Niedawno nakładem wydawnictwa Mięta ukazało się wznowienie Szamanki od umarlaków Martyny Raduchowskiej. Z tej okazji porozmawiałyśmy z pisarką o jej źródłach inspiracji, planach pisarskich, tworzeniu powieści urban fantasy i science fiction oraz o tym, jak to jest być w Hardej Hordzie. Zapraszamy do lektury!
Wznowienie Szamanki od umarlaków było okazją do rozszerzenia uniwersum trylogii opowiadaniem Maszkarada. Oczywiście czekamy na nowe wydania Demona Luster i Fałszywego Pieśniarza, ale czy masz w planie kolejne nowe przygody Idy i innych bohaterów serii?
A mam! I pomalutku wcielam pewien niecny plan w życie. Cykl o szamance darzę szczególnymi względami między innymi dlatego, że kolejne odsłony wymyślają mi się właściwie same, jakoś tak przy okazji i mimochodem, nie muszę właściwie nic robić, wystarczy, że mam notes pod ręką. Po napisaniu Demona Luster byłam przekonana, że to koniec ostateczny i historia zamknie się w dwóch tomach. Ale potem ni stąd, ni zowąd wpadłam na pomysł Fałszywego Pieśniarza. I znów, stawiając ostatnią kropkę, byłam przekonana, że okej, trylogia i styknie. Aż tu nagle…
I w Maszkaradzie, i w Szamance od umarlaków widać wiele nawiązań do różnych kultur i wierzeń. Co było najpierw: pomysł na motyw i research czy zainteresowanie mitologią? Które mitologiczne obszary są dla ciebie najbardziej intrygujące?
Najpierw był pomysł na bohaterkę i prześladującego ją Pecha. Cała reszta pojawiała się po drodze, z początku bez większego planu. Pewnie między innymi stąd ta plątanina motywów zaczerpniętych z folkloru i mitologii z różnych zakątków świata, choć z pewnością brak planu to nie jedyna przyczyna takiego bałaganu. Jako dziecko chaosu uwielbiam mieszać, urozmaicać i znajdować połączenia tam, gdzie z pozoru nie powinno ich być. I łatwo się nudzę, więc trzymanie się jednego systemu wierzeń prędko zdusiłoby mój zapał do pisania. Na szczęście, teraz mogę już z czystym sumieniem zapewnić, że w tym szaleństwie jest metoda i prędzej czy później zdradzę ją w kolejnej odsłonie przygód Idy.
Mitologię słowiańską darzę uczuciem tym głębszym, im częściej się nią inspiruję. Od dawna pociąga mnie celtycka oraz nordycka, natomiast wierzenia Inuitów, na które natknęłam się zupełnym przypadkiem, totalnie mnie zaskoczyły i oczarowały, czego pierwszym i z pewnością nie ostatnim owocem jest opowiadanie Kikituk w antologii Harde bestie. O ile motyw bogów przeważnie mnie nudzi, o tyle ludzie obdarzeni boską iskrą i uwikłani w boskie plany fascynują mnie bez względu na to, o jakiej mitologii mówimy.
Na Whosome uwielbiamy śledzić różnego rodzaju treści i odniesienia społeczne w fantastyce. Czy to warstwa, która dla ciebie jest istotna w procesie twórczym? A może wolisz oddzielić życie i fikcję literacką grubą kreską?
To zależy od gatunku. W urban fantasy, jakim jest cykl o szamance od umarlaków, uprawiam beztroski eskapizm i czerpię z naszej rzeczywistości jedynie tyle, ile to konieczne, bez jakichś głębszych refleksji co do świata, w jakim żyjemy. Ale gdy na warsztat biorę cyberpunk, sprawa wygląda już zgoła inaczej. Wpływ technologii na jednostkę i społeczeństwo, na kondycję ludzkości i całej planety – choćby z punktu widzenia postępu technologicznego oraz klimatu – to z pewnością jedno z zagadnień, które biorę pod uwagę, kreując cyberpunkowy świat, bohaterów i fabułę.
Opowiadanie Heartbyte w antologii Cyberpunk Girls, żeby daleko nie szukać, osadziłam w lekko tylko przerysowanej wersji pandemicznej rzeczywistości, w której wszyscy do niedawna żyliśmy, urozmaiconej rozwiązaniami technologicznymi wykorzystywanymi już przez niektóre kraje, żeby wspomnieć choćby o Social Credit System używanym w Chinach. Z kolei w cyklu Czarne Światła niepokoje społeczne, jakie już powoli stają się częścią naszej codzienności, spowodowane m.in. wykorzystaniem AI w coraz to nowych dziedzinach gospodarki i sztuki, odgrywają siłę napędową stworzonego przeze mnie świata i są wyzwalaczem całej historii.
Masz szerokie wykształcenie z psychologii, kryminologii, psychologii śledczej i neurobiologii poznawczej. Czy wiedza zdobyta na studiach jest przydatna również w karierze pisarskiej? A może masz jakieś zupełnie nieoczywiste źródła inspiracji?
Całe moje wykształcenie niezmiernie przydało się podczas wymyślania Łez Mai i Spektrum – wątków psychologicznych i kryminalnych tam nie brakuje, a neurobiologia bardzo pomogła w wymyślaniu wszczepów oraz szukaniu informacji o już dostępnych tego typu rozwiązaniach, które na potrzeby powieści musiałam tylko odrobinę podrasować. Ogółem studia skończone za granicą – co nie jest tu bez znaczenia, gdyż tam kładzie się duży nacisk na samodzielną pracę studentów, zdolność robienia dogłębnego researchu i krytyczne interpretowanie źródeł, a to podejście jest baaardzo dalekie od polskiego „zakuj, zdaj, zapomnij” – sprawiły, że naprawdę lubię i potrafię szukać informacji oraz ekstrapolować wnioski naukowe na futurystyczne wizje.
Co się zaś tyczy nieoczywistych źródeł inspiracji, to zaliczyłabym do nich między innymi teksty piosenek oraz zielniki. Zazwyczaj jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności trafiam na utwory idealnie pasujące do już napisanych przeze mnie opowieści, ale zdarza się też na odwrót, kiedy to piosenki nasuwają mi potencjalnie fabułogenne myśli i skojarzenia. Co się zaś tyczy zielników, nie zliczę, ile razy zioła i ich magiczne zastosowania pięknie spinały mi wątki, które inaczej nijak nie chciały się zejść; mam też pomysł na opowiadanie, który wyrósł z kilku zdań o właściwościach pewnej szczególnej rośliny.
Nie możemy się powstrzymać przed zapytaniem cię o inspiracje ściśle naukowe – zostałaś w końcu kiedyś nagrodzona Kwazarem za propagowanie wartości naukowych. Jaki jest przepis na pisanie fantastyki naukowej, która naprawdę jest naukowa? Jak wygląda proces tworzenia zakorzeniony w realnej – ale też, jak wiemy, ciągle się zmieniającej – aktualnej wiedzy naukowej?
Moim zdaniem o nauce warto pisać przede wszystkim w sposób przystępny, a to możliwe jest dopiero wtedy, gdy już zgromadzimy tyle wiedzy w danej dziedzinie, żeby swobodnie przełożyć informacje z naukowego na ludzki, wkładając research w usta bohaterów – ale tylko wtedy, gdy wymaga tego światotwórstwo lub fabuła. O przygotowaniach do napisania science fiction dalekiego zasięgu na miarę Lema czy Dukaja nie mam bladego pojęcia, ale gdybym zamierzała zmierzyć się na przykład ze space operą, to z pewnością potrzebowałabym wielu korepetycji z fizyki.
Na moje szczęście cyberpunk to science fiction bliskiego zasięgu i tutaj z powodzeniem wystarczy na bieżąco śledzić portale poświęcone technologii, nauce czy innowacjom medycznym, choć nie obejdzie się bez lektury artykułów naukowych, żeby należycie zgłębić temat, który szczególnie nas zainspiruje. No i zawsze warto pamiętać, że piszemy powieść fantastyczną, a nie rozprawę naukową czy raport z badań, wolno nam więc puścić wodze fantazji i pójść krok dalej niż to, co w naszej rzeczywistości jest uznawane za możliwe. Tym bardziej że – taka ciekawostka – wyniki kilku analiz pokazują, że przewidywania futurystów oraz innych laików o artystycznej duszy nie są wcale mniej trafne niż ekspertów w danej dziedzinie, więc odrobiwszy pracę domową w postaci researchu, można śmiało zdać się na intuicję oraz wyobraźnię.
W cyklu Czarne światła przedstawiasz cyberpunkową wizję świata. Gdybyś teraz miała pisać coś o przyszłości, to czy wciąż wybrałabyś podobne klimaty, czy może uderzyłabyś w całkowicie inną tematykę? Jakie wizje przyszłości, poza cyberpunkiem, są ci bliskie? A może planujesz powrót do świata Łez Mai i pokazanie nam tej historii z jeszcze innej perspektywy?
Mam w planach trzeci finałowy tom Czarnych świateł – Taniec pszczół, zatem w najbliższej przyszłości zamierzam trzymać się cyberpunka. Natomiast z uwagi na pełną kryzysów sytuację na świecie najbliższe jest mi obecnie niestety postapo – oczywiście nie ze względów sentymentalnych, tylko dlatego, że widmo bardzo nieciekawego rozwoju wypadków, czy to w wątku geopolitycznym, czy to klimatycznym, coraz bardziej się urealnia. Twórczo mnie natomiast w tę stronę nie ciągnie wcale a wcale, ale kto wie, czy za jakiś czas nie pojawi się we mnie atawistyczna potrzeba oswojenia strachów poprzez snucie o nich opowieści.
Czy masz ulubieńców wśród stworzonych przez siebie bohaterów i bohaterek?
Z bohaterów pierwszoplanowych moje ulubienice to oczywiście Ida i Maya. Z drugoplanowych: Tekla, Kruchy i Tikasuk – a wymieniam tylko tych troje, bo inaczej wypisałabym wszystkich. Nawet swoich złoli lubię, chociażby za to, że nie da się ich lubić – bo to znaczy, że zostali dobrze skonstruowani i chcą ze mną współpracować.
Zarówno Ida, jak i tytułowa bohaterka Łez Mai to żeńskie postacie wplątane w bardzo trudne sytuacje. Czy podczas konstruowania bohaterek zwracasz na jakieś kwestie szczególną uwagę?
Jako debiutantka pakowałam Idę w rozmaite kłopoty, bardziej wtedy czując intuicyjnie, niż świadomie wiedząc, że fabuła bez przeszkód, przed którymi stają bohaterowie, nie ma w zasadzie racji bytu. Musi być im trudno, inaczej do bani z taką historią. Mayę poddawałam próbom już celowo i z warsztatowym wyrachowaniem. Ale w obu przypadkach najbardziej interesowało mnie – i nadal interesuje – przede wszystkim to, co dzieje się w ich głowach, gdy mierzą się z kolejnymi przeciwnościami losu. Co myślą, co czują, jak interpretują wydarzenia, przepuszczając je przez pryzmat swoich wcześniejszych doświadczeń, i jak wpływa to na ich dalsze decyzje. Innymi słowy, szczególną uwagę zwracam na rys psychologiczny, a tym samym na opowieść – nie mylić z fabułą. Fabuła to tylko ciąg wydarzeń, opowieść natomiast to zmiany zachodzące w bohaterach. A zatem dokładnie taka sama sekwencja zdarzeń będzie opowiadała zupełnie inną historię w zależności od osobowości bohatera, który bierze w nich udział. Czy chce, dajmy na to, pokonać rywala z zemsty, czy po to, żeby coś udowodnić sobie i innym, a może, aby raz na zawsze zerwać z bolesną przeszłością? Motywy bohatera to dla mnie klucz do każdej historii. Jeśli nie przekona mnie siła, która nim kieruje, to nie kupuję całej reszty.
Pozostając w temacie fantastycznych kobiet: opowiesz nam coś o Hardej Hordzie? Jakie wsparcie uzyskują członkinie takiej grupy literackiej?
Każde możliwe. Doradzamy sobie w sprawach rozmaitych; wspieramy się w chwilach trudnych pod względem zarówno zawodowym, jak i prywatnym; dopingujemy jedna drugą, gdy zbliża się deadline, a któraś znowu jęczy, że nie zdąży i jest gotowa się poddać; czytamy nawzajem swoje surowe teksty, jeszcze zanim trafią do redakcji; konsultujemy między sobą warunki proponowanych współprac, żeby mniej doświadczone Harde nie wpadły w przykre pułapki, które czasami czyhają w umowach; przypominamy sobie o ważnych terminach, bo są wśród nas takie, ze mną na czele, co pamięć mają dobrą, ale krótką; robimy burzę mózgów, kiedy któraś utknie w tekście i brakuje jej pomysłów, jak ruszyć dalej; wysyłamy sobie memy na poprawę humoru… Słowem, nie ma takiego wsparcia, którego nie miałybyśmy w repertuarze.
Masz już na swoim koncie powieści urban fantasy i cyberpunkowe science fiction – niby wszystko spod parasola fantastyki, ale jednak są daleko od siebie na, nomen omen, spektrum. Czy są jakieś inne gatunki (niekoniecznie związane z fantastyką), w których chciałabyś spróbować swoich sił?
Wszyscy dookoła, z moimi wydawczyniami i własnym głosem rozsądku na czele, od dawna namawiają mnie do napisania klasycznego kryminału, thrillera albo połączenia jednego z drugim. Od ponad dwóch lat inkubuję w głowie pewien pomysł, odwaliłam kawał researchu, mam już nawet dość szczegółowy konspekt i tytuł, który ogromnie mi się podoba – ale wciąż brakuje tego czegoś. Czekam na moment, gdy coś w moim mózgu kliknie i da mi kopa, żeby wreszcie opowiedzieć tę historię. Mam tak z każdym tekstem, że choćbym nie wiem ile poczyniła przygotowań, nie zapalę się do pisania, dopóki coś we mnie nie zaprószy iskry. A tą iskrą może być cokolwiek: jakiś pozornie niepozorny fakt, który poznam podczas zbierania materiałów i którym koniecznie będę chciała podzielić się ze światem; pomysł na kulminacyjną scenę lub dialog, który tak wpasowuje się w historię, że włącza po kolei wszystkie żaróweczki w mojej głowie; czasem nawet piosenka, której tekst tak pasowałby do fabuły, że mogłaby robić za ścieżkę dźwiękową ekranizacji i dodatkowo pobudza wyobraźnię, co zdarza mi się zadziwiająco często. Innymi słowy, kryminał-łamane-przez-thriller kiedyś popełnię z pewnością, to jedynie kwestia czasu.
Poza powieściami twoją twórczość można znaleźć w antologiach opowiadań. Preferujesz którąś z tych form lub może któraś stawia przed tobą szczególne wyzwania?
Przez ostatnie pięć lat z rozmaitych życiowych powodów nie miałam przestrzeni na popełnienie powieści i muszę powiedzieć, że bardzo polubiłam się z krótszą formą, której swego czasu unikałam jak ognia. Opowiadania wymagają o wiele większej dyscypliny i sprawniejszego warsztatu, liczy się w nich każda scena, czasem nawet każde słowo, a historia musi być naprawdę spójna, z wyrazistym zakończeniem. Od urodzenia córki na trzy dni przed pandemią i z innymi małymi apokalipsami po drodze, które postawiły wszystko na głowie, napisałam – o ile dobrze liczę – dziewięć opowiadań, z czego osiem już zostało wydanych w antologiach, i z każdym kolejnym nabieram do tej formy większego szacunku, ale też coraz swobodniej się w niej czuję. Co nie znaczy oczywiście, że nie wrócę do pełnowymiarowych książek. Objętość kilku moich opowiadań – które nazwałabym mikropowieściami – świadczy najlepiej o tym, że ciągnie mnie znowu do tekstów z większym rozmachem.
Często słyszy się o wewnętrznym krytyku. Czy twój też daje ci się we znaki, czy może nie masz z nim problemów albo udało ci się znaleźć na niego jakiś sposób?
Jeszcze do niedawna mój wewnętrzny krytyk potrafił skutecznie mnie przekonać, że pisać nie potrafię i nie powinnam, przez co walka z nim pożerała więcej energii niż sama praca nad tekstem – ale potem wreszcie znalazłam sposób na dziada. Zamiast próbować go uciszać, zakrzykiwać albo przekonywać, że się myli, jakiś czas temu powiedziałam mu: „okej, koleś, jeśli masz rację i to, co teraz piszę, naprawdę okaże się najgorszą książką na świecie, to może dostanę literacki odpowiednik Złotej Maliny i pomyślę o zmianie zawodu. Ale jeśli się mylisz, to z automatu tracisz autorytet”. No i traci sukcesywnie od pięciu lat, dzięki czemu coraz słabiej go słychać, gdy tak już coś bez przekonania sarka i utyskuje nad moim beztalenciem.
Obowiązkowe pytanie popkulturowe: poleć nam swój ulubiony film, serial albo grę!
Nie ma opcji, żebym ograniczyła się do jednego tytułu, bo zawsze szalenie trudno mi wybrać faworytów. Z serialami mi ostatnio jakoś nie po drodze, ale bardzo dobrze wspominam takie tytuły jak Servant i Daredevil oraz pierwszy sezon Westworld. Z filmów niesłabnącą miłością darzę Matrixa, Memento i Incepcję. Z gier natomiast uwielbiam serię indie przygodówek Blackwell i The longest journey, a z półki AAA serię Uncharted, The Last of Us oraz – może nie ze względu na gameplay, ale na fabułę i doskonałą opowieść – Hellblade: Senua’s Sacrifice.
Pytania przygotowały: DemonBiblioteczny, Magdalena Stonawska i Ewa Tomaszewicz. Dziękujemy wydawnictwu Mięta za zorganizowanie wywiadu.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






