Inwazja kosmitów to jeden z podstawowych motywów w science fiction. Takie fabuły zdają się atakować nas ze wszystkich stron, jednak kiedy się nad tym zastanawiam, trudno mi wymienić takie, które byłyby mi szczególnie bliskie. No, na pewno Problem trzech ciał, stary Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, The Man Who Fell to Earth z Davidem Bowie, opowiadania Bułyczowa o Wielkim Guslarze… Niełatwo mi znaleźć jakieś polskie przykłady, które by mnie przekonały, a przecież fantazja o tym, że ktoś przybywa i robi tu porządek, jest niezwykle kusząca. Dlatego gdy dowiedziałam się, że powieść Marcina Mortki – który kojarzy mi się głównie z żeglarzami, rycerzami, najemnikami i kucharzami – zatytułowana enigmatycznie 20:32 opowiada o inwazji kosmitów na… polską wieś – wiedziałam, że to książka dla mnie.
Zanim jednak przejdę do 20:32, chciałabym wyrazić swoją głęboką frustrację, że tak mało rozmawiamy o twórczości Marcina Mortki. Mnie średnio wypada – niektóre z jego książek przeszły przez moje redaktorskie ręce. I jaką miałam z nich frajdę! Jeśli ktoś obudzi mnie w środku nocy i zapyta o #FajnąPolskąFantastykę, to wymamroczę z rozmarzeniem „Marcin Mortka”, jasna sprawa. Za jaki temat ten człowiek się nie weźmie, a ma niezły rozstrzał, wychodzą mu powieści, w które się odpływa jak w dobrą przygodę, z bohaterami o dopracowanych krajobrazach psychicznych i oparte na świetnym researchu. I po prostu fajne. Czasami potrzebne są książki fajne, po których wraca się do rzeczywistości i jest odrobinę lepiej. Takie właśnie są jego powieści.
20:32 być może trochę się z tego wyłamuje – nie dlatego, że to powieść niefajna, lecz dlatego, że nie było mi lepiej ani w trakcie lektury, ani po niej. Bo ja jestem strasznym tchórzem i naprawdę łatwo mnie przestraszyć – a obraz odmalowany w tej w powieści wzbudził we mnie grozę (zwłaszcza że nastrój podbijały ilustrujące tekst klimatyczne zdjęcia) do tego stopnia, że musiałam tę książkę czytać w dzień, a nie wieczorami, co robię rzadko. (Tak, można się ze mnie śmiać, nic na to nie poradzę, że takie rzeczy od razu zaczynają mi się śnić. Brrr!)
Ale o czym właściwie jest 20:32? O współczesnej Polsce, małych miejscowościach pod Poznaniem i dwójce bohaterów, Irminie i Piotrze, których małżeństwo jest w kryzysie i akurat ten moment wybiera sobie los, żeby wrzucić ich w znacznie większe kłopoty. Oto nagle pociągi się zatrzymują, ustaje też łączność telefoniczna i internetowa. Nie wiadomo, co się dzieje – czy to napad Rosji, czy coś innego. W pierwszym odruchu chciałoby się zaszyć w domu i poczekać, aż sytuacja się wyklaruje, ale pechowo akurat siostra Irminy miała do nich przyjechać. Utknęła w pociągu? Zgubiła się gdzieś po drodze? A może czeka na stacji? Nie można jej tak zostawić.
Fabuły (post)apokaliptyczne siłą rzeczy skupiają się przede wszystkim na sposobach postępowania ludzi w kryzysie, chaosie i zawieszeniu zasad. Nie wiadomo wprawdzie, czy następnego dnia sytuacja nie zostanie opanowana – główna część fabuły obejmuje zaledwie kilka godzin – ale nie ma też przesłanek ku temu, by była na to realna szansa. Co robić? Co ty byś zrobił_? Gromadzić zapasy, rabując wiejski sklepik albo kiosk na dworcu? Zbroić się? Walczyć o paliwo? Zaszyć się w domu czy szukać wsparcia w społeczności? Uznać, że to doskonała okazja, by zmienić swoje położenie, zdobyć to, co zawsze było poza naszym zasięgiem? Możemy mieć jakieś wyobrażenie, co byśmy zrobili na miejscu bohaterów, ale tak naprawdę nie wiemy. Piotr i Irmina też nie wiedzą; on wygląda raczej na kogoś, kto się schowa, choć naoglądał się w życiu filmów postapo i na pewno nieraz się zastanawiał, co by zrobił na miejscu ich bohaterów. (Ta wiedza zresztą rzeczywiście okazuje się użyteczna, można więc podczas lektury 20:32 pokiwać głową: no, zdecydowanie robię teraz coś produktywnego!) Ona wygląda raczej na kogoś, kto zacznie krzyczeć i się domagać, aby rzeczy znów nabrały sensu. A może wcale nie są tacy? Może odkryją, że mają więcej warstw i w sytuacji kryzysu odnajdą w sobie niespodziewane zasoby? Może sami siebie całkowicie zaskoczą? Nie będę tu spoilerować, bo obserwowanie rozwoju postaci to chyba najlepsza rzecz w tej książce. No, jedna z kilku. A to tylko dwójka z nieco większego grona bohaterów; pozostali są dość różnorodni, niektórzy może za bardzo przerysowani (choć na sto procent istnieją takie osoby…), a każde reprezentuje zupełnie inny sposób radzenia sobie z apokalipsą.
Widzimy tego kryzysu tylko niewielki kawałek zarówno terytorialnie (małe miejscowości pod Poznaniem), jak i czasowo (jedna noc). Nie ma łączności; to najbardziej w tym przerażające, a przecież scenariusz, w którym zostajemy odcięci od informacji i doświadczamy kryzysu, nie znając zupełnie jego natury, jest bardzo realistyczny. Generalnie to zawsze tak to wyglądało; to my teraz przywykliśmy do zupełnie niedorzecznego obserwowania minuta za minutą wojny na drugim końcu globu, podczas gdy naturalniejsze byłoby przegapianie wojennego frontu pięćdziesiąt kilometrów od domu. Bohaterowie cierpią więc w mroku dosłownym, bo nie ma prądu, i mroku niewiedzy, bo nie mogą ani zorientować się, co się dzieje i w jakiej skali, ani się dowiedzieć, co się dzieje z ich bliskimi. To czyni fabułę klaustrofobiczną i mrożącą krew w żyłach, bo jakby za bliską, zbyt prawdopodobną.
Trudno się pisze o tej książce, nie spoilerując. Nie mogę wam opowiedzieć o samej inwazji, bo zbyt dobrze się bawiłam, czytając o tym, jak bohaterowie stawiają różne hipotezy. Nie powiem wam o tym, co mnie zachwyciło w bohaterach. Nie opowiem wam, dlaczego jęknęłam głośno, czytając ostatnie strony. No nic wam nie mogę powiedzieć! Zakończę więc może tylko informacją, że to druga książka Marcina Mortki (o której wiem – pierwsza to wspaniała paragrafówka Bal u Yanny), w której ważną rolę odgrywa motyw depresji, autor też pięknie i konkretnie pisze o tym w posłowiu. Nie tworzy jakiejś motywacyjnej ani przerysowanej narracji, nie zagłębia się w odmęty wnętrz bohaterów, by edukować, po prostu przedstawia pewne fakty. Może ktoś się w nich odnajdzie i sobie dzięki temu pomoże. Subtelne i równocześnie bardzo wprost, doceniam to.
Czytajcie Mortkę, najmilsze osoby, i rozmawiajmy o nim więcej!
Marcin Mortka, 20:32, SQN 2025.
Ten tekst jest częścią akcji #FajnaPolskaFantastyka. Zapraszamy do eksplorowania taga na stronie i przyłączania się do akcji w dowolny sposób!

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






