Maj i czerwiec przyniosły nam sporo popkulturowych zachwytów, ale też kilka rozczarowań. The Vampire Lestat, Gdzie pachną stokrotki, Murderbot a może Sprawiedliwość owiec? Co oglądaliśmy, czytaliśmy i w co graliśmy? Zapraszamy do lektury podsumowania.
ZACHWYT
Kryś: Chociaż rzadko oglądam anime, w zeszłym miesiącu porwało mnie Witch Hat Atelier. Na początku myślałam, że w serialu będziemy oglądać, jak mała dziewczynka o imieniu Coco spełnia swoje wielkie marzenia, ucząc się magii, a cała historia będzie urocza i lekko przesłodzona. Już pierwszy odcinek wyprowadził mnie z błędu. Bo choć życzenie bohaterki o zostaniu wiedźmą faktycznie się spełnia, to jest ono okupione wielką tragedią. Zachwyciło mnie, jak przekonująco i interesująco jest skonstruowany świat będący tłem opowieści. Razem z Coco dowiadujemy się coraz więcej o tamtejszym społeczeństwie, jego nierównościach i kłamstwach, ukrytych pod pozorami sprawiedliwości. Wielkim atutem anime są też wielowymiarowi bohaterowie i wciągająca akcja, a wszystko to jest narysowane i animowane w naprawdę piękny sposób. Ogłoszono już, że powstanie drugi sezon – jest na co czekać!
Borys: Po dłuższym czasie w końcu zacząłem nadrabiać growe zaległości i zabrałem się za Ghost of Yotei. Mam już około czterdziestu godzin w tej grze i mogę śmiało powiedzieć, że jestem zachwycony. Walka jest niesamowicie przyjemna i angażująca. Udało się w fajny sposób rozbudować gameplay w porównaniu do Ghost of Tsushima, dodać nowe techniki i broń, przez co gra nie jest ani trochę monotonna. Początkowo nie byłem zbyt przekonany do fabuły, bo zapowiadała się jak generyczna historia o zemście, ale poszła w naprawdę ciekawym, rozbudowanym kierunku i teraz jestem tak samo zaangażowany w poznawanie losów Atsu, jak w niszczenie kolejnych przeciwników różnymi typami broni i stylami walki.
Poszedłem do kina na dwie najgłośniejsze premiery horrorowe w ostatnim czasie, czyli Obsesję i Backrooms. Oba filmy bardzo mi się podobały i to z powodu różnych rzeczy. Obsesja ma genialną Inde Navarrette, która całkowicie kradnie ten film. Znałem ją wcześniej z serialu Superman&Lois, ale dopiero po filmie zorientowałem się, że to była ona. W tamtym serialu nie miała wiele pola do popisu, natomiast tutaj naprawdę pokazała jak ogromnym talentem dysponuje. Sam film zaimponował mi tym, jak silne emocje potrafił wywołać i jak wiele pola do dyskusji w internecie stworzył. Podczas gdy Obsesja straszy tym, do czego rzeczywiście dochodzi na ekranie, Backrooms operuje na budowaniu napięcia i niepewności. W kinie siedziałem jak na szpilkach i ciągle zastanawiałem się, co się za chwilę wydarzy. Dużą rolę odegrała tutaj świetna praca kamery oraz sekwencje typu found footage, które dodały filmowi klimatu.

Lady Kristina: Zachęcona kolejną z redakcyjnych polecajek sięgnęłam po Gdzie pachną stokrotki, przeuroczy serial, którego główny bohater, cukiernik z mocą ożywiania martwych, rozwiązuje zagadki kryminalne. Całość brzmi nieco absurdalnie, ale jest równie słodka co podawane tam ciasta, a kolorystyka (serial jest bardzo kolorowy) dodaje bajkowego nastroju. Odrobinę szkoda, że zakończenie urwało opowieść zbyt nagle, bo bardzo chętnie sięgnęłabym po dokładkę.
Spider-Noir, zgodnie z tytułem, opowiada o losach Spider-Mana (tutaj znanego po prostu jako The Spider) w wersji noir. Trafiamy więc do Nowego Jorku w latach 30., gdzie prywatny detektyw Ben Reilly musi po latach przerwy ponownie założyć na twarz maskę superbohatera. Serial jest dostępny w dwóch wersjach kolorystycznych, ale zgodnie z konwencją sięgnęłam oczywiście po czarno-białą, co jeszcze bardziej podkreśliło jego klimat. Całość broni się zarówno jako produkcja superbohaterska, jak i kino noir, a Nicholas Cage w głównej roli dodaje całości dodatkową nutkę dziwności.
Mam ogromną słabość do serialu Rywale, którego drugi sezon miał w maju premierę (na razie ukazało się pierwsze sześć odcinków, na kolejne sześć trzeba poczekać do listopada) i z tej okazji dodatkowo przypomniałam sobie również pierwszy sezon. Śledzimy tu rywalizację właściciela lokalnej telewizji z politykiem i byłym sportowcem, która wciąga w to całe swoje otoczenie, a także staje się istotnym elementem walki o koncesję telewizyjną w regionie. Poza tym mamy tu mnóstwo zdrad i romansów, przez co całość śledzi się nieco jak telenowelę, ale mnie to wciągnęło. Akcja dzieje się w Anglii w latach 80. i to naprawdę wyraźnie widać, bo jest to podkreślone przez naprawdę intensywne kolory i ogromną kolekcję muzycznych klasyków z epoki, które regularnie się tu przewijają. Oczywiście są tu też rzeczy, które w tamtych czasach były bardziej akceptowalne niż teraz (odrobinę kłująca jest różnica wieku w jednym ze związków), co nie zmienia faktu, że się przy tym fantastycznie bawię i czekam na dalszy ciąg.
Zupełnie inną paletę odczuć pozostawił seans Tip Toe, najnowszego serialu Russella T Daviesa. Po ponurej wizji przyszłości w Years and Years i poruszającym spojrzeniu w przeszłość w It’s a Sin teraz otrzymaliśmy obraz przerażającej rzeczywistości, która niestety pod pewnymi względami staje się coraz bardziej realna. Śledzimy tu losy dwójki sąsiadów: geja i właściciela queerowego klubu nocnego oraz ojca „normalnej” rodziny, pracującego jako elektryk, których życia stykają się wskutek pewnego zdarzenia, co będzie miało ogromny wpływ na przyszłość ich samych i ich otoczenia. Nie spojlerując zbyt wiele, muszę jednak uprzedzić, że serial ogląda się trudno, zwłaszcza że już od samego początku wiemy, jak całość się skończy (a skończy się źle). Dodatkowo, jako że główną osią serialu jest starcie osób queerowych ze społeczeństwem i panującymi w nim uprzedzeniami, mamy tu sporą dawkę transfobii i homofobii (Polacy też nie są przedstawieni tu dobrze).
Magdalena: Udało mi się przez te dwa miesiące obejrzeć dwa seriale – to jak na ostatnie czasy niebywały sukces. A do tego oba mi się podobały! Zaliczyłam wreszcie Murderbota. Może nie dostałam na jego punkcie napadu fanostwa, ale oglądało mi się bardzo przyjemnie. Wszyscy bohaterowie są świetnie zagrani, niesamowicie chaotyczni i barwni, a sam Mordbot, choć wolałabym je bardziej androgyniczne, bardzo realne i budzące ogromną sympatię. Naprawdę dobry serial. Napadu fanostwa dostałam natomiast na tle Silosa – obejrzałam dwie serie w sam raz na premierę trzeciej. Nie ma w tym serialu rzeczy, która by mi się nie podobała. Zaskakiwał mnie na każdym kroku. Niesamowicie wciągnął, trzymał w napięciu i zakochał w bohaterach. No po prostu wspaniała rzecz. Więcej o swoich zachwytach napisałam tu: KLIK.

Ginny N.: Game Changer wrócił z ósmym sezonem. Na razie wyszły cztery odcinki – wszystkie ciekawe, choć mnie najbardziej podobały się dwa pierwsze (w tym ruletkowy Game Samer). Ale też po mocnym, odjechanym starcie dobrze było dostać dwie trochę spokojniejsze a wciąż smaczne gry. Pozostaje mi czekać na kolejne odcinki, a jeśli wy chcecie się przekonać, czy może to coś dla was to podpowiem, że kilka odcinków z pierwszych sezonów jest dostępnych na YouTube kanału Dropout.
Dłuższą chwilę po wszystkich innych obejrzałem Project Hail Mary i powiem tyle, że spodobał mi się ten film bardzo mocno. Szczególnie cała relacja Rocky’ego i Grace’a robiących razem naukę. Ich przyjaźń do mnie przemawia. Choć lingwistyczna część jest potraktowana dość po macoszemu (Eridianie naprawdę nie musieli mieć pojęcia czasu) i zgadzam się też z tym co m.in. o konserwatywności filmu pisze Magdalena w recenzji PHM: KLIK. Więc ostatecznie mam takie podwójne spojrzenie na Project Hail Mary, nawet jeśli wrzucam go do kategorii zachwytów.
Wróciłem w końcu do serialowej adaptacji Murderbota i tym razem obejrzałem od początku do końca. Dołączam do zachwytów i chcę i mam nadzieję na więcej. I muszę w końcu przeczytać książki.
Kolejny serialowy zachwyt to The Vampire Lestat, czyli przemianowany trzeci sezon Interview With the Vampire. Choć tu wciąż jeszcze czekamy na ostatnie trzy odcinki. Ale, choć do prozy Anne Rice w ogóle mnie nie ciągnie, tak ten serial pochłaniam z ogromną przyjemnością. Jest świetnie napisany, nakręcony, zagrany, pogmatwany w tym, jak różnie pokazuje kolejne wampirze perspektywy i właściwie bardzo (kampowo) ludzki w tym, jakie te nasze wampiry są.
Czytałem książki, ale w dużej mierze były to książki non-fiction. Na pierwszy ogień poszło Never Say You Can’t Survive od Charlie Jane Anders. To zbiór esejów o pisaniu fantastyki w ciężkich pandemicznych czasach. Te ostatnie, mam poczucie, najmocniej wybrzmiewają we wstępie, niemniej i tak jest to świetny zbiorek. Czytając go, miałem sporo swoich własnych przemyśleń, także w moim egzemplarzu znalazło się dużo dopisków ołówkiem – prowadzących innymi ścieżkami. Ale też sporą część książki pozaznaczałem – bo jest w niej mnóstwo dobra.
Lekturą smakowitą, nawet jeśli nie całkiem przyjemną, była Pogoda dla rewolucjonistów Przemysława Wielgosza. To historia katastrof klimatycznych (od XV wieku i małej epoki lodowcowej po dzień dzisiejszy), powstawania kapitalizmu i rewolucji – z których jedne kończyły się sukcesem, inne nie. Reportaż nadaje im kontekstu i głębi, pogłębiając także moją nienawiść do kapitalizmu. Jeśli i wy chcecie go znienawidzić bardziej niż do tej pory, koniecznie sięgnijcie po Pogodę dla rewolucjonistów.
W duchu pozornie lżejszym trafiła mi się lektura This Is What You Get – albumu* z obrazami i szkicami Thoma Yorke’a i Stnaleya Donwooda, a skompilowanego przez Lenę Fritsch. Prace towarzyszące muzyce Radiohead, solowym albumom Yorke’a i w ostatnich latach The Smile, powstające równolegle do niej, są równie zaangażowane co ona. Album daje wgląd we współpracę artystów poprzez podzielony na części odpowiadające kolejnym płytom wywiad przeprowadzony przez Fritsch. Dodatkową warstwę dodaje kilka esejów rozrzuconych po albumie – z tych jeden (o współpracach różnych zespołów z twórc_mi okładek ich albumów) w sporej części mnie wymęczył (zanim nie przeszedł do części bardziej eseistycznej), pozostałe jednak dały interesującą perspektywę na zetknięcie świata Radiohead/muzyki i sztuki.
* This Is What You Get powstał jako wydawnictwo towarzyszące wystawie obrazów Donwooda i Yorke’a w Ashmolean Museum.
Pozostając niejako w tematyce klimatycznej, powtórzyłem także Czas pogardy. A choć akurat w dniu omawiania nie mogłem wdzwonić się na dyskusję, to wciąż cieszę się z tego powrotu do Wiedźmina.
Ewa: Na fali przygotowań do Bazyliszka zanabyłam sobie w dniu premiery Pod gwiazdami Mary Robinette Kowal i jest to być może nawet doskonalsza rzecz niż Rachunek gwiazd, pierwszy tom cyklu. W końcu jesteśmy w kosmosie, a konkretnie w drodze na Marsa, jest technobełkot, jest dużo o tym, jak coś działa, a szczególnie co się dzieje, gdy nie działa. A przede wszystkim nadal jest to feministyczna i antyrasistowska fantastyka socjologiczna, świetnie pokazująca, jak rozwój etyczny nie nadąża za technologicznym. Wspaniała, wkurzająca lektura.
ZASKOCZENIA
Borys: Poszedłem do kina na Sprawiedliwość owiec, ponieważ spodobał mi się zwiastun, który zobaczyłem w kinie przed Project Hail Mary, i stwierdziłem, że brakuje mi w życiu gadających zwierząt. Spodziewałem się prostej i luźnej historii o owcach-detektywach, a dostałem niesamowicie angażującą historię ze świetnym scenariuszem, którego autorem jest Craig Mazin, twórca chociażby serialowego Czarnobyla. Pod osłoną absurdalności wynikającej z fabuły o owcach, które rozwiązują sprawę morderstwa, udało się stworzyć film, który w bardzo dojrzały sposób porusza takie tematy jak zrozumienie konceptu śmierci, pogodzenia się ze stratą oraz wykluczenie społeczne z powodu inności. Pomimo że sama zagadka nie była trudna do rozwiązania dla widza, to i tak uważam, że scenariusz jest fantastycznie skonstruowany. Film ustanawia zasady, których konsekwentnie się trzyma, wszystkie postacie mają swoje miejsce w tej historii, a poszczególne wątki wiedzą, co chcą przekazać, i jest im poświęcone odpowiednio dużo czasu.
Ewa: Maj i czerwiec przyniosły mi finał piątego sezonu For All Mankind oraz pierwszy sezon jego spin-offu Star City. W przeciwieństwie do wielu recenzujących osób nie jestem ani rozczarowana tym pierwszym, ani zachwycona tym drugim, oba więc lądują w kategorii zaskoczenie, takie trochę na plus, trochę na minus. Plus – bo oba naprawdę potrafią trzymać w napięciu i mają doskonałe momenty. Są też, szczególnie Star City, mocno ponure i wyjątkowo skąpią nam momentów, w których ludzie podejmują dobre decyzje. Minus – bo z całą sympatią do początków tego uniwersum może jest ono teraz nadal bliższe science fiction niż Star Trek (który kocham miłością wielką), nadal jednak wymaga potężnego zawieszania niewiary, by nie krzyczeć co chwilę: to tak nie działa! Mimo wszystko polecam, szczególnie jeśli zachęci to kogoś do sprawdzenia, jak działa i na czyich historiach wzorowali się twórcy.
ROZCZAROWANIE
Ginny N.: Czwarty sezon The Legend of Vox Machina pojawił się zupełnie znienacka i równie szybko przeleciał pozostawiając po sobie niewiele. Kolejne wątki są poprowadzone bardzo szybko, wręcz po łebkach. I nawet jeśli wierzę w drogę Pike, to jednak trochę nie do końca – choćby wtedy gdy wytyka VM, że przez ten rok nic nie robili, gdy zwyczajne osoby cierpiały konsekwencje smoczych ataków z poprzednich sezonów. A przecież ona sama przez ten rok też nic nie zrobiła. Nie pomagała odbudowywać miast i wiosek, nie szukała leku na smoczy oddech (śmiercionośną chorobę płuc). Ba, nawet przez ten rok nie miała pojęcia, że taka choroba istnieje, mimo że ta jest powszechna w miejscach, które zaatakowały smoki. Nie kupujemy też jej pretensji, że „Scanlan mnie porzucił!”, skoro, na ile pamiętamy, sama zachęcała go, żeby dał czas swojej relacji z córką. No i to, że VM nikomu nie mówią o tym co odkrywają o Vecnie, a kiedy już w końcu proszą o pomoc swoich przyjaciół, ci odmawiają i wręcz próbują ich powstrzymać… I w ogóle nie proponują żadnych działań, żeby pokonać gościa, który chce zostać bogiem i jest ewidentnym złolem??? Dlaczego?
Ogółem, choć oglądało nam się nawet przyjemnie, to jednak jest to sezon bez ładu i składu. A bardzo szkoda, bo gdyby go lepiej poprowadzić, to mógłby mocniej podbudować ostatni sezon i to, w jaki sposób ostatecznie VM zwycięży w walce z Vecną. A tak mamy VM sprowadzonych do o wiele za słabej pozycji, ich przyjaciół, którzy nic przez ten sezon nie zrobili i Vecnę, który wystrychnął ich na dudka. I ja nie widzę, jak to się da posklejać w spójne domknięcie tej historii.
WARTO WSPOMNIEĆ
Ewa: Trzeci sezon House of the Dragon wystartował i tym razem nawet nie zamierzałam udawać przed sobą, że nie planuję tego oglądać, tylko kilka dni po premierze odpaliłam pierwszy odcinek. To jest serial, którego nie oglądam dla historii, bo wiem, że skończy się źle, a dla wspaniałych bohaterek. I choć #teamczarni forever, to bez Alicent i Healeny, która ma dość tego całego królowania i pragnie hodować kurczaki byłby jednak trudny do zniesienia.
WYDARZYŁO SIĘ NA WHOSOME
Borys i Ewa dzielili się wrażeniami z kolejnych odcinkiów Daredevil: Born Again, Kajman zrecenzował Mouse: P.I. for Hire, a Patryk Resident Evil 9: Requiem. Magdalena zachwyciła się serialem Silo, a niemal pół redakcji szykowało się na Bazyliszka – lub szykowało Bazyliszka. Nasza relacja już wkrótce!
Wydarzyło się w świecie Doctor Who
This is the eeeeeend, przynajmniej na razie. BBC ogłosiło, że tegoroczny świąteczny odcinek Doctor Who jednak nie powstanie, Russell T Davies nie jest już showrunnerem, Bad Wolf nie zajmuje się już produkcją, a na produkcję kolejnych odcinków zostanie otwarty przetarg. Szczegóły, wraz z oficjalnymi komunikatami BBC i Daviesa zebrała Magdalena (KLIK), natomiast Clever Boy podsumował, jakie przeszkody mogą mieć przyszli twórcy (KLIK).
W czerwcu wystartowało Circut Breaker – multiplatforma historia o Doktor Zbiegini, która nieoczekiwanie nawiązuje współpracę z UNIT-em, w celu ratowania wszechświata przed zagładą. Na tę historię składać się będą między innymi słuchowiska, powieści, komiksy oraz gry.
A jak wam popkulturowo minęły ostatnie miesiące? Podzielcie się tym na naszym Facebooku, Bluesky lub w grupie Polifonia Fantastyczna!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






