Wystarczyły dwa odcinki, by Pluribus od Apple TV został okrzyknięty arcydziełem science fiction. Czy słusznie? To się jeszcze okaże, niemniej z pewnością jest to jeden z najciekawszych i najbardziej intrygujących seriali ostatnich lat. Sprawdźcie, co zrobiło na nas największe wrażenie w pierwszych trzech odcinkach i jakie pytania nas nurtują po ich obejrzeniu.
Uwaga na spoilery!
CO ZROBIŁO NA NAS NAJWIĘKSZE WRAŻENIE
1. Pomysł, a w zasadzie jego realizacja
Idea współdzielenia umysłu przez wszystkie istoty z danej, z braku lepszej nazwy, społeczności nie jest niczym szczególnie nowym czy odkrywczym. Mamy to w Star Treku czy w Ekspansji. Muszę jednak przyznać, że Pluribusowi udało się sprawić, że stała się świeża i odkrywcza. Otwierająca drugi odcinek długa sekwencja, w której Korsarka przemierza pół świata, by dotrzeć do Carol, genialnie pokazuje, jak owa wspólnota jaźni działa. To niesamowite, frapujące i upiorne zarazem, gdy wszystkie zaangażowane osoby w każdym momencie bez wahania robią to, co powinny, i nie potrzebują się przy tym w żaden znany nam sposób porozumiewać czy czegokolwiek planować. (ET)
Inwazja, która nie jest inwazją, ale jest poniekąd inwazją? To coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Dzielenie jaźni pokazywane jako siła dobra, która sprawia, że nagle ludzkość troszczy się o siebie nawzajem, stawiając nas, odbiorc_ w ostrym świetle? Jak my byśmy się czuli/ły/łe na miejscu Carol? Czy tak jak ona odrzucalibyśmy to wszystko, czy jednak widzielibyśmy w tym więcej niuansu? (Tomek Cz.)
Gdy widziałam zapowiedzi tego serialu (podrzucane przez Werę M., przekonaną, że to serial o niej. Może faktycznie jest o niej!), spodziewałam się czegoś zupełnie innego, choć nie wiem teraz czego – te odcinki wyparły z mojej głowy wszelką myśl. Podczas oglądania próbowałam ułożyć puzzle, czy ja już to widziałam? Gdzie to już widziałam? O jakich filmach, które wszyscy znają, mowa – to pada chyba ze dwa razy? Mój typ to Inwazja porywaczy ciał, w której chodzi o coś trochę innego, ale widzę punkty styczne. Bawię się myślą, iloma kluczami można spróbować otworzyć ten zamek, próbując zgadnąć, jak to się potoczy dalej. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać. To wspaniałe. (Magdalena S.)
2. Wyjaśnienie, co się wydarzyło
Pluribus zaczyna się dość zagadkowo. Mamy zegar odliczający wstecz, grupę astronomów odkrywających sygnał z kosmosu i rozkodowujących go, przenosimy się do laboratorium, gdzie na skutek nieostrożności naukowczyni dochodzi do wypadku i zaczyna się rozprzestrzeniać tajemniczy wirus, skaczemy na spotkanie autorskie Carol, podczas którego promuje kolejny tom pirackiego romansu, i nagle kończy się świat, jaki znamy – ona i my. Kilkadziesiąt minut później dostajemy proste rozwiązanie zagadki, co i dlaczego stało się z ludzkością, i jest to spójne i przekonujące, a co najważniejsze zupełnie nie odbiera nam frajdy z oglądania i ciekawości, co będzie dalej. (ET)
Granie tajemnicą bywa ciekawe i intrygujące, ale może prowadzić w pułapkę znużenia tym, że nic nie wiemy. Albo, częściej, dawać rozwiązanie, które nijak nie satysfakcjonuje. Pluribus tego unika. Owszem, przez większość pierwszego odcinka nie wiemy, o co chodzi, ale jest to rozegrane właśnie intrygująco i ciekawie, a z drugiej strony, tak jak napisała już Ewa, spójnie i przekonująco. I to, że wiemy, o co chodzi, przesuwa nam od razu środki ciężkości – nie chodzi o rozwikłanie tajemnicy (choć odrobina tajemnicy wciąż pozostaje), a o istnienie w zderzeniu z czymś tak dziwnym, dobrym, niełatwym, nie-utopijnym, trudnym, niemożliwym. Czy poddać się nieuniknionemu, czy jednak nie dać zabrać się po cichu w tę noc, która czeka za progiem. (Tomek Cz.)
Mam obawy, bo gdyby od prologu puścić strzałkę w przyszłość, to dostajemy lekki banał – a może nie banał, ale jednak coś przewidywalnego, jak w Problemie trzech ciał (wiele miałam skojarzeń z tym serialem, głównie estetycznych, są to dobre skojarzenia). Nie wydaje mi się jednak – ufam, mam nadzieję – żeby był to serial o konstrukcji umożliwiającej rozgryzienie historii tak wcześnie. Mam zabawę, zastanawiając się nad tym, jakie wskazówki dostaliśmy, ale bardzo nie chcę tego wymyślić. No bo wiemy, jakie zdarzenia doprowadziły do tego miejsca… wiemy? A może wcale nie? Wiemy, co ludzie zrobili z tajemniczym sygnałem z kosmosu, to nie jest żadne wyjaśnienie zagadki. The truth is out there 😉 (Magdalena S.)

3. Niejednoznaczność moralna
To na tę chwilę najmocniejszy dla mnie punkt serialu. Bo ten nowy świat, szczególnie na początku, wydaje się wspaniały. Nie ma wojen. Nie ma biedy. Nie ma okrucieństwa, również wobec zwierząt. Wszyscy są równi, wszystko jest wspólne, decyzje zapadają jednogłośnie. Nowa ludzkość troszczy się o planetę i wszystkich jej mieszkańców. Jest empatyczna i prawdomówna. Widziałam w sieci jęki, że oborzekomunizm, i sama trochę przy tym jęknęłam, bo jak dla mnie zupełnie nie w tym rzecz. Bo właśnie dzięki temu, że ta rzeczywistość jest bardzo pociągająca i zdaje się nie mieć wad, ten serial jest tak dobry. Tak, w procesie zginął blisko miliard osób, ale nie do końca, bo zdążyli się połączyć z innymi i przetrwali w nich. I tak, utraciliśmy wyjątkowość jednostek, bo żadna nie ma już nic, co czyniłoby ją niezwykłą, ale też nikt tej niezwykłości nie potrzebuje, a dzieła wybitnych osób nadal istnieją i można je podziwiać. Choć oczywiście nie ma tak łatwo i potrzebujemy Carol, by nam to pokazywała. Wszak nikt dobrowolnie w to nie wszedł i nie zgodził się na przyłączenie do innych, to biologiczny imperatyw obcych-nieobcych każe im zagregować absolutnie wszystkich. Nie dla korzyści, co miłe, ale by wszystkie jednostki uratować. Bo oni się troszczą i autentycznie nie chcą, by ktokolwiek cierpiał. I jak tu ich łatwo ocenić? (ET)
Oglądając Pluribus, czuję ulgę. Bo to jest lepszy świat z tą wszechobecną troską, bez wojen, bez głodu – bo mamy dość jedzenia, więc gdy je sensownie rozdystrubujemy, każda osoba będzie mieć go dość, by nie głodować. Chciałbym takiego świata. Czy chciałbym ludzkiego hive mindu, który z tym idzie, śmierci miliarda osób, by mógł powstać? W którym, mam takie poczucie, nie powstaje nowa sztuka – bo i dlaczego miałaby powstawać, gdy wszyscy znamy swoje myśli? Carol tego świata nie chce (choć akurat kwestia sztuki jeszcze się nie pojawiła), Carol chwyta się swojej jednostkowości, jest jej pewna i będzie o nią walczyć, jak tylko może. Nawet jeśli może niewiele. Jest samolubna, straumatyzowana, w żałobie (po Helen i po świecie, który nagle przestał istnieć) – jej reakcje nie dziwią, ale także każą się zastanowić nad kapitalistycznym kultem jednostki, w którym moje dobro i moja wygoda jest najważniejsza, a świat, który powstał, jest czarno-biały, i to nie my jesteśmy w nim tymi złymi. Znamienna jest tu scena w markecie, gdy Carol prosi o zwrócenie jej sklepu, na co my się zgadzają i nagle bardzo jasno widzimy, my i Carol, ten ogrom pracy dla jednej osoby, która nijak nie zużyje całej zawartości sklepu, zanim ta nie zacznie się psuć. Papier toaletowy może sobie stać, ale żywność to tak trochę niekoniecznie. A jednak Carol nie każe im przestać, zabrać tego wszystkiego, w końcu ona jest samodzielna. (Tomek Cz.)
Jest to, pełna zgoda, najciekawsza warstwa Pluribus. Na początku dałam się złapać na opór: no ale jak to, hive mind, a co z indywidualnością, co z tożsamością, co z indywidualną kreatywnością, co z napędzającym rozwój sporem? A potem doszłam do wniosku: doskonale. To ciągłe przełączanie się w głowie myśli „to jest najgorsze” i „to jest najlepsze” jest przewspaniałe, dłuższą chwilę po obejrzeniu po prostu to obserwowałam. Obie strony mają rację. Obie strony nie mają racji. A może w ogóle jest jeszcze jakaś trzecia strona. Nie wiem. Nie da się tego ocenić i bardzo szanuję, że udało się to w ten sposób napisać. A poza tym podoba mi się to, co pisze wyżej Tomek: to o markecie. Moja pierwsza myśl przy tej scenie to było „wow, ale bym chciała mieć taki własny sklep”, po czym zaraz nastąpiła druga: „jak Carol może się zgadzać na taki wyzysk wielu osób dla własnego komfortu?”. Ha, ha. Jak my wszyscy, cały czas.
Na tym etapie wygląda to jak destylat tego, co w ludzkości najlepsze – jakbyśmy tak w gruncie rzeczy byli dobrzy, jakby więcej w nas było chęci nieszkodzenia niż robienia krzywdy – więc właśnie te ważne, dobre rzeczy przeważają i stanowią szkielet nowego, zjednoczonego człowieczeństwa. Przekonaliście mnie. Mam niestety podejrzenie, że coś się w tym musi popsuć. Na razie jednak dobrze się w tym popławić, w tym absolutnym, ogólnoludzkim zakładaniu, że każdy chce dobrze, bardzo tego potrzebujemy. (Magdalena S.)

4. Daliście mi prawdziwy granat?
Trzeci i na tę chwilę dla mnie najlepszy odcinek pogłębia wiedzę o nowej ludzkości i o tym, czym skutkuje kompletne wyzbycie się indywidualizmu. Przebłyski mamy już wcześniej, gdy wybuchy wściekłości Carol skutkują zagładą milionów ludzi (ciał? jednostek?). Pragnienie, by ją uszczęśliwić, sprawia, że spełniają każde jej życzenie. Najpierw jest to w miarę lekkie, gdy w kilkadziesiąt minut przywracają jej supermarket, by mogła zdobywać żywność tak, jak chce. Potem przerażające, gdy po jej sarkastycznej uwadze, że jedyne, czego potrzebuje, to granat, rzeczywiście jej go dostarczają. A naprawdę strasznie robi się, gdy po namyśle stwierdzają, że daliby jej również bombę atomową, jeśli naprawdę jej zapragnie. Pozwolić jednostce zniszczyć świat i wszystko, o co się na nim troszczymy, bo jest nieszczęśliwa? Cóż, chapeau bas za stworzenie naprawdę wybitnego poczucia obcości. (ET)
Lepszy świat lepszym światem, my nie zabijają, ale pozwolą zabijać jednostkom, których jeszcze nie udało im się dołączyć do hive mindu. Dlaczego to działa właśnie tak? Co mieli na myśli obcy, którzy przesłali na Ziemię (i być może także w pozostały kosmos) ten kod genetyczny? Skąd wiedzieli, że na Ziemi jest ludzkość, która ma geny i wie, jak je modyfikować? To nie oni są centrum tej opowieści, niemniej są jej instygatorami, to oni napisali jej pierwsze zdanie.
Ale ta zmiana nie działa w pełni. Przeżyło trzynaście osób odpornych na modyfikację. Dlaczego? My są zdeterminowani, by ten stan rzeczy zmienić, nie pytają o przyczyny, by je zrozumieć, lecz by znaleźć ich rozwiązanie. Carol nie zastanawia się nad tym, że ten zmodyfikowany kod genetyczny musi być także w jej DNA (nie jest biolożką, może w ogóle nie wie, jak działają geny, bo amerykańska szkoła jest dziwna), nawet jeśli zostało rozbrojone. Carol i pozostała dwunastka są przeciwwagą genetyczną, która może odpowiedzieć my na pytania o nich samych, nie tylko w sensie spojrzenia na świat.
Czy Carol jest szczęśliwa? Oczywiście, że nie. Czy my chcą pomóc jej odzyskać szczęście? Oczywiście, że tak. Ale tak bardzo widać, że nie rozumieją, dlaczego to nie działa. Coś im zostało w tym wszystkim odebrane. Empatii mają po kokardkę, ale ani grama ludzkiego zrozumienia, że granat czy bomba atomowa nie uszczęśliwią osoby w podwójnej głębokiej żałobie. Są przecież wśród nich lekarze, powinni być i psychiatrzy i psycholodzy, do których ekspertyzy mogliby się my odwołać. Dlaczego więc tego nie robią, idąc raczej w zaspokajanie każdej, nawet niewypowiedzianej serio zachcianki Carol? Skąd im się takie właśnie podejście wzięło? (Tomek Cz.)
Też nie bardzo łapię tego toku myślenia. Jest raczej jasne, że nie ma sposobu na uszczęśliwienie Carol – z wielu powodów, od świeżej żałoby, przez bunt wobec rzeczywistości, po jej wrodzone cechy charakteru, które bardzo dobitnie zostały nam pokazane. To nie jest osoba, która ma szklankę w połowie pełną, nigdy. Rzeczywiście ciężki przypadek dla kolektywnego uszczęśliwiacza. Jest coś bardzo niewinnego i słodkiego w tym dążeniu do zapewnienia komfortu tej zagubionej, nieskończenie samotnej istotce, ale nie bardzo rozumiem, skąd się wzięło. (Magdalena S.)

5. Wiarygodność psychologiczna
Jestem trochę zła na twórców, że dali nam główną bohaterkę, której na start przydarzają się tak złe rzeczy, ale też muszę przyznać, że dokładnie ten zestaw sprawia, że jej postać działa. Carol ma wybitnego pecha. Jest jedną z zaledwie kilkunastu osób, których z nieznanego powodu nie udało się przyłączyć, ale też jako jedyna z nich traci jedyną bliską sobie osobę. Zostaje kompletnie sama w świecie, którego nie rozumie i nie chce zrozumieć. Jest w żałobie, a nowa ludzkość, przy całej swojej empatii i dobrej woli oraz mimo posiadania ogromnej wiedzy, nie rozumie jej i nie może pomóc. W postaci Carol, jej smutku, wściekłości, szukaniu rozwiązania, sojuszników, czegoś znanego i zrozumiałego, i w końcu w nie do końca jeszcze uświadomionym pragnieniu bliskości, nie ma jednej fałszywej nuty. Znakomicie skonstruowana bohaterka. Aż chce się dać jej szczęście 😉 (ET)
Nie będę się powtarzał za Ewą, ale popieram wszystko co napisała wyżej. I dodam, że to gra właśnie dlatego, że jest wiarygodne psychologicznie. Gdyby była w tym jakaś fałszywa nuta, to całość tej układanki by się zwyczajnie posypała. (Tomek Cz.)
6. Estetyka i rozwiązania fabularne
Dorzucam być może oczywistości, ale Pluribus jest też po prostu pięknie nakręcony: od początkowych scen destrukcji po dalsze sceny harmonii. Mocne obrazy: dramatyczne mycie rąk, rozmowa z telewizorem, sekwencja podróży Zosi, prezydencki samolot, supermarket, opowieść o wypuszczeniu zwierząt z zoo, scena z granatem, rozmowa o bombie atomowej. Równocześnie widzimy naprawdę mało – gdyby nie podróż Zosi, nie zobaczylibyśmy prawie nic z tego nowego świata. Świat Carol jest bardzo mały. Doceniam najzwyczajniej rozwiązania fabularne – to, że reprezentantem nowej ludzkości jest po prostu minister, który przeżył i akurat miał na sobie garnitur; to, że lokalny król hedonizmu zażyczył sobie prezydenckiego samolotu; to, że zgorzkniała, negatywnie nastawiona do świata Carol zrobiła karierę jako autorka erotycznego romantasy; to, że Carol straciła żonę, a nie partnera; wybór na łączniczkę między Carol a ludzkością osoby najbardziej podobnej do postaci na okładce najnowszego tomu… To mogłaby być bardzo długa lista po prostu świetnych pomysłów, z których każdy jest niesamowicie wymowny, a które tworzą spójną całość. (Magdalena S.)
Dodam jeszcze drobiazgi: pracownicę fast foodu pilotującą samolot i kuriera pracującego w szpitalu. To moim zdaniem dość znamienne, że uznawane za prestiżowe profesje tu powierza się osobom wykonującym najmniej poważane zawody. Taki prztyczek w nos klasistów, a zarazem ugruntowanie równościowego charakteru hive mindu. (ET)

JAKIE PYTANIA SIĘ NAM NASUNĘŁY
Po trzecim odcinku mam ogromną ochotę zapytać za Carol, czy jest coś, czego by nie zrobili, by ją uszczęśliwić. Czy mają jakieś granicę, po przekroczeniu której powiedzą po prostu „nie”. Chcę też poznać odpowiedź na pytanie, co się właściwie dzieje, jak jedno z nich jednak pije alkohol. W ogóle szalenie mnie frapuje, jak to właściwie działa, jak wygląda ich życie, co jest źródłem zadowolenia, co odczuwają i czy cokolwiek poza szczęśliwą hehe trzynastką jest dla nich jakimś wyzwaniem. Oraz czy jako hive mind mają jakiś cel na Ziemi poza dowiedzeniem się, co poszło nie tak, i przyłączeniem brakujących osób.
No i oczywiście bardzo jestem ciekawa, w jakim kierunku to wszystko zmierza, bo w to, że Carol uda się w jakiś sposób przywrócić dawny porządek rzeczy, nie chce mi się wierzyć. Trochę się też boję pójścia w banał, szczególnie po tak obiecującym początku, na przykład jakiegoś najazdu z kosmosu, który zostanie powitany jako coś dobrego, czy stopniowego eskalowania działań przez Carol. Mam ogromną nadzieję, że się miło rozczaruję. (ET)
Nie wierzę w to, że będzie tu najazd z kosmosu w sensie dosłownym. Najazd z kosmosu już się wydarzył. Ale też, choć zastanawiam się nad motywacjami kosmitów, nie sądzę, żebyśmy mieli dostać te akurat odpowiedzi. Przynajmniej nie w tym sezonie. Trochę obawiam się zapowiedzianego drugiego, o ile to nie jest ta sytuacja, w której twórc_ mają od początku rozpisaną całą historię na kilka (mało) sezonów. Moje główne pytanie to w jakim kierunku to wszystko zmierza, bo ja sam nie mam pojęcia, a podejrzewam jednak omijanie banalnych rozwiązań (i na takie mam nadzieję). Dokąd ta konwersacja między nami a Carol zaprowadzi? Oby w nadal intrygujących i frapujących kierunkach. (Tomek Cz.)
Najwięcej pytań w tej chwili mam o kwestie tożsamości: jak działa hive mind i do jakiego stopnia została zachowana indywidualność pojedynczych osób, no bo przecież została? Chłopiec dalej jest synem swojej matki, dopóki nie przełamuje tego jakby zupełnie odruchowe, automatyczne odpowiadanie na pytania o medyczne utensylia. Nie jest opętany hive mindem, po prostu do niego sięga, zachowując się totalnie jak przemądrzały dziewięciolatek. Którym jest. Zosia ewidentnie ma preferencje i nie umiem ocenić, czy to w stu procentach Wola Wielu, czy jednak jest to Kolektywna Wiedza jakoś filtrowana przez to, że Zosia dalej jest Zosią – jest częścią hive mindu, ale skoro jest częścią, to też dalej istnieje. Osoby będące w relacjach dalej są w relacjach. Myślę, że to coś, czego musimy się dowiedzieć; jest to pewnie najistotniejsza kwestia. Tu się w pełni zgadzam z pozostałymi niezrzeszonymi: Carol, jak mogłaś ich nie zapytać, jak to jest? Choć nie wiem, czy na jej miejscu ja bym zapytała – trauma i żałoba to nie są stany, w których interesuje nas to, co poza nami.
Poza tym równocześnie chcę i nie chcę się dowiedzieć, o co chodzi z tym sygnałem z kosmosu. Chcę się dowiedzieć, czy szczury też mają hive mind. A inne istoty? Chcę się dowiedzieć, czy ma jakieś znaczenie książka, którą zaczęła pisać Carol – ta poważna, o której rozmawia z Helen. Bo to mogłaby być ostatnia iskra indywidualnej kreatywności na Ziemi. Chcę się też, podobnie jak Ewa, dowiedzieć, jak daleko zajdą w próbach uszczęśliwiania Carol – i czy ona zacznie to wykorzystywać. (Magdalena S.)
A co wam zostało w głowach po pierwszych trzech odcinkach Pluribus? Zapraszamy do dzielenia się w komentarzach na Facebooku oraz w grupie Polifonia fantastyczna.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






