Miasto zdaje się dziś czymś oczywistym, może nawet nieuchronnym i słusznym. Z pewnością możemy powiedzieć, że miasto to coś, co ludzkość stworzyła i wciąż tworzy. Kiedy jednak powstało pierwsze z miast? I czym właściwie było? Jaki proces doprowadził do jego powstania?
Annalee Newitz w reportażu Cztery zaginione miasta opowiada o tytułowych czterech miastach, w których przeglądają się miasta współczesne. Wbrew polskiemu tłumaczeniu są to bardziej miasta utracone czy porzucone niż zaginione, ponieważ o tych miastach ludzie pamiętali przez wieki i tysiąclecia po tym, jak ich życie dobiegło końca. Co zobaczymy w ich ruinach, gdy odrzucimy europocentryczną, kolonialną retorykę śmierci miasta i tego, czym w ogóle miasto jest?
Miasto nie trwa w stazie. Płynie przez czas i przestrzeń, zmienia się nieustannie. Miasto żyje – i jak wszystko, co żywe, kiedyś musi umrzeć. Lecz to, co umarło, nie musi zostać zapomniane. A śmierć nie musi być gwałtowna.
Çatalhöyük
(~7400/7300 p.n.e. – ~6000 p.n.e.)
Miasto, w którym nie znano pieniądza
Miasto-wzgórze otoczone satelitarnymi wioskami. W Çatalhöyük nie istniała ekonomia jako taka czy podział na role społeczne. Każda osoba robiła mniej więcej to samo: uprawiała pola otaczające miasto, wypasała zwierzęta, przygotowywała posiłki czy wyrabiała figurynki zwierząt (i rzadziej ludzi) jako rodzaj doraźnej domowej magii.
Domy budowano jedne na drugich, a zmarłych chowano pod podłogą – w części sypialnej. Obraz miasta i jego życia, który pokazuje Newitz, to miasto żywe, piękne, dziwaczne ze współczesnego, zachodniego punktu widzenia. Miasto, które stoi w opozycji nie do wsi, bo ta stanowi jego integralną część, lecz do nomadyczności, drugiej strony ludzkiej egzystencji, która dziś pozornie przestała mieć znaczenie.
Życie w mieście jest trudne. Wymaga ogromnych nakładów pracy, a miasto cuchnie, niszczeje, łatwo w nim o konflikty. Ale, choć o tym Newitz nie wspomina bezpośrednio, musiało mieć dość przewag nad wędrownym trybem życia, by do niego doszło. Te jednak łatwo dostrzec.
W Çatalhöyük pewna kobieta upadła, łamiąc ramię i nogę. Przeżyła jeszcze wiele lat po tym wypadku. Ktoś musiał o nią zadbać, gdy jej kości się zrastały, ktoś dzielił się z nią jedzeniem, gdy nie mogła pracować, ktoś zapewne przeniósł ją do domu, może ulepił figurynkę-totem mającą zapewnić, że szybko dojdzie do zdrowia. Wyobrażam sobie, że gdyby była nomadką, jej bliskim trudniej byłoby o nią zadbać – musieliby albo zatrzymać się na długie, niebezpieczne tygodnie, albo nosić ją wszędzie, co zapewne wydłużałoby jej powrót do zdrowia. W mieście łatwiej było jej na nowo nauczyć się chodzić, odzyskać dość sprawności, przeżyć. W mieście takich wypadków mogło zdarzać się więcej i więcej osób mogło po nich przetrwać kolejne lata, może i dekady.
Miasto się zmienia. Çatalhöyük żyło na dachach-ulicach, wiecznie w ruchu, rosło w górę, gdy stare domy zasklepiano, a nowe budowano na nich, podnosząc podłogi, odkopując zmarłych i chowając ich ponownie – często w innych domach niż te, z których ich wykopano. Stopniowo przenosiło się z jednego wzgórza na drugie, rozwijała się kultura. Z czasem więcej było jednak pustych domów. Klimat nie oszczędzał Çatalhöyük; mieszkańcy przenosili się do pobliskich wsi, pamięć o mieście-na-wzgórzach niosąc w kolejne pokolenia.
Pompeje
(VII w. p.n.e. – 79 n.e.)
Samnickie miasto wielu kultur
W Pompejach, tak jak w Çatalhöyük, żyło się na ulicy. To było jednak miasto bliższe kulturowo tym, które znamy – istniał w nim handel. Sklepy, piekarnie, szynki, publiczne forum pełne były ruchu, osób miejscowych i ludzi przypływających zza morza. W mieście oficjalnie należącym do Rzymu wciąż kwitła jego pierwotna samnicka kultura, a poza kojarzonymi z tym regionem bóstwami czczono też np. egipską Izydę czy oskijską Mefitis.
Handel, kobiety o wysokim statusie, dawni wyzwoleni niewolnicy dorabiający się na własnym biznesie – to wszystko tworzyło interesujący tygiel, którego koniec przyniosła natura. Zmienny klimat i dziś pustoszy miasta, zmuszając ludzi do wielkiej wędrówki. Koniec Pompejów był może dużo gwałtowniejszy, ale dziś nasuwa się myśl o miastach i miasteczkach położonych na terenach zalewowych, które co roku zmagają się z powodziami, o suszach, które niszczą domy, dobytek, życie.
Po wybuchu Wezuwiusza nie było powrotu do Pompejów. Toksyczny opad z wulkanu, wciąż obecny lata później, gruba warstwa popiołu, który ciężko odkrywać nawet dziś, zamknęły wszelkie plany odbudowy. Ale choć o Pompejach myślimy jak o tragedii, w której zginęło wiele osób, większość miasta się uratowała. Miasta – to znaczy ludzi je zamieszkujących. W ciągu paru dni przed wybuchem zdążyli uciec do pobliskich miejscowości. Osiedlili się w nich, tworząc dzielnice pompejańskie, otwierali na nowo swoje biznesy. Zaczęli nowe życie. Zasymilowali się z imperium rzymskim.
W wybuchu wulkanu zniknęła wielokulturowa, samnicka społeczność, kultura, której fragmenty dziś odkopuje się kawałek po kawałku z grubego osadu wulkanicznego. Nie zginęli jednak jego mieszkańcy i nie zginęła pamięć o mieście.
Angkor
(802 n.e. – 1431 n.e.)
Polityka wygrywa z sensowną inżynierią
Dobrze zbudowany zbiornik retencyjny wdziera się w naturę, dając ludziom stabilny dostęp do świeżej wody. Gdy taki zbiornik buduje się jednak nie zgodnie z zaleceniami inżynierów, a podle boskiej linii świata, nie wróży to zbyt dobrze miastu, które wokół niego zbudowano. Mimo to Angkor trwało przez kolejne wieki, rozrastając się i kurcząc, aż do samego końca. Ważniejsze od wygody ludności je zamieszkującej i nieustannie budującej były wystawne królewskie widowiska i polityka.
XIX-wieczni francuscy archeologowie uznali, że inskrypcja w jednej ze świątyń Angkor, mówiąca o milionie mieszkańców, nie może być prawdziwa. Dziś wiemy, że miasto, rozciągające się na kolejne kilometry, spokojnie pomieściło milion mieszkających w nim osób. Władcy poszerzali poprzez podboje granice swojego królestwa. Zwykli ludzie pracowali (niewolniczo) na zmiany w świątyniach – nie płacono im pieniędzmi, ale jakąś zapłatę otrzymywali. Zbiorniki retencyjne i prowadzące do nich miejskie kanały zawodziły, były naprawiane, znów zawodziły i znów je naprawiano. Budowano więcej nowych kanałów, kiedy nadeszła susza, wprowadzając więcej wody do zbiorników – miasto wiecznie w ruchu, zmieniało się doraźnie, by w końcu zmaleć, skurczyć się, rozpierzchnąć po sąsiednich wioskach. Zupełnie jak w Çatalhöyük i Pompejach. Miasto zmieniło jednak swoich mieszkańców na zawsze.
Nie wracali do nomadycznego trybu życia. Społeczności, w których osiadali, były może mniejsze, inne niż ich pierwotny dom, ale wciąż: były osiadłe.
Angkor, zbudowane na poprzedzającej je osadzie, przetrwało kilka wieków, by zniknąć pod kambodżańską puszczą. Dziś wiemy, jak wielkie było, dzięki technologii LIDAR i naukowc_om, którzy mogli z niej skorzystać, wydobywając granice domostw kryjące się pod warstwami leśnego runa.
Cahokia
(1050* n.e. – 1350 n.e.)
Miasto, którego nazwy nie znamy
Cahokia zebrała ludy Missisipi wokół centralnego placu. Zbudowana półkoliście, według astronomicznego porządku w oparciu o lunistycjum, i znów przebudowana według osi północ–południe, by na koniec powrócić do pierwotnego półkolistego planu.
Cahokia, tak jak Çatalhöyük, nie była zbudowana dla handlu. Dobrami musiano się dzielić w inny sposób. Jednoczące wierzenia, kapłani przemawiający ze szczytu stożka do ludzi zgromadzonych na placu, poczucie wspólnoty zbudowały miasto rozproszone na ogromnym terenie. Miasto żywe i zmienne, którego kulturalne echa wciąż niosą w sobie rdzenne ludy Ameryki zamieszkujące region Mississippi.
Miasto żyło, dzieliło się tym, co ma, ze swoimi mieszkańcami – i znikło. Wraz z nim zniknęła pamięć jego nazwy. Kilkaset lat później nadano mu nową, wywodzącą się od nazwy ludu zamieszkującego te tereny współcześnie. Ludzie odeszli, gdy zniknęła magia, może od początku niosąc w sobie świadomość, o której my dziś nieraz zapominamy – że miasto jest bytem przejściowym; istnieje tylko tak długo, jak służy swojemu celowi.
Środkowy okres życia Cahokii zdaje się, według tego, co opisuje Newitz, nieść w sobie wyrośnięcie kasty kapłańskiej w pychę, zamknięcie centralnego placu. Nie wiadomo, czy przez samych kapłanów, czy przez mieszkańców chcących odgrodzić pyszałkowatych kapłanów od życia, które przeniosło się na pomniejsze place i placyki. Początkom wzrostu miasta towarzyszyło dotarcie do Ziemi światła z wybuchu supernowej w 1054 roku. Tysiąc lat później niebo od dawna na nowo ściemniało. Miasto znikło, ale nie zaginęło. Jego pamięć rozproszyła się po ogromnym terenie.
* Ludność osiadła w tych okolicach już w IX w. p.n.e.
Miasta, których już nie ma, jak wspomnienia, zanikają, rozmywają się w pamięci, ale nie znikają zupełnie. Przypomniane, opowiedziane na nowo, pokazują nasze współczesne miejskie życie w perspektywie. Czy za kolejny tysiąc, dwa, dziewięć tysięcy lat będziemy dalej budować miasta? Czy znajdziemy inny sposób życia? I jak w naszej pamięci zachowają się te z miast, którym pozwolimy zniknąć?
Książka Newitz ładnie rymuje się z Miedzianką Filipa Springera. Poprzez odkrycie i pokazanie przeszłości, narodzin, życia i śmierci opisanych w nich miast dochodzimy do refleksji nad miastem jako takim. Dlaczego miasta powstają, jak żyją i dlaczego, w jaki sposób umierają? Odpowiedzi na te pytania to rozchodzą się niby kopalniane tunele, to łączą na powrót w nieodmiennie ludzką opowieść.
Szkolne lekcje historii każą nam zapamiętywać królów, bitwy, kolejne daty. Zwykłe życie zwykłych ludzi potrafi jednak powiedzieć o dawnym świecie o wiele więcej niż to, kto w danym momencie rządził jakim krajem i jakim miastem.
Dziś większość z nas osiadła w jednym miejscu. Ci z nas, któr_ są zmuszan_ do wędrówki, zapewne w ogromnej większości chciał_by znaleźć spokojny dom, miejsce, w którym będą mogły się zatrzymać. W krajach podzielonych granicami i płotami kolczastymi potrzeba wędrówki postrzegana jest z pogardą, jej ból umniejszany**. A przecież odchodzenie i przybywanie to naturalne prawo człowieka, nasza natura, której miasto nie jest w stanie całkiem (nomen omen) wykorzenić. To prawo, szczególnie dziś, jest wielu spośród nas odbierane. Na obu jego końcach zaś ci u władzy postawili cierpienie i śmierć.
Spojrzenie wstecz na te pierwsze miasta przypomina, że miasto to ludzie. A ludzie w końcu zawsze idą swoją drogą (mamy nogi, nie korzenie). I, miejmy nadzieję, polityczne wiatry nie będą w stanie tej potrzeby nigdy w pełni stłamsić.
** Zauważy_ście, jak w polskich mediach publicznych w ostatnich latach prawie nie mówi się już o uchodźcach, nazywając osoby uchodzące przed wojnami i katastrofami klimatycznymi migrantami?
Cztery zaginione miasta, Annalee Newitz, tłum. Elżbieta Smoleńska, WAB 2023






