Miałam taki moment w życiu, kiedy każda książka, po którą sięgałam, zawierała dżinny. Było to nieco zaskakujące. Postanowiłam więc zająć się tym tematem i prześledzić fantastyczną karierę tych niezwykle ważnych istot, zamieszkujących wyobraźnię milionów ludzi żyjących w Afryce, południowej Europie oraz zachodniej i południowej części Azji. Nam się głównie kojarzą z Aladdynem i magicznymi lampami, ale to tylko jedna mała rola w ich bogatym repertuarze – do tego, jak pokazuje niejeden literacki przykład, mocno krzywdząca. Ale od początku.
Wprowadzenie: kim są dżinny?
Dżinny stanowią szeroką kategorię demonów i duchów wszechobecnych w folklorze w sporym kawałku świata. Na pewno kojarzycie z Baśni tysiąca i jednej nocy (czy raczej z Disneya) opowieść o Aladdynie – człowieku, który wszedł w posiadanie magicznego pierścienia lub lampy, w którym zaklęty jest demon, który staje się niewolnikiem posiadacza przedmiotu i musi spełniać jego życzenia. To jeden z najpopularniejszych obrazów dżinnów w kulturze, ale bynajmniej nie jedyny. Folklorystyczne dżinny to ogniste duchy zamieszkujące opuszczone miejsca, najczęściej pustynię; mają zdolność zmieniania się w inne istoty, na przykład zwierzęta; zwodzą i sprowadzają na manowce podróżnych. Ludzie ich niespecjalnie obchodzą. Uważają się za lepszych od nich, choć w Koranie jasno jest zapisane, że są po prostu równoległą do nas i aniołów rasą rozumnych istot.
No właśnie, w Koranie… Tu się robi naprawdę ciekawie, bo islam, trochę inaczej niż chrześcijaństwo, podchodzi mniej radykalnie do starszych od siebie wierzeń. W ten sposób dżinny obecne w religiach przedislamskich wślizgnęły się do religii muzułmańskiej i to nie tylko do przypisów. Najwięcej o dżinnach można się dowiedzieć z historii króla Salomona, który zasłynął m.in. tym, że zaprzągł dżinny do roboty i kazał im bronić granic swojej domeny, a także wznosić sobie epickie budynki. Dżinny były podporządkowane mu do tego stopnia, że nie zauważyły, że umarł, i słuchają go do dziś. Historia ta trafiła też do fikcji – jest świetnie przetworzona w trylogii dewabadzkiej S.A Chakraborty, o której szerzej piszę w artykule w magazynie „Biały Kruk”. Zapraszam do lektury numeru azjatyckiego: KLIK.
W Koranie obecne są też m.in. maridy (duchy wody), ale bez objaśnienia – czyżby setki lat temu były tak oczywistym elementem krajobrazu, że nikt się nie kłopotał tłumaczeniem, że jaki jest marid, każdy widzi? Tak obstawiam.
Dżinny obecne były w wierzeniach w momencie spisywania Koranu, ale są też w nich dziś. Powszechna jest wiara, że dżinny zsyłają na ludzi paraliż senny, zwodzą ich na pustkowiach czy powodują zwątpienie. (Tak, ten wewnętrzny głos, który mówi ci, że nie dasz rady, to wredny dżinn. Daj znać, czy to działa!)
Przejdźmy jednak do fantastyki, bo to dlatego was tu zgromadziłam.
Kilka literackich przykładów dżinnów w fantastyce
Idąc tropem dżinnów, zawędrowałam w kilka ciekawych miejsc. Nie wszystkie polecam, ale o wszystkim wam opowiem. Może poczujecie zaintrygowanie?
Oto one.
trylogia Dewabad S.A. Chakraborty (Miasto mosiądzu, Królestwo miedzi, Imperium złota, przeł. Maciej Studencki)
Fantastyka o dżinnach, która nie ma sobie równych, jeśli chodzi o głębię researchu, rozpiętość pomysłów i rozmach. Opowieść śledzi losy Nahri, młodej Egipcjanki, która w Kairze epoki napoleońskiej żyje z kradzieży i drobnych oszustw. Podczas odprawiania rytuału zar – nikt nie wierzy w takie rzeczy, prawda? – przez przypadek budzi ifryta i przyzywa dżinna. I tak trafia do innego, ukrytego świata – zasłoniętego przed ludzkim wzrokiem Dewabadu i jego polityki, kryzysów społecznych, intryg. Widzę w Dewabadzie trzy naprawdę mocne warstwy. Warto przeczytać tę serię dla motywów folklorystycznych, do których autorka podeszła z ogromną dbałością, ale też swobodą twórczą, co dało efekt w postaci świetnie skonstruowanego świata (ponownie tu odsyłam do artykułu w „Białym Kruku”, gdzie to obszernie omawiam). Bardzo dobrze wyszła jej warstwa polityczna – Dewabad i cały świat dżinnów (dewów) rozrywane są sporami kulturowymi, doktrynalnymi, politycznymi; Chakraborty plecie z tego skomplikowaną, ale bardzo satysfakcjonującą do obserwowania sieć. I wreszcie mamy postaci: samą Nahri, która realizuje swoje życiowe marzenie w nieoczekiwany sposób; wielowarstwowego, dziwacznego Darę wyrwanego ze swojego czasu; Alego, który szamocze się we własnej kulturze, w swoim położeniu i bolesnym starciu ideałów z rzeczywistością. Nie wiem, kto zaklasyfikował Dewabad jako Young Adult i czy naprawdę musiał. To nie jest literatura przypisana do wieku, to po prostu fajna, skomplikowana fantastyka oparta na arabskim folklorze. Doskonale się przy niej bawiłam, odkrywając kolejne pętle researchu, w które nurkowała autorka!
Martwy dżinn w Kairze i Władca dżinnów P. Djeli Clarka (tłum. Małgorzata Szypuła)
Trzy opowiadania wprowadzające do magicznego Kairu u progu XX wieku są jak powiew świeżości – czytałam je już kilka razy i zawsze się przy tym uśmiecham. Bo było tak: jakieś czterdzieści lat wcześniej postrzelony uczony i eksperymentator otworzył wrota między światami i wpuścił na Ziemię dżinny. Przyszły za nimi anioły („To nie są prawdziwe anioły”, pada wielokrotnie, ale anioły się tym nie przejmują) i inne istoty. Dżinny pomogły obronić Egipt przed Brytyjczykami i teraz, około 1912 roku, Kair jest metropolią szczycącą się nowoczesnością; w powietrzu jeżdżą tramwaje, kobiety właśnie uzyskały prawa wyborcze, a bohaterka, Fatma, jest zatrudniona w ministerstwie i pracuje jako detektywka. Wielokulturowe, wieloreligijne, barwne miasto jest idealną scenerią do śledztw, ale też po prostu śledzenia losów zwyczajnej-nadzwyczajnej Fatmy w jej eleganckich garniturach („Chcę wyglądać egzotycznie”). Jest to niesamowicie wciągająca, przyjemna lektura – trochę napięcia, ciekawe zagadki z elementem nadprzyrodzonym i fenomenalnie opisany magiczny Kair, a także świetne poczucie humoru i bohaterki, za którymi poszłoby się nawet w nawiedzone katakumby. To w tym zestawieniu moje absolutnie ulubione teksty, przeczytajcie, proszę!
trylogia maltańska Marcina Mortki (Maleficjum, Dżin, Targ dusz)
Bruno Calazzo wychowywał się wśród braci zakonnej (tej wojowniczej, bynajmniej nie kontemplacyjnej), ale jest mu z nią nie po drodze – a jej z nim, wiedźmim synem – więc rusza swoją drogą, szukając informacji o rodzicach i wplątując się w różne kabały. Jak wskazuje tytuł drugiego tomu, jedna z nich jest potężna (a konkurencja jest poważna, bo zbliża się turecka flota): otóż do ekipy przyplątuje się dżin. Nie jest to przyjazny duszek spełniający życzenia, lecz potężna istota pochodząca z innej rzeczywistości. Jak się go pozbyć? Jak się z nim dogadać? Nie będę opisywać więcej, bo to są wspaniałe książki, które warto przeczytać. Ostrzegam tylko, że potem marzy się o wycieczce na Maltę.
Miałam przyjemność opracowywać redakcyjnie dwie z trzech tych książek – tak daleko sięgało moje wplątanie w świat dżinnów!
Amulet z Samarkandy Jonathana Strouda (tłum. Maciej Nowak-Kreyer)
Książka skierowana do dzieci, ale i dorośli znajdą w niej coś, co ich ubawi – ja jestem nieskończenie zachwycona ideą mrocznego magicznego imperium czeskiego. W pierwszy tomie jednak pozostajemy w Londynie, w Imperium Brytyjskim rządzonym przez magiczną elitę. Młody bohater zostaje adoptowany przez czarodzieja, pozbawiony imienia (prawdziwe imiona są niebezpieczne) i powoli przyuczany do roli magika, a przede wszystkim polityka, bo czeka go też miejsce w Izbie Lordów. Nathaniel jest jednak bardzo, bardzo zdolny. I bardzo, bardzo ambitny. I bardzo, bardzo łatwo go urazić, więc kiedy jeden z magów sobie z niego bezlitośnie drwi, postanawia wezwać dżinna i się zemścić. Powoduje to serię niefortunnych zdarzeń, którą dodatkowo ubarwia zgryźliwa narracja (pełna przypisów) dżinna Bartimaeusa, który bardzo, ale to b a r d z o nie chce tam być. Zabawna lektura, którą być może niektórzy kojarzą z dzieciństwa – ja czytałam już w zaawansowanej dorosłości i miejscami się irytowałam, ciągle jednak myślę, że to książka, przy której można się uśmiać i miło spędzić czas.
Djinn City Saada Z. Hossaina
Z wszystkich książek, które tu prezentuję, ta trafiła do mnie najmniej – ale choć od jednej trzeciej miałam ochotę ją odłożyć, doczytałam dzielnie do końca. Przyczyną nie było moje szczególne zamiłowanie do umartwiania się, lecz fakt, że nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd zmierza fabuła. Zaczyna się we współczesnym Bangladeszu. Poznajemy dziesięcioletniego Indelbeda – to samotny, trzymany w dziwnej izolacji dzieciak, który wprawdzie należy do bogatego i wpływowego rodu, ale jego życie toczy się w ubóstwie, a jedynym opiekunem jest uzależniony od alkoholu ojciec. Indelbed odkrywa, że jego matka była dżinnką, zaraz dżinny zaczną go ścigać, bo nie tolerują mieszanek, i wydaje się, że już wiemy, jak się to potoczy – chłopak pozna swoje dziedzictwo i stanie się pomostem między światami czy czymś takim. Otóż nie. Zupełnie nie. Trafia do przedziwnego więzienia, jego ojciec zapada w śpiączkę i przeżywa przygody w nieświadomości, zaś na pierwszy plan wychodzi kuzyn Indelbeda Rais, który postanawia zgłębić świat dżinnów i odnaleźć zaginionego kuzyna tak tajemniczo zignorowanego przez całą rodzinę. Trzy punkty widzenia – Raisa budującego swoją pozycję jako emisariusz dżinnów, Indelbeda w klaustrofobicznych tunelach terminującego u tajemniczego współwięźnia i Kaikobada w sidłach onirycznego cywilizacyjnego konfliktu – budują razem obraz podwójnego świata ludzi i dżinnów. Ponownie nie dżinnów – eterycznych istot ognia – lecz dżinnów politykujących, knujących i nieliczących się z ludzkim życiem. Ciekawa była próba stworzenia społeczeństwa o bardzo luźnych relacjach, w tym w zasadzie nieistniejących więziach rodzinnych, i opartego na niematerialnej walucie związanej z dokonaniami i charyzmą. Przedziwna jest to powieść, na niektórych poziomach dość płaska, ogólnie mocno przegadana, a dla europejskiego czytelnika dodatkowo frustrująca tym wymykaniem się oczekiwaniom – ale jeśli ją czytać, to właśnie dla tej frustracji. I możliwości chwalenia się potem, że ma się na koncie banglijską fantastykę.
Trzeba też przyznać tej książce, że ma wspaniałą okładkę.
Djinn City nie ukazało się po polsku i mocno wątpię, by kiedykolwiek się to wydarzyło.
Na razie tyle, ale moja misja się nie skończyła – czytam kolejne powieści o dżinnach i przybędę z drugą częścią. Mam w planach m.in. antologię romansową i SF! Proszę więc o trzymanie kciuków, by nie zwiodło mnie to na manowce jak fatamorgana na pustyni.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.





