Miałam pisać recenzję filmu Heartstopper Forever, gdy dotarła do mnie wiadomość, że Pride w Berlinie zakończyło się tragicznie – w tłum wjechał samochód, jedna osoba nie żyje, kilkanaście jest rannych.
To jest świat, w którym żyjemy. Ataki na marsze równości, które zdarzają się także w Polsce (Białystok, Lublin sprzed kilku lat), pobicia, odmawianie praw, nierespektowanie tych, które już istnieją…
I w tym świecie istnieje Heartstopper. Najpierw seria powieści graficznych, potem serial plus film. Prosta historia o pierwszej miłości i o dojrzewaniu – tyle że queerowa. Z całym spektrum bagażu, jaki się z tym wiąże: ze szkolnym prześladowaniem, z brakiem akceptacji ze strony rodziny, z brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa, z niepewnością co do tego, jak będzie wyglądało dalsze życie. Do tego dochodzą inne problemy – zaburzenia odżywania, spustoszenie, jakie czyni w psychice nieobecny rodzic… Mógł wyjść z tego ciężki dramat o codziennej walce o przetrwanie. Ale nie. Alice Oseman, osoba autorska serii, daje nadzieję, daje wiarę w miłość, pokazuje, że są wspierający rodzice, wspierający nauczyciele, a jeśli nawet tego zabraknie, to jest jeszcze grupa przyjaciół, rodzina z wyboru, w której można się czuć bezpiecznie. Pokazuje sens rozmowy.
I sens walki o siebie – poprzez rozmowę właśnie, poprzez terapię, poprzez działania w terenie.
W ostatnim tomie (i filmie) widzimy Pride w mieście, w którym rozgrywa się akcja serii. W filmie dodatkowo Oseman ustami transpłciowej Elle mówi o tym, że prawa są odbierane, że społeczność ma podstawy, by się bać, dlatego trzeba być w tym działaniu razem. Skądinąd jest to też czytelny dialog Oseman z J.K. Rowling i jej działalnością publiczną w ostatnich latach, rzecz nie do przecenienia.

I tak, można tej serii zarzucić różne rzeczy. Że jest krindżowa – ale bycie nastolatkiem to nieustanne pasmo bycia krindżowym. Że czasem znajduje rozwiązania zbyt prosto. Że – tu uwaga do ostatniego tomu i filmu – za mało czasu poświęca wątkom inny niż główny.
Ale jednocześnie daje dwie wielkie, potrzebne rzeczy. Nadzieję. Że będzie dobrze, że gdzieś będzie nam dobrze, że da się zbudować szczęście i miłość, która buduje nas. I możliwość ucieczki od świata, w którym dobrze nie jest.
Sama w trudnych momentach po prostu trzymałam losowy tom Heartstoppera blisko i czytałam po kilka kafelków. Eskapizm nie jest rozwiązaniem – ale dobrze jest mieć miejsce, w którym można się schować w obliczu tego, co czasem (często) przynosi nam świat. Miejsce, które nie jest idealne ani wolne od problemów, ale oferuje bezpieczeństwo, akceptację, wyrozumiałość i radość. I miłość. Która może być najpotężniejszą bronią, jaką dysponujemy.
I dlatego potrzebujemy Heartstoppera.






