór Déchire la Toile, jeden z najlepszych w pokaźnej ścieżce dźwiękowej, którą skomponował Lorien Testard. To pozornie nieistotny utwór towarzyszący eksploracji, ale potrafi wywołać całą gamę emocji, nawet bez znajomości francuskiego. Na Hollow Knight: Silksong czekałem niemal od momentu zapowiedzenia tej gry, moje oczekiwania były więc duże. Bawiłem się jednak gorzej niż w poprzedniej grze Team Cherry: głównie przez niezbalansowaną ekonomię (wiem, że ma to uzasadnienie światotwórcze, ale można było sprawę ograć lepiej) i niesprawiedliwie dużą liczbę obrażeń zadawanych przez zwykłych przeciwników. Na Hadesa II czekałem niemal tak niecierpliwie jak na Silksong i nie zawiodłem się. Gra ma niesamowitą ścieżkę dźwiękową (w pracy nucę nieustannie Crossed Flames, Olympus Aflame oraz piosenki Scylli i jej zespołu), świetnych koncepcyjnie bossów, wciągającą pętlę rozgrywki i dopracowany system walki. To mój absolutny top of the top tego roku.
Smoczyca: Nie mam czasu grać, więc naprawiam zatrute planety w Terra Nil 😉
Grzegorz Czapski: Poza moim stałym uzależnieniem w postaci Grand Strategy od Paradoxu i oddawania mu trybutu z mojej ciężko zarobionej krwawicy na Stellaris, Crusader Kings III czy Europa Universalis IV, to podobnie jak większość zagrywałem się w Clair Obscur: Expedition 33. Zaliczyłem również przyjęty powrót do MMO, czyli do Guilds Wars 2. Akurat mam do tej gry spory sentyment, a poza tym jest mocno casual friendly, bez efektu FOMO (co jest ważne dla mnie). No i to uczucie, jak z memów z Władcy Pierścieni, kiedy to Elrond mówił I was there Gandalf. I was there 3000 years ago… Pierwsze konto, które współdzieliłem z bratem od dnia premiery gry, utraciliśmy, więc mogłem grę po ponad dziesięciu latach odkrywać na nowo.
W tym roku stałem się również szczęśliwym (bo to był naprawdę dobry zakup), posiadaczem Steam Decka, który odpalam podczas podróży. Mogę powiedzieć, że ograłem już Hadesa (jedynkę), teraz wziąłem się za Yakuza 0, a w kolejce czeka nasz rodzimy Cyberpunk 2077. Na koniec muszę, naprawdę MUSZĘ wspomnieć o świetnej grze ala TellTale od AdHoc Studio, czyli Dispatch. Gra jest niczym serial interaktywny, z naprawdę dobrym scenariuszem oraz bohaterami, którzy zapadają w pamięć. Plus, jestem pod wrażeniem w jaki sposób Aaron Paul podłożył głos pod głównego bohatera – Roberta Robertsona. Polecam z całego serca.
Ale mówimy tu nie tylko o grach komputerowych. Jako bitewniakowiec w tym roku mogę ogłosić, że był to dla mnie rok powrotu do mojego pierwszego systemu, w jaki wszedłem, czyli Malifaux. Najpierw w trzecią edycję, a w trzecim kwartale roku – czwartą (a zaczynałem ogólnie w drugą w 2017 r.). Moim zdaniem zmiany bardzo na plus. Gra stała się płynna, dynamiczna i przyjemniejsza gameplayowo. Do tego poza świetnymi wizualnie modelami (które fajnie się maluje), ma również dobrze napisaną fabułę (ze słuchowiskami na YT i Spotify). Oczywiście grałem i w inne systemy, jak np. Infinity i Warcrow od Corvus Belli (zwłaszcza ten drugi bardzo fajnie się gra), lub Anno 1666 i Ogniem i Mieczem od polskiego wydawcy, czyli Wargamera. Grywało się również trochę w Battletecha (komputerowego i bitewniakowego).
Zaczynam również projekt w stylu new year, new army. Klasyczna armia krasnoludów, która będzie do trzech systemów na raz, czyli The Old World, Kings of War i One Page Rules (bo po co się ograniczać i wydawać milion monet?). Ważną częścią projektu jest również jedna rzecz – ograniczenie liczby modeli od Games Workshop do minimum (najlepiej do zera). Co trudne nie będzie, bo można teraz znaleźć masę świetnych projektów do druku 3d.
Kryś: Silksong! Gra, która w dniu swojej premiery dosłownie popsuła wszystkie duże platformy sprzedażowe, tak wiele osób próbowało ją kupić w tym samym czasie. Od jej zapowiedzi do ukazania się upłynęło około 6 lat, ale warto było czekać. Gra jest przepiękna, lokacje są dopracowane w każdym szczególe i eksplorowanie ich to wielka przyjemność. Choć walka generalnie nie jest moją mocną stroną (w trakcie rozgrywki nieraz klęłam jak skrzyżowanie szewca z grabarzem i marudziłam na sadyzm twórców), to bardzo doceniam, że na każdego przeciwnika są sposoby i uczenie się ich daje niezłą satysfakcję.
Dla równowagi mogę polecić bardzo relaksującą grę, która również ukazała się w tym roku – Slime Ranger 2. Jako hodowczynie tytułowych slime’ów (ślimaków? śluziaków?) łapiemy i dbamy o nasze stworki oraz odkrywamy nowe tereny i kryjącą się za nimi historię. Gra jest pięknie tęczowa i odprężająca.

weronika mamuna: Powrót po latach do pierwszej edycji Warhammera okazał się bardzo sympatycznym, lekko nostalgicznym doświadczeniem. Poza tym Disco Elysium jest tak dobre, jak wszyscy mówili, i gdybym tylko grała w gry komputerowe, to może nawet udałoby mi się je skończyć. A tak to zostaje mi chyba tylko przeczytać A Sacred and Terrible Air.
Jakub Chilimończyk: Było wiele gier w tym roku, które były warte uwagi, ale gdybym pisał o nich wszystkich, to bym skończył na małej noweli. Więc przejdźmy do śmietanki. Clair Obscur: Expedition 33: ktokolwiek myśli, że ta gra nie zasługuje na grę roku, jest w błędzie i na tym wzgórzu zginę. Wielokrotnie. Ta gra sprawiła, że odzyskałem radochę z grania i przypomniała mi, jak ważne są pomysły odważne, pokręcone, które traktują sztukę i estetykę jako temat sam w sobie. Jednocześnie potrafią tę sztukę i estetykę dzierżyć jako element narracyjny, odziewać w nią tematy ważne i poruszające. Ta gra to dzieło sztuki, tutaj nie ma żadnych wątpliwości.
Blue Prince ujął mnie kontekstowym storytellingiem oraz urokiem, którego trudno mi było szukać w innych grach, a grałem w wiele walking simulator/puzzle games. Połączenie mechaniki i narracji jest absolutnie cudowne, ilość zagadek oraz historii do rozwikłania spora, a wszystko się ze sobą łączy. Zazwyczaj nie prowadzę notatnika dla gier, ale dla tego konkretnego tytułu mam zapisane ponad trzydzieści stron w zeszycie ze wskazówkami, imionami, nazwiskami, symbolami oraz metaforami. Świetne doświadczenie.
Death Stranding 2, czyli druga część jednego z najbardziej niezrozumiałych tytułów na świecie. Zgadzam się, że to nie jest gra dla masowego odbiorcy, równocześnie nie zgadzając się, że jest to walking simulator (mimo pozorów). W grze jest sporo głębi, a za dostarczaniem paczek, pokonywaniem mozolnie trudnych terenów, budowaniem dróg, tyrolek i szynobusów, leżą głębokie spostrzeżenia i prawdy o tym, co łączy ludzi, nawet tych, którzy nie wpływają na siebie bezpośrednio (zgodnie z podejściem tej gry do multiplayera). Fabuła jest dziwna, metaforyczna i symboliczna (ma też odpowiednio dziwne Kojimowe momenty), ale wszystko tutaj jest przemyślane i ściska klatkę piersiową równie mocno, co Clair Obscur.
Hades 2 nie był zaskoczeniem, ale też nie był rozczarowaniem. Dowiózł ciekawą historię, wartką akcję, zabawę grecką mitologią, absolutnie świetną bohaterkę, którą polubiłem od razu, i mechaniki, w które chcę się wgryzać raz po raz.
W tej chwili kończę jeszcze Metaphor: ReFantazio i chociaż nie mam jeszcze skrystalizowanej opinii na temat tej gry, to sama idea, dookoła której jest zbudowana (high concept) oraz narracja sprawia, że już w tej chwili wiem, że gra trafi do mojej topki.
0 planszowych grach już pisałem, ale wspomnę jeszcze o świetnej, lekkiej grze planszowej, jaką są Odkrywcy Navorii – również niespodziewana topka tego roku. Piękna, kolorowa, lekka, nie pali zwojów jak klasyczne eurasy, ale jest w tym idealnym momencie, kiedy się jednocześnie móżdży i odpoczywa. Z innych tytułów mogę polecić Andromeda’s Edge (świetny, mały Twilight: Imperium), a także Wondrous Creatures, które jest również absolutnie urocze w potworniasty sposób. Z cięższych eurasów z kolei bardzo dobrze bawię się przy Galactic Cruise, gdzie budujemy i wysyłamy własne rakiety wycieczkowe w kosmos. Gra bardzo dobrze pali zwoje!
No i Daggerheart, czyli nowy system RPG. Ten system wymiótł mi ze stołu DnD 5e. I bardzo dobrze. To już mówi wiele samo za siebie. Przestrzegam jednak, by nie grać ani nie traktować tego systemu jako odbitkę DnD 5e. W gruncie rzeczy oba są bardzo odmienne i aby przejść z jednego na drugi, potrzebna jest — zwłaszcza w GMach – spora zmiana perspektywy oraz mentalności.
Karolina Małas: Gry nie są moją ulubioną rozrywką, zwykle śledzę je znad ramienia niemęża lub któregoś z dzieci. Jednak zawodowe bycie dobrze poinformowanym w roku pańskim 2025 sprawiło, że wszędzie szukałam okazji do oderwania myśli od tego, co w Europie i za oceanem. Padło na Planet Zoo, którą kupiliśmy dla młodzieży. I przyznam, że budowanie wybiegów i opieka nad egzotycznymi zwierzętami w trybie piaskownicy zadziałały niezwykle relaksująco.

Bogusia Szewczyk (rozMOVIEone): Kobiecość i groza towarzyszyły mi także na growym poletku. Dopiero stawiam pierwsze kroki w tym świecie, ale już wiem, co mnie najbardziej kręci. Survival horrory i psychologiczna groza to zdecydowanie moja przestrzeń. Nic mnie tak nie przeraża jak jump scary w grach. A że jestem ciekawska, to czasami dla zabawy pakuję się w kłopoty, ginąc w różnych okolicznościach. Konsekwencja graczki to coś, co pokonuje mój słomiany zapał, o czym przekonałam się, dając się porwać przygodzie, w klasycznych akcyjniakach, gwarantujących zabawę na całego.
Ograłam trylogię Tomb Raider. Lara Croft to zdecydowanie MOJA bohaterka. Dawno nie czułam takiej satysfakcji (i smutku) jak podczas finału jej przygód. Świat Lary to nie tylko mega rozrywka, ale też sporo zaskoczeń, filmowymi i grozowymi elementami. Godziny błąkania się po grobowcach i radzieckim kompleksie to zdecydowanie największy fun, jakiego zakosztowałam, grając.
Porwał mnie Alan Wake! Do tego stopnia, że z rozpędu sięgnęłam po wszystkie możliwe dodatki. Niesamowity nastrój i piętrzące się tajemnice sprawiły, że nie miałam ochoty wyłączać konsoli. Literackie echa i świadome interpretacje filmowo-telewizyjnych tropów grozy to coś, co zachęciło mnie do poszukiwań. Nie tylko żony głównego bohatera, ale także szerszych kontekstów i nowych znaczeń. Świetna zabawa.
Utonęłam też na dobre w światach The Evil Within oraz Outlasta. Tu rozgrywki idą mozolnie. Z mojej winy. Za bardzo lubię się bać i nie przepuszczam żadnej okazji, aby zajrzeć wszędzie, gdzie nie powinnam. Tę zabawę sobie dawkuję. I choć, czasami mocno mnie kusi, aby szybko zakończyć te koszmary, to jednak horrorowa frajda jest dla mnie ważniejsza niż najlepiej wykręcone wyniki. Czysta radocha!
Zielona Małpa: W 2025 grałam tylko w jedną grę, a był to Rimworld. Niezmiennie uwielbiam tę grę od lat i gdybym mogła grać tylko w jedną grę do końca życia, byłaby to właśnie ta.
Narbeleth: Z reguły nie lubię gier pierwszoosobowych, wolę takie, w których można walczyć na dystans (mój Geralt naużywał się znaków jakby jednak aspirował na czarodzieja) i takie, w których można zmienić poziom trudności na łatwy – dalej jestem więc zaskoczona, że moją grą roku bezapelacyjnie zostało Kingdom Come Deliverance, jedynka i dwójka, w które wpadłam całkowicie. Początek był trochę frustrujący, ale było coś, co mnie w tej grze zatrzymało i bardzo się cieszę, że wytrwałam piętnaście powtórzeń jednej walki, bo było warto! Przywołanie Geralta na początku jest nieprzypadkowe, fani growego Wiedźmina mogą poczuć trochę znajomy klimat – w stylu dialogów i humoru, przedstawieniu szarego, ale nie beznadziejnego świata, w którym często nie ma dobrych wyborów, funkcji głównego bohatera wobec biegu historii, kiedy nie wszystko (a często nawet niewiele) bezpośrednio od niego zależy. Główny bohater jest znacząco inny: Henry, startujący z pozycji bardzo niedoświadczonego wieśniaka rzuconego w wir wydarzeń powyżej jego – i, myślę że nie tyko w moim przypadku, gracza – kompetencji, bez umiejętności, sprzętu ani pieniędzy. Ciekawa obsada postaci, żywe i przekonujące (przynajmniej dla laika) przedstawienie późnego średniowiecza z czeską reformacją tuż za rogiem, nieuciekające od różnych, też trudniejszych tematów, dialogi, humor, wszystko to sprawia, że w grze chętnie spędza się czas – a spędza się go tam dużo. Pomijając milion pobocznych zadań do wykonania, wiele całkiem rozbudowanych, wiele mechanik zajmuje czas (jak alchemia, na którą trzeba zebrać zioła i zważyć swoje miksturki jak w małej alchemicznej grze); początkowe zbudowanie postaci tak, żeby się do czegoś nadawała, jest procesem powolnym i miejscami bolesnym (zwłaszcza dla Henryka) – ale satysfakcja, którą dostaje się w zamian, jest proporcjonalna do włożonego wysiłku. A co najważniejsze, dostajemy wciągające, dobre historie, balansujące wybory pojedynczych bohaterów i gracza z ciężarem biegu historycznych (mniej więcej) wydarzeń.
Hela: Polecam gorąco grę Banishers, w której wciela się w dwóch pogromców duchów/klątw w Ameryce czasów pierwszych osadników. Gra bazuje na etycznych wyborach gracza związanych z życiem i śmiercią. Nie chciałabym za dużo spolerować, więc zostawiam was tylko z pytaniem: Czy można zabić jedną osobę, żeby uratować drugą?
Perła: W grudniu zagrałam w znakomite Slay The Princess, horrorowe visual novel. Gra bierze baśniowe tropy i swobodnie się nimi bawi, dostarczając wielowarstwowej opowieści o narracjach, archetypach i przeznaczeniu. Wiele razy przy tym zaskakuje, odkrywając przed graczem kolejne tajemnice.
Magdalena S.: Cały rok myślałam o tym, by w coś zagrać; udało mi się dopiero w przerwie świątecznej w grudniu. Odpaliłam Potion Permit, bo brzmiało jak idealna cozy gra – odhaczająca obowiązkowe elementy takich symulatorów (tak, jest łowienie ryb), a przy tym mająca świeży element (jako graczka wcielam się w zielarkę/„chemiczkę”, która przybywa do małego miasteczka i rekonstruuje tam szpitalik, a przy okazji uzdrawia okolicę). Gra rzeczywiście okazała się przesłodka, umiejscowiona idealnie na osi nudy i zaangażowania, i wkroczyłam z nią w nowy rok. Jak skończę, to na pewno napiszę o niej coś więcej na Whosome.
Już wkrótce część szósta – z autopromocją!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






