Szósty i siódmy odcinek drugiego sezonu Daredevil: Born Again przyniosły długo wyczekany powrót Jessiki Jones i sporo zmian w losach postaci. Czy czuć, że finał naprawdę tuż-tuż? I tak, i nie. Przeczytajcie wrażenia Borysa i Ewy.
Borys: Po bardzo intensywnych wydarzeniach kolejne odcinki Daredevil: Born Again nieco zwolniły tempa. Dziwi to z uwagi, że przed nami już tylko finał. Mamy jednak powroty kolejnych postaci i kilka zwrotów akcji, o których warto porozmawiać.
Jednym z ważniejszych wydawałoby się wydarzeń jest powrót Krysten Ritter jako Jessiki Jones. „Wydawałoby się”, ponieważ nie odczułem, że serial przykuwa do niego znaczącą uwagę. Tak, super było zobaczyć ponownie i aktorkę, i postać. Scena akcji w magazynie była świetna z uwagi na kontrast pomiędzy Daredevilem, który opiera się na akrobatyce, sztukach walki i swojej billy club, a Jessicą, która bardzo sprawnie korzysta ze swojej supersiły. Ale jednocześnie Jessica nie ma znaczącej roli w tych odcinkach, jest słabo wykorzystana i prawie nic nie wnosi do fabuły. Miałem wrażenie, że służy głównie jako zapowiedź powrotu pełnego składu Defenders w trzecim sezonie. Mocno kontrastuje to z tym, jak celebrowany był powrót Krysten Ritter w materiałach promocyjnych. Wspominana była już w pierwszym odcinku i uważam, że powinna była być obecna od początku, tym bardziej że Cherry był niedysponowany. Przy pożegnaniu z Mattem obawiałem się nawet, to będzie tyle, jeśli chodzi o jej obecność w tym sezonie, ale na szczęście później wraca. Dodatkowo bardzo nie podoba mi się motyw, że moce Jessiki szwankują. Myślę, że jest to zupełnie niepotrzebne i stanowi tani sposób na podbicie stawki. Chciałbym, żeby jej serial też otrzymał revival lub przynajmniej special presentation tak jak Punisher. Szczególnie że swego czasu Jessica Jones była najpopularniejszym z marvelowych seriali Netflixa, a aktorka kocha tę rolę i jest w niej świetna. Warto to wykorzystać.
Kingpin po stracie Vanessy pogrąża się w żałobie. Ładnym zabiegiem było to, że w odcinku szóstym nie mówi ani jednego słowa aż do spotkania z Daredevilem. Podobała mi się ich konfrontacja. Była to dobrze zrealizowana walka, a do tego świadectwo relacji i historii obu postaci. Starcie to dało mi nadzieję na solidny finał. Istotnym elementem tej walki były refleksje Matta i Fiska, obaj są świadomi, że już to robili. Daredevil nie pierwszy raz pokonał Kingpina i wiedzą, że pierwszy nie zabije drugiego. Jest to kolejny sezon, w którym złoczyńcą jest Kingpin, i ich pojedynki dostaliśmy już kilkukrotnie. Gdyby potoczyło się to znowu tym torem, byłoby już odgrzewaniem kotletów. Autentycznie nie wiem, co wydarzy się między nimi w finale. Przecieki z planu trzeciego sezonu mówią dużo, ale droga do tego wciąż pozostaje tajemnicą.
Jednym z lepszych wątków jest historia Bucka i Daniela. Dobrze przedstawiono ich relację. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście Buck zabije Daniela i jestem zawiedziony, że tak się stało. Jest to spójne z tym, jak prowadzona była postać Bucka, ale jednocześnie Daniel był jednym z najciekawszych bohaterów w serialu. Myślę, że miał jeszcze sporo do zaoferowania, zwłaszcza że dużo mówiło się o jego potencjale oraz relacji z Fiskiem. W sieci było wiele teorii na temat tego, że mógł być synem Lelanda Owsleya albo nawet Kingpina. Podobnie jak z Foggym, myślę że straciliśmy tutaj sporo potencjalnie dobrych historii. Słabością tego wątku jest też postać BB, która zachowuje się całkowicie nieostrożnie i od razu wpada w pułapkę Daniela i Bucka, i tylko dzięki litości tego pierwszego jeszcze żyje.
W końcu więcej miejsca dostała Karen i mam dość mieszane uczucia co do jej wątku. Mam wrażenie, że twórcom zabrakło pomysłu na to, jak rozwinąć jej postać, ale miło było ponownie zobaczyć Bretta i przynajmniej Deborah Ann Woll dostała dobrą scenę do zagrania. Jej konfrontacja z Heather była bardzo fajna, podobało mi się, jak stopniowo postacie zamieniały się rolami. Choć początkowo to Heather była w pozycji siły, to Karen coraz bardziej przejmowała kontrolę. To, co jednak działa na minus, to Heather, która ma marginalną rolę w tym sezonie i praktycznie mogłoby jej tu nie być. Wszystko dąży do tego, aby stała się Muse, ale jej droga po prostu nie działa. Mógłbym to porównać do przemiany Poindextera w Bullseye’a, która miała miejsce w trzecim sezonie. Tam Dex był jednym z głównych bohaterów, stopniowo odkrywaliśmy jego historię, to, jak działa jego psychika i widzieliśmy, jak po kroku zamieniał się w postać, którą jest dziś. Heather ma zaledwie ułamek tego, może nawet mniej, i dlatego jej historia jest mniej satysfakcjonująca.
Spełniło się to, na co miałem nadzieje przy ostatnim omówieniu. Matt wszedł do gry już nie tylko jako superbohater, ale również jako prawnik. Mimo że spodziewane, to podobało mi się jego wejście na salę sądową i to, jak wykorzystuje strategię Fiska przeciwko niemu. Również reakcja Kingpina jest na plus. Chciałbym jednak więcej samej rozprawy. Proces White Tigera był jednym z najjaśniejszych punktów pierwszego sezonu, a w tym wątki prawnicze traktowane są bardziej po macoszemu. Co z kolei bardzo mi się podoba, to modlitwa Matta na koniec epizodu, to dalej jest motyw, który się sprawdza.
Tym razem miałem więcej powodów do narzekania, choć były też elementy, które mi się podobały. Mój ogólny problem jest taki, że mam wrażenie, jakbym był gdzieś w połowie sezonu, a został zaledwie jeden odcinek do końca. Nie czuję, jakby cokolwiek było dostatecznie podbudowane pod finał a jakiekolwiek wątki zmierzały do rozwiązania. Nie mam pojęcia co stanie się finale i na tym etapie zaczynam się go obawiać.

Ewa: Jessica Jones to moja ulubiona bohaterka Marvela. Jestem ogromną fanką wszystkich trzech sezonów jej serialu, tego, jak została w nich poprowadzona jej postać. Swojego czasu poświęciłam jej osobny tekst. Dla niej obejrzałam dość słabych Defendersów. To powiedziawszy, uważam, że Born Again spokojnie obyłoby się bez niej. Ewidentnie drugi sezon nie miał pomysłu na jej postać i Krysten Ritter pojawiła się w nim, bo akurat była w okolicy, i poświęciła mu tyle czasu, ile mogła. W efekcie dostaliśmy zdecydowanie niewystarczające wprowadzenie do tego, co się u niej działo, a są to sprawy sporego kalibru. Jessica ma córkę, Danielle. Jej ojcem jest Luke Cage (co, biorąc pod uwagę moment, w którym go zostawiliśmy już całkiem dawno temu, jest jednak dość zaskakujące, choć zgodne z komiksami). A sama Danielle (tego Born Again też wam nie powie) jest dość niezwykła, co przy takich rodzicach nie powinno dziwić. Świetnie było znowu zobaczyć Krysten Ritter w ikonicznym już stroju, kłopot w tym, że poza spraniem paru(nastu) złoli i rzucaniem sarkastycznych uwag zupełnie nie miała nic do roboty. A przecież Jessica jest detektywką, i to całkiem niezłą, tak że przycięcie jej postaci do ostrego języka i ogromnej siły (z którą ma zresztą problem) jest po prostu zmarnowaniem jej potencjału. Tyle dobrego, że mamy naoczne potwierdzenie, że bohaterka wróciła i nigdzie się nie wybiera, a więc i sporą szansę, że w kolejnych seriach dostanie więcej czasu i wątki, które od początku będą pisane dla niej.
Jak zatem wypadły odcinki szósty i siódmy – bez Jessiki, bo niestety jej obecność w nich była tak mikra, że znacznie lepszym chwytem promocyjnym byłoby nieogłaszanie jej powrotu i zrobienie oglądającym niespodzianki, a już na pewno nierobienie wokół niego wielkiego szumu? Szósty trochę mnie zmęczył swoją przewidywalnością – wiadomo było, że protest skończy się strzelaniem do demonstrujących, Karen będzie chciała zabić Bullseye’a, a Matt jej w tym przeszkodzi, Daniel zdemaskuje BB, a Daredevil po raz kolejny nie zabije Fiska. Zgadzam się, że najciekawszy był wątek Bucka i Daniela, za to zupełnie nie kupuję tego, co się wydarza między Buckiem a Heather. W przypadku tej ostatniej mogę jedynie powtórzyć moje odczucia z wcześniejszych wrażeń – jej przemiana jest mało wiarygodna. Podoba mi się, jak okropna potrafi być, natomiast nie widzę powodu, by taka się stała.
Siódmy to zupełnie inna historia. Mimo że nie był pozbawiony wad, o których wspominam w poprzednich akapitach, w końcu naprawdę dobrze się bawiłam (o ile uznać zabawę za odpowiednie słowo na określenie dość ponurej historii). Scena rozmowy Karen i Heather w więzieniu była doskonała. Bardzo też ucieszył mnie (spodziewany) powrót Matta jako prawnika. Po raz pierwszy w sezonie ucieszyło mnie pojawienie się Bullseye’a – a konkretnie moment, w którym uratował gubernatorkę. I podobnie jak Borys przeżyłam śmierć Daniela. To była ciekawa postać i wielka szkoda, że już nie wróci. Mam poczucie, że mamy idealne wprowadzenie do finału sezonu. Oby był przynajmniej tak dobry.
A wy jak oceniacie powrót Daredevila? Dajcie znać na naszej stronie na Facebooku lub w grupie Polifonia fantastyczna!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






