Lipiec i sierpień przyniosły nam sporo popkulturowych zachwytów, ale też kilka rozczarowań. K-Pop Demon Hunters, Star Trek: Strange New Worlds, Czwartkowy klub zbrodni, Co myślą i czują zwierzęta a może Obcy: Ziemia? Co oglądaliśmy, czytaliśmy i w co graliśmy? Zapraszamy do lektury podsumowania.
ZACHWYTY
Ginny N.: Moje lato (które wciąż jeszcze trwa) było pełne dobrych lektur, filmów i spotkań. Na pierwszy ogień poszły dwie powieści T. Kingfisher, czyli nabytki bazyliszkowe. Zagłada puka do drzwi trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Jest tu poczucie zagrożenia, które nie znika, nawet wtedy kiedy schodzi z pierwszego planu. Ale jest też i sporo oddechu. Cordelia, główna bohaterka, trafia pod opiekuńcze skrzydła Hester, siostry Dziedzica, za którego zamierza wyjść matka Cordelii – tytułowa Zagłada. I choć Cordelia wciąż musi się mocno przy matce pilnować, Zagłada puka do drzmi jest historią o wychodzeniu z przemocowej, nierównej relacji. Świetnie przy tym pokazując, że by coś takiego się udało, trzeba najpierw zbudować oparcie w innych, nieprzemocowych relacjach. A i wtedy nie jest to łatwe. Jeśli Zagłada puka do drzwi jest powieścią świetną, to Co porusza martwych skradło moje serce. W horrorze lubię bardzo specyficzne rzeczy, cichą grozę, niesamowite istniejące obok nas a jednocześnie stopniowo wgryzające się w nas z każdym kolejnym zdaniem. I taki właśnie jest ten retelling opowiadania Poego. No i jest jeszcze cudny dżender narratoru.
Sierpień zamknęły dla mnie dwie dość różne książki. Pierwszą jest dylogia Mnich i Robot Becky Chambers. Chciałem przeczytać te dwa tomy już od pewnego czasu i w końcu się to udało (dzięk,i Kira). I cóż, piękny jest to świat, w którym roboty odeszły, a ludzkość nauczyła się brać z natury tylko tyle, ile potrzebuje. Ciekawe było dla mnie szczególnie to jak dylogia, podchodzi do tematu uzyskania przez roboty świadomości. Nie dostajemy na to odpowiedzi, nie jest to punktem centralnym tej historii. Tym jest o spotkaniu człowieka i robota, któr_ oboj_ nie w pełni pasują do swoich społeczności. Jeśli jednak o same roboty chodzi, ten brak wyjaśnienia z jednej strony kieruje myśli automatycznie ku AI (fuj), a z drugiej ja osobiście miałem poczucie, że to zupełnie nie o to chodzi, że więcej w tym duchowości niż sztucznej, czyli w sumie udawanej, samoświadomości. I powiem szczerze, nawet jako ateiście jest mi bliżej do takiej interpretacji niż do standardowych odczytań o AI. A poza tym? Cóż, to naprawdę ciekawe, solarpunkowe powieści o tym, co to znaczy być człowiekiem, czego jako osoby potrzebujemy i jak moglibyśm_ żyć w naturze. Może miejscami miałem poczucie, że skaczemy mocno pomiędzy kolejnymi etapami podróży Mszaczaka i Dex (zwłaszcza w drugim tomie), ale nie przeszkadzało mi to jakoś mocno. A tu pisze o Mnichu i Robocie E.T.: KLIK.
I jeszcze w sierpniu przesłuchałem audiobooka The Folklore of the Discworld Terry’ego Pratchetta i folklorystki Jaqueline Simpson. To ciekawa książka, choć mam wrażenie, że wersji papierowej sprawdza się trochę lepiej. Ale i tak interesująco było posłuchać o dyskowym folklorze i jego kulistych odpowiednikach oraz ich rozwoju. Zdecydowanie też zostanie ze mną myśl wyniesiona z tej lektury, że w większości, jeśli nie wszystkich przypadkach, tak naprawdę nigdy nie dowiemy się, jakie są najstarsze źródła różnych elementów folkloru. Możemy tylko na ich temat spekulować.
To były dla nas wakacje z Leverage. Po latach zachęcania do obejrzenia przez Kirę coś mi w końcu kliknęło i sięgnąłem po ten serial o byłych złodziejach heistami walczącymi ze złymi złolami (takimi bardziej bliskimi życia niż fikcji). Póki co jestem w połowie trzeciego sezonu, ale Leverage zdecydowanie wskoczyło na półeczkę moich ulubionych seriali.
Nadrobiłem także K-Pop Demon Hunters – cudne, z pięknymi piosenkami (niby k-pop to nie moja rzecz, ale tutaj chwytało za serce) i ładnie poprowadzoną historią. Zostanie ze mną ta animacja na pewno. A jeśli chcecie poczytać o niej więcej, tutaj rozmawiają o niej nasze redakcyjne osoby kolektywne: KLIK. Zacząłem też oglądać serial o inuitce, która odchodzi od dość bucowatego męża i zaczyna życie zawodowe. North of North bardzo mi się podoba i muszę znaleźć czas, żeby wreszcie obejrzeć go do końca. Obejrzałem również Long Story Short serial o trzypokoleniowej żydowskiej rodzinie żyjącej w Stanach Zjednoczonych. Jej twórcą jest twórca BoJacka Horsemana Raphael Bob-Waksberg. Jeśli nie widzieliście, zobaczcie koniecznie. Jest mocno, ale nie tak obrazoburczo jak w BH. A ja tymczasem wypatruję drugiego sezonu jak kania dżdżu.

I jeszcze tego lata zmieściłem dwa dokumenty. Pierwszy, Titan: The OceanGate Submersible Disaster opowiada o katastrofie tytułowej kapsuły podwodnej sprzed kilku lat. To dogłębne spojrzenie w ego człowieka, który uważał, że zasady bezpieczeństwa są dla mięczaków, i opowieść o pracowni_ach firmy, któr_ z czasem zaczyna_ zdawać sobie sprawę w czym utknęli i do czego się przyczyniają. A we mnie pozostaje myśl, czy naprawdę nie można zostawić oryginalnego Tytanika w spokoju.
Drugim dokumentem było Black Holes. The Edge of All We Know. Poprowadzona dwutorowo opowieść o tym, co wiemy o czarnych dziurach. W pierwszej nitce śledzimy naukowc_ tworzących wielki, obejmujący całą Ziemię teleskop, który pozwolił zebrać dane do stworzenia obrazu dwóch czarnych dziur. Jednej w sercu Obłoku Magellana i drugiej w centrum Drogi Mlecznej. Druga nitka z kolei śledzi grupę matematyk_ zbierających się przez lata razem ze Stephenem Hawkingiem w brytyjskich kurortach, by tam rozwiązywać matematyczne problemy. W tym wielki problem traconych w czarnych dziurach informacji. Ostatecznie udaje się go rozwikłać – choć wymaga to więcej pracy niż naukowc_ z tego małego zespołu się spodziew_ początkowo. Artykuł o tym odkryciu zostaje wydany już po śmierci Hawkinga, z nim jako jednym ze współautorów, bo też ogrom jego pracy stanowi istotną część rozwiązania. Był to bardzo ciekawy dokument, i jedyne, do czego się przyczepię, to za dużo muzyki klasycznej podłożonej za głośno pod wypowiedzi naukowc_. Wybijała z rytmu i stanowiła swego rodzaju wypełniacz, który w dużej mierze był zupełnie zbędny.
Magdalena: O obu zamierzam napisać osobne teksty, więc tutaj krótko. Carl Safina, Co myślą i czują zwierzęta – p o t ę ż n a książka o badaniach nad komunikacją, percepcją, procesami wewnętrznymi zwierząt. Jak dla mnie absolutny must read – książka, która naprawdę zmienia spojrzenie na świat. Trzy główne części książki to słonie, wilki i orki, ale pojawia się mnóstwo informacji o innych zwierzętach, na czele z psami autora, a także niemało emocji, czy to związanych z żałobą za ginącymi gatunkami i traktowaniem ich przedstawicieli przez ludzi, czy to frustracji z powodu przemądrzałych uczonych, którzy nie potrafią wyjść z antropocentryzmu, nawet gdy bezpodstawność ich wniosków bije po oczach. Przepiękna książka. Becky Chambers, To Be Taught, If Fortunate to zaś krótka powieść SF o załodze małego badawczego stateczku wysłanego poza Układ Słoneczny, by zbadać cztery planety, na których najprawdopodobniej jest życie. Czytałam tę książkę dla prelekcji o queerowej popkulturze (reprezentacja biseksualności, aseksualności, transpłciowości i poliamoryczności w jednym) oraz dla panelu o fikcji klimatycznej (choć tutaj jest to temat tylko w tle). Dostałam zaś przede wszystkim wzruszającą, przepiękną powieść o odkrywaniu i niepozostawianiu śladu oraz życiu w zgodzie z innymi, bo tylko jednocząc się, możemy cokolwiek osiągnąć.
Ewa: Nad Pamiętnikami Mordbota zachwycałam się już we wcześniejszych podsumowaniach i w osobnym tekście, tak więc tylko z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że ostatnie, wyemitowane w lipcu, odcinki, dowiozły. Tym samym mamy jeden z najciekawszych, najdziwniejszych i najbardziej oryginalnych seriali science fiction ostatnich lat. Bardzo czekam na więcej.
Po nową wersję Quantum Leap (2022), która w końcu trafiła do polskich streamingów, sięgnęłam z pewnymi obawami. Serial nie miał dobrej prasy, nie byłam też szczególną fanką pierwowzoru. Tymczasem nie jest to może wielka rzecz, za to szalenie sympatyczna i oferująca spójne, często naprawdę łapiące za serce historie. No i są w niej Mason Alexander Park, będący jak zawsze absolutnie przeuroczy. Warto podejrzeć.
W wakacje sięgnęłam też po nowe tłumaczenia serii Lucy Maud Montgomery o Ani, a w zasadzie o Anne. Dojechałam do Anne z Szumiących Wierzb i bawiłam się naprawdę dobrze. Fajnie jest od czasu do czasu poczytać o rudowłosej czarodziejce, która sprawia, że świat ludzi wokół niej staje się trochę (lub nawet bardzo) lepszym miejscem.
Jego Cesarska Wysokość: Nie zachwycił mnie na początku God of War, głównie ze względu na postać głównego bohatera, wyjątkowo paskudnego typa. Ale mechanicznie gra była na tyle satysfakcjonująca, że grałem dalej. I nie żałuję, bo finalnie dostałem piękną opowieść o rodzicielstwie i poczuciu winy, z garścią bardzo mądrych, choć niepopularnych przemyśleń na oba te tematy. Absolutny majstersztyk, żałuję że nie spróbowałem wcześniej.
Lady Kristina: Wakacyjne kino superbohaterskie zdecydowanie nie zawiodło w tym roku. Zarówno nowy Superman, jak i Fantastyczna Czwórka to bardzo sympatyczne filmy, które oglądałam z przyjemnością, chociaż muszę przyznać, że Superman podobał mi się odrobinę bardziej. Bardzo podobała mi się ta interpretacji postaci Supermana, jako kogoś, kto mimo że nie pochodzi z Ziemi, to i tak jest bardziej ludzki od wielu jej mieszkańców. Dodatkowo sam film, będący zapowiedzią nowej odsłony uniwersum DC, napawa nadzieją na pewną poprawę w produkcjach o superbohaterach (nadciągające filmy MCU nie aż tak bardzo). Oczywiście nie można tu też nie wspomnieć, że Krypto był bardzo dobrym pieskiem 🙂
Bardzo przypadło mi do gustu Bookish, serial kryminalny autorstwa Marka Gatissa (który gra tam też główną rolę). Jako że jego akcja dzieje się pod koniec lat 40. ubiegłego wieku, ogląda się to trochę jak stare klasyczne kryminały, przy czym tutaj jest to uzupełnione wątkami, które w produkcjach z tamtych czasów nie miały szansy się pojawić (jak na przykład istotne dla fabuły homoseksualność i lawendowe małżeństwo głównego bohatera). Jako że każda ze spraw zajmuje dwa prawie godzinne odcinki, całość fabuły ma czas na to, aby odpowiednio się rozwinąć. No i drugi sezon jest już kręcony, więc na pewno do tego serialu wrócę.
Pod koniec wakacji wciągnęłam się za to w Lekcje chemii. Serial opowiada przede wszystkim o młodej chemiczce, która w programie telewizyjnym o gotowaniu inspiruje kobiety, aby chciałyby być kimś więcej, niż tylko kurami domowymi (co nie jest łatwe w Stanach w latach 50. XX wieku), ale dzieje się tam o wiele, wiele więcej. Spotykamy problemy kobiet w sferach całkowicie zdominowanym przez białych mężczyzn, walkę z rasizmem, przeróżne problemy rodzinne, ale też mnóstwo chemii ze strony naukowej oraz tej dostępnej pod ręką w domu, a także porcję chemii między dwiema osobami. I nie tylko reagują tu odczynniki chemiczne czy składniki w kuchni, ale mamy też okazję podziwiać, jak (czasami nawiązane przez zupełny przypadek) relacje między ludźmi mogą mieć ogromny wpływ na nich i ich otoczenie. I na koniec muszę tylko dodać, że kocham Brie Larson, która tutaj też nie uśmiecha się tylko dlatego, że ktoś tego od niej oczekuje.
ZASKOCZENIA
Magdalena: Pewnego wieczoru potrzebowałam czegoś, co będzie śliczne i niewymagające myślenia, i włączyłam sobie drugą część Diuny Villeneuve’a. Pierwsza była w porządku, ale nie miałam wielkiej ochoty oglądać ciągu dalszego, choć w mojej głowie kiełkuje zaciekawienie, co też będzie w trzeciej… No więc włączyłam i wpadłam – dokładnie tego mi było trzeba. Nie pamiętam za dobrze książkowego pierwowzoru, ale wydaje mi się, że Villeneuve mocno podkreślił bojówkowość i partyzanckość Fremenów, co bardzo mi się podobało, a Timothy pięknie powiewa, więc naprawdę nie mam się do czego przyczepić. A, i te sekwencje z Harkonnenami są tak dobrze zrobione! Piękne kino.
Ewa: El eternauta, argentyńsko-amerykańska adaptacja komiksu z 1957 rok, wziął mnie z zaskoczenia i nie wypuścił przez całe sześć odcinków. Zaczyna się od opadów toksycznego śniegu, który wybija większość populacji człowieka, kończy inwazją z kosmosu, którą bliżej pooglądamy sobie w drugim i zarazem ostatnim sezonie. To skupione na człowieku, i to bynajmniej nie superbohaterskim, a przynajmniej nie z postury, niespieszne, a zarazem trzymające w napięciu kino, ładnie balansujące między pokazywaniem postaw wobec katastrofy i popychaniem akcji do przodu. Naprawdę dobre.
Jego Cesarska Wysokość: Po raz kolejny zaskoczyło mnie, jak trudną sztuką okazuje się oglądanie serialu ze zrozumieniem, czego najnowszym przykładem jest Obcy: Ziemia wraz z jego internetowymi krytykami. Który to Obcy z kolei jest zaskakująco dobrym serialem sf i póki co najbardziej zjadliwą krytyką korporacjonizmu, z jaką miałem do czynienia. Warto dla kilku świetnych kreacji aktorskich i co najmniej dwóch konceptów, które – mam nadzieję – doczekają się należytego rozwinięcia.
ROZCZAROWANIA
Ewa: Mam świadomość, że seria o Obcych to nie jest szczególnie wysublimowane kino, które im dalej odchodziło od pierwszej części, tym mniej miało sensu – wołająca do mamusi hybryda Obcego i człowieka z czwartej części dotąd śni mi się po nocach. Na dodatek gdy starało się być czymś więcej niż horrorem, to stawało się masakrycznie nudne – jak Prometeusz i Przymierze. W zasadzie nie wiem więc, czemu aż tak źle mi się ogląda Obcego: Ziemię. Ma z tym pewnie coś wspólnego postać genialnego dzieciaka – to jeden z tropów, których serdecznie nie cierpię – czy w ogóle uczynienie centralnymi postaciami dzieci w ciałach dorosłych (choć grają całkiem fajnie), ze słyszącą Obcych i mówiącą do nich Wendy na czele. Może też chodzić o to, że serial zdaje się nie wiedzieć, dla kogo jest – zbyt straszny dla dzieci, zbyt absurdalny dla dorosłych. Lub też próbuje udawać coś, czym nie jest, dokładając pseudofilozoficzne rozkminy i dylematy tam, gdzie ich zupełnie nie ma. Pewnie obejrzę do końca, z nadzieją, że coś w nim znajdę, niemniej coraz bliżej jestem tych, którzy twierdzą, że seria o Obcych to seria o Ripley i bez niej to po prostu zupełnie nie ma sensu.
Jego Cesarska Wysokość: W bólach i z twarzą wykrzywioną obrzydzeniem skończyłem wreszcie Rebuild of Evangelion i naprawdę jestem pod wrażeniem tego, że z tej konkretnej serii dało się zrobić coś jeszcze bardziej napompowanego bzdurną metaforyką niż oryginał. Serial sprzed 30 lat dla równowagi miał przynajmniej dobrze poprowadzoną fabułę i mimo wszystko coś do powiedzenia o świecie i człowieku, zaś nowe filmy, począwszy od części drugiej, z obu tych rzeczy wprost rezygnują (no dobrze, wątek Ayanami w czwórce jest spoko, ale to jest 20 minut). Gdybym nie znał starego anime i mangi, prawdopodobnie gdzieś od połowy w ogóle bym nie wiedział co się tam dzieje. A sekwencje „w następnym odcinku” kończące się zapewnieniem, że w kolejnym filmie będzie jeszcze więcej fanserwisu (czyli seksualizowanych nastolatek)… no nie. Nie oglądać. Można sobie ewentualnie zgrać OST na telefon, bo fajnie się przy nim patrzy przez okno w podróży.
Ginny N.: Star Trek: Strange New Worlds wróciło z trzecim sezonem i cóż, to nie tak, że szura po dnie, ale moje blorbos zrobiły się strasznie zachowawcze, a miejscami nudne. O ile odcinek 5 jest świetny i bardzo mocny, a odcinek 6 zostanie z nami na długo, o tyle całościowo zostaję z rozczarowaniem i kolejnych dwóch sezonów wypatruję ze sporą dawką ostrożności.
WARTO WSPOMNIEĆ
Magdalena: Pracowo miałam przyjemność redagować nowe wydanie Zakonu Mimów Samanthy Shannon. To drugi tom dystopijnej serii, którą autorka zaczęła pisać, gdy była jeszcze bardzo młoda, i teraz, z większym literackim doświadczeniem, wypuszcza poprawione pierwsze tomy. I wiecie co? Wychodzi to ŚWIETNIE. To niesamowite, jak poprzez drobne zmiany – nie ingeruje za bardzo w fabułę – całkowicie zmienia tę historię, dodaje jej głębi, tworzy o wiele ciekawszych, bardziej skomplikowanych bohaterów. Całość jest dojrzalsza, bardziej spójna emocjonalnie, ujmująca. Bardzo polecam.
Jego Cesarska Wysokość: Nakładem wydawnictwa Karakter ukazał się poprawiony przekład Czwartej epoki Kobo Abe. Niewiarygodne jak powieść sf napisana w latach 50. XX wieku potrafiła nagle zyskać na aktualności po wynalezieniu LLMów. Jest to też póki co najstarszy tekst, w którym natknąłem się na wzmiankę o globalnym ociepleniu spowodowanym przez spalanie paliw kopalnych. Bardzo interesująca lektura.
Ginny N.: The Mighty Nein Origins: Mollymauk Tealeaf to przyjemny komiks. Bardzo ładnie narysowany, zapełnia luki w historii Molly’ego, i ogólnie cieszę się, że go przeczytałem. Nie było tu może wielkich zachwytów i zostaję z poczuciem, że ta opowieść rozwinęłaby się bardziej satysfakcjonująco, gdyby nie była tylko migawkami z życia Molly’ego w cyrku, a dała sobie czas na wybrzmienie w pełni.
Lady Kristina: Podczas wakacyjnego wyjazdu miałam okazję odwiedzić wystawę David Lynch: Up in Flames, gdzie miałam okazję przyjrzeć się bliżej wybranym dziełom Lyncha – zarówno tym rysowanym/malowanym/fotografowanym, jak i kilku filmom krótkometrażowym w jego reżyserii, które w ramach wystawy są odtwarzane na okrągło. Całość była momentami dość niepokojąca, a przede wszystkim zmuszała do refleksji, nie tylko odnośnie samej twórczości Lyncha.
Zupełnie inne odczucia miałam oglądając Czwartkowy Klub Zbrodni. Film opowiada o grupie emerytów, zajmujących się w wolnym czasie rozwiązywaniem starych historii kryminalnych, która wplątuje się w sprawę morderstwa. Przede wszystkim mamy tam mnóstwo znanych brytyjskich aktorów, a całość oglądało się całkiem sympatycznie (mimo tego, że główną rozwiązywaną sprawą jest morderstwo). No i David Tennant był tam wspaniale okropny 😉
WYDARZYŁO SIĘ NA WHOSOME
Ukazała się nowa powieść Joanny W. Gajzler, którą z przyjemnością objęłyśmy matronatem. Koanai. Ostatnia legenda to pełna koni i magii opowieść rozgrywająca się w świecie inspirowanym Hawajami lat 90. Ma świetną queerową (w tym trans) reprezentację. Wspaniała lektura na początek jesieni. Książkę można zamawiać od wydawnictwa SQN, mamy też na stronie recenzję autorstwa Perły: KLIK. Z kolei Lierre zrecenzowała Głodne duchy Kevina Jareda Hoseina. Lato nie obyło się bez redakcyjnych dyskusji. Napisa_śmy wspólnie o serialu Pamiętniki Mordbota (KLIK) oraz o filmie K-Pop Demon Hunters (KLIK). Udało nam się także dotrzeć na trzy wspaniałe konwenty, Fantastmagorię (KLIK) Bazyliszek (KLIK) i Dni Fantastyki (relacja wkrótce), a wrześniowy Kapitularz objąć matronatem.
Wydarzyło się w świecie Doctor Who
Doctor Who otrzymało pierwszą w historii nominację do nagrody Emmy. Trafiła ona do choreografa Jacka Murphy’ego w kategorii Outstanding Choreography For Scripted Programming za układ taneczny do piosenki There’s Always a Twist at the End w odcinku The Devil’s Chord. Gratulujemy!
W 2026 roku zadebiutuje kolejna multiplatformowa historia ze świata Doctor Who. W serii Circuit Breaker, na którą składać się będą słuchowiska, komiksy, gry mobilne, opowiadania i nie tylko, będziemy śledzić losy wielu dziwnych przedmiotów, które pojawiać będą się w Czarnym Archiwum UNIT-u, przy czym każde z nich powiązane będzie z innym wcieleniem Doktor_. Aby rozwiązać tę tajemnicę, UNIT nawiąże współpracę z Doktor Zbieginią. Tylko skąd oni o niej wiedzą? I czy to ta Doktor, na którą czekali? Do roli Doktor Zbiegini powróci Jo Martin, natomiast za całokształt serii będzie odpowiadać Esmie Jikiemi-Pearson, autorka science fiction, odpowiedzialna między innymi za nowelizację odcinka The Church on Ruby Road oraz powieść The Moon Cruise z udziałem Piętnastego Doktora i Belindy.
W wieku 84 lat zmarł Christopher H. Bidmead, redaktor scenariuszy 18 sezonu Doctor Who oraz scenarzysta i autor nowelizacji odcinków Logopolis, Castrovalva i Frontios. Poza Doctor Who był też aktorem oraz dziennikarzem, piszącym artykuły do technicznych i naukowych czasopism. Jego dziennikarska twórczość miała istotny wpływ na wkład do serialu – zmniejszył tam ilość elementów fantastycznych i humorystycznych, skupiając się na bardziej naukowym i poważnym podejściu do fabuły.
A jak wam popkulturowo minęło lato? Podzielcie się tym na naszym Facebooku, Bluesky lub w grupie Polifonia Fantastyczna!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






