O filmie Projekt Hail Mary napisano już chyba wszystko – sypią się peany z prawa i lewa i tytuł bez rozbiegu wskoczył na szczyty rankingów najlepszego (i najbardziej naukowego) science fiction. Mam nieco odrębne zdanie na ten temat, więc może wytrzymacie jeszcze jedną opinię.
Zacznę od podłożenia się – otóż nie czytałam literackiego pierwowzoru. Kusi mnie, owszem; nie wykluczam, że niedługo, za świeżej pamięci, sięgnę po książkę. Nieco mnie odpycha postać autora – Andy Weir to gwiazda i obraz upartego pięcia się do sukcesu, a jednak dość nieprzyjemna i chyba średnio mądra osoba – Projekt Hail Mary wpisuje się jednak na tyle mocno w moje zainteresowania, że chyba i warto, i wypada.
„Odrębne zdanie”, gdy panuje w jakimś temacie zgodny zachwyt, oznaczać mogłoby marudzenie, ale nie całkiem to mam w planie. Gdybym koniecznie musiała wlepić filmowi ocenę, dostałby siódemkę – niby dobrze, ale jednak mogłoby być lepiej; dobrze się bawiłam, ale zdarzało mi się zgrzytać zębami. Przejdźmy jednak do konkretów.
Projekt Hail Mary już samym tytułem, przynajmniej dla mnie, kieruje się w stronę pewnego konserwatyzmu, by nie rzecz bogoojczyźnianości (podobno są osoby, które idą na to do kina, spodziewając się wielkanocnej przypowiastki…). I faktycznie – jest to w zasadzie fabuła dość konserwatywna, mocno wspierająca się na wieku historii fantastyki naukowej, a także paru kluczowych amerykańskich cnotach. Znowu mamy opowieść o wybrańcu, o zbawcy – oczywiście białym Amerykaninie – który samotnie podejmuje misję ratowania świata. Zostaje rozbitkiem na dalekim pustkowiu i dzięki swojemu sprytowi udaje mu się nie tylko ocalić życie, ale też doprowadzić swoją misję do szczęśliwego finału i może akurat nie wrócić do domu, ale dotrzeć do punktu, kiedy jest to w jego zasięgu. Towarzyszy mu w tym pocieszny Piętaszek, niby partner, ale jednak trochę też maskotka; od początku można odgadnąć, że w punkcie kulminacyjnym kluczowego kryzysu postać ta zginie albo przynajmniej mocno ucierpi. Nie ona będzie napędzać fabułę, nie ona też podejmie kluczowe decyzje, będzie jednak podsuwać istotne kawałki wiedzy, by nie być całkiem bezużyteczną.
Opowieści o Kontakcie są siłą rzeczy mocno kolonialne; jedyni obcy, o których (poza fantastyką) historie opowiadamy, to ludzie, których z jakiegoś powodu uznajmy za na tyle odmiennych od nas, by się nimi dziwować. Te spotkania są nam niezwykle potrzebne (natomiast dla drugiej strony najczęściej są zgubne), często jednak opowiadanie o nich zawiera nutkę (albo potężny odór) egzotyzowania. (Narracja egzotyzująca to taka, w której nacisk kładzie się na różnice i odmienność, często w celu podbicia elementu sensacji i okopania się w tym, co swoje, więc w domyśle lepsze).
Dlaczego w przedstawieniu Rocky’ego uwiera mnie egzotyzowanie? Zacznijmy od imienia… Ja wiem, ja wiem – wymogi narracji wymogami narracji; nikt pewnie nie zdołałby nakłonić Ryana Goslinga do wypróbowania tej śpiewnej komunikacji. Nie ma jednak w ogóle takiego pomysłu; wspomnijcie momenty, kiedy Rocky mówi coś, co jest nieprzetłumaczalne przez komputer, na przykład imię swojej osoby partnerskiej – to są komediowe gagi (zresztą samo imię też jest żartem); Grace wtedy przewraca oczami i czeka, aż Rocky znów znormalnieje. Nie ma w ogóle próby dotarcia do tego, jak Rocky nazywa się naprawdę, w ramach swojego postrzegania i systemu odniesień – no bo chyba nie stawiamy, że wyglądające kamiennie istoty nazywają siebie kamyczkami i skałkami? Grace sięga po proste nawiązanie do popkultury, bo tak mu łatwiej. Kojarzy mi się to z tymi sytuacjami, kiedy osoby o trudnych do wymówienia przez Amerykanów imionach z innych języków dla świętego spokoju stają się Billami i Kate. Albo z Piętaszkiem, którego Robinson Crusoe (pamiętacie, dokąd płynął, kiedy wylądował na bezludnej wyspie?) spotkał w piątek i dlatego tak postanowił go nazywać, a następnie przystąpił do działania, jakim było cywilizowanie go (czyli między innymi uczenie angielskiego).
Rocky oczywiście nie uczy się angielskiego… ale szybko przestajemy słyszeć jego pogwizdywanie, a zostaje tylko podłożony głos mówiący po angielsku. Komunikacja staje się płynna. Prawie nic – poza drobnymi błędami i okazjonalnym brakiem słowa – nie stanowi w niej przeszkody. Obcy zostaje ucywilizowany.

Nie powołuję się tu na klasyczną powieść Daniela Defoe wyłącznie dlatego, żeby się dopierdolić do Weira – ale być może pamiętacie z podstawówki termin literacki robinsonada. To historie o samotnych wędrowcach, którzy przemierzają ogromne odległości i radzą sobie z ekstremalnie trudnymi warunkami, przeżywają przy tym niebywałe przygody. Mamy tak wiele historii na tym schemacie, że trudno rozpatrywać jedną, nie przypominając sobie natychmiast wielu podobnych. Zresztą Marsjanin też jest właśnie dokładnie tym; tylko że Mark Watney nie miał żadnego uroczego towarzysza, z którym mógłby sobie pogadać. Tradycyjne historie są super, kochamy to, co już znamy, jednak w roku 2026 brakuje mi mocniejszego przełamania schematu, który tak dramatycznie się zużył. Widzę próbę – choćby w tym, z jaką czułością pokazana jest relacja między bohaterami i jak żywo reaguje na to widownia. To wspaniałe i urocze, że tak ujmuje nas, ponurą ludzkość trzeciej dekady wieku, historia międzygatunkowej przyjaźni ratującej światy; można czerpać z tego nadzieję dla zachodniej cywilizacji. Ciągle jednak więcej jest w tym przyjaźni człowieka i jego pupila niż dwójki mocno się od siebie różniących, ale równorzędnych istot. Nie czuję, by Rocky był osobą. A jest przecież przedstawicielem zaawansowanej cywilizacji. (Niewiele się o tej cywilizacji zresztą dowiadujemy; strzępki informacji plus epilog, w którym… widzimy kawałek świata dostosowany do Grace’a, włącznie z tą pseudoszkołą… Nie, ja ogólnie ten epilog uważam za psychozę bohatera, którego konstrukcja psychiczna w końcu się załamała; nie przyjmuję argumentów, że mogłoby być inaczej, nie potrzebujemy więc tego analizować).
No dobrze, schodzę wreszcie z tej krytyki postkolonialnej, choć wierzcie mi, znalazłoby się tego więcej. Inna poważna wątpliwość, która zrodziła się we mnie podczas oglądania, dotyczyła komunikacji. I ponownie – zdaję sobie sprawę, że to jedna z tych spraw, które musiały zostać podporządkowane zasadom narracji audiowizualnej; nie zmienia to faktu, że moja zdolność zawieszenia niewiary została mocno nadwerężona, gdy punktem wyjścia do porozumienia stał się… zegar… z wyrysowanymi cyframi… czyli rzecz, która bardzo mocno opiera się na myśleniu symbolicznym i całej serii umów międzyludzkich. Nie ma niczego uniwersalnego w cyfrach arabskich, przesuwającej się wskazówce, długości trwania sekundy, w ogóle samej idei mierzenia czasu. Jest to więc wyjątkowo kiepski sposób szukania tego, co mogłoby się stać kamieniem węgielnym dalszych prób skomunikowania się. Drugi raz zawieszona niewiara się zachybotała, kiedy bohaterowie zaskakująco sprawnie przeszli od „ja Grace ty Rocky” do rozmawiania o wewnętrznych doświadczeniach czy kwestiach tak odległych od bieżącego kryzysu jak relacje pozostawione na odległych planetach. W ogóle sama idea, że w języku Rocky’ego będą wprost ekwiwalenty angielskich słów… takich jak „nauczyciel”… no nie, nie umiem się do tego przekonać. Czuję więc pewne rozdrażnienie, gdy wychwalane są aspekty naukowe filmu – choć może i jest nieźle pod tym względem (chociaż, no ja przepraszam, ale dopilnowanie, żeby równanie na tablicy było legitne, a nie było serią losowych znaków, to chyba nie jest rocket science, żeby aż tak trzeba było się tym szczycić?…) – kiedy kuleją równie naukowe kwestie językowe i antropologiczne. Stawianie na piedestale nauk ścisłych przez fantastykę jest też nieco zbyt retro jak na mój gust. Zasługujemy na więcej.
Czy ja gdzieś tam na początku nie deklarowałam, że nie będę tylko marudzić? Przejdźmy do pozytywów! Bo prawda jest taka, że Projekt Hail Mary naprawdę całkiem mi się podobał. Dałam się porwać historii o samotnym rozbitku, bohaterze mimo woli; współczułam mu, gdy się miotał, widziałam jego niezręczność i zagubienie, kibicowałam, kiedy wykazywał kompetencje i sprawczość, przeżyłam moment grozy, kiedy Grace przypomniał sobie, jak bardzo mimo woli się to wszystko odbywa, że jest przede wszystkim ofiarą przymusu i przemocy. (Wrócę do tego za moment, bo to jednak nie będzie koniec narzekania). Ryan Gosling jest bardzo w porządku w tej roli; wprawdzie dość szybko zaczął mnie męczyć chaos tego jego wyginania się i miotania po pokładzie, ma ten aktor jednak w sobie taką łagodność, która sprawia, że zamiast bohatera-maczo widzimy kogoś złożonego z wątpliwości i dobrych intencji; postać, która jest bardzo autentyczna i wiarygodna w trudnościach, z jakimi przychodzi jej mierzenie się z kolejnymi wyzwaniami, która się boi, ale i tak robi, bo jej głównym motorem jest ciekawość. To dzięki tej miękkości Goslinga/Grace’a mięknie też ten sztampowy motyw Piętaszka i jesteśmy w stanie kupić ten duet jako zestaw w miarę równorzędnych postaci, nazwać ich relację przyjaźnią (choć ja akurat, jak już się zdążyłam rozpisać, pozostaję nieco nieprzekonana). Myślę, że sporą część przyjemności z oglądania Projektu Hail Mary zawdzięczam właśnie tej nietoksycznej męskości Goslinga i niezręcznej, pełnej splątanych emocji postaci Grace’a, który gdyby był psem, bez cienia wątpliwości byłby golden retrieverem (ale takim lękowym). Miałam też satysfakcję z obserwowania, jak odnajduje pewność siebie, by na ostatnim nagraniu wysłanym na Ziemię wyglądać już jak spokojny i opanowany kosmiczny kapitan.

Druga warstwa filmu, która mnie zachwyciła, to z jednej strony wizualia, a z drugiej – historie z planu. Już w kinie zastanawiałam się, czy dobrze mi się wydaje, że film ma stosunkowo niewiele efektów komputerowych. A i owszem! W świecie AI-slopu i narastającego poczucia, że wszystko, co widzę, jest fałszywe (i w internecie, i niestety też coraz częściej poza nim), film, który powstał w tak tradycyjny, analogowy sposób, to perełka, którą należy hołubić. Cały ten pełen bałaganu statek został zbudowany i urządzony ludzkimi rękami – i to naprawdę robi ogromną różnicę, on po prostu jest prawdziwy, a co za tym idzie – prawdziwą staje się opowiadana w nim historia. Za postacią Rocky’ego stał zespół lalkarski i w większości scen – nie zawsze było to możliwe – mamy do czynienia z kukiełką, nie było więc tak, że Gosling grał naprzeciwko człowieka w zielonym wdzianku czy w ogóle na tle zielonej ściany, udając interakcje. I to widać. Podobnie raczej kreatywnym pomysłem niż klikaniem w programie graficznym stworzono efekty wizualne wokół astrofagów.
Na wzmiankę zasługują też momenty, które zostały do jakiegoś stopnia zaimprowizowane. To znaczy ja wiem o dwóch: scena z dobrą zabawą przy wrzucaniu zakupów do wózka oraz karaoke, podczas którego Eva Stratt śpiewa piosenkę „Sign of the Times”. Nie znałam wcześniej tego utworu i zrobiło na mnie wrażenie, jak idealnie pasuje tekst do fabuły – dopiero później zajarzyłam, że to Harry Styles (dziwnie mieć już dwie ulubione piosenki Harry’ego Stylesa) i piosenkę wybrała sama aktorka, a w ogóle żadnego śpiewania w scenariuszu nie było. Dziwna jest ta scena; jakby trochę niedopasowana, ale widać było od razu, że komuś bardzo zależało na tym, by znalazła się w filmie. (Dzięki temu też Sandra Hüller dostała do zagrania coś więcej niż ganianie Goslinga i sadzanie go w ławce, ewentualnie skazywanie na śmierć).
Ogrzewa mnie od środka obraz ekipy filmowej, która włożyła niesamowicie dużo pracy nie tylko koncepcyjnej – ją również widać – ale też dosłownie ciężkiej, fizycznej pracy w ten film, oraz bardzo, bardzo dużo serca i pasji. I udowodniła, że to jest coś, co ludzie doceniają, co chcą oglądać, co ich przyciąga do kin. To niesamowite i wspaniałe, i za to mają mój wielki szacunek i kredyt zaufania na przyszłość. (Miałam też mocne poczucie, oglądając ten film, że podczas prac nad nim nikt nie pomyślał nawet słowa „algorytm”. Film ma pewne dłużyzny, ale tym lepiej!)

Obiecałam jeszcze porcję narzekanka na koniec i nadszedł ten czas. Tym, co ostatecznie jest dla mnie w Projekcie Hail Mary kluczowym dysonansem, jest niezgranie – w moich oczach, wchodzimy w sferę zupełnej subiektywności – tonu z faktycznie przedstawianą treścią. Wielu ludzi w Projekcie Hail Mary ujęło to, że ten film jest wholesome – pogodny, uroczy, momentami zabawny, czasami lekko głupawy; taki „ku pokrzepieniu serc”, aby człowiek po wyjściu z kina czuł się lepiej, spokojniej, w połączeniu. Nie jestem największą na świecie fanką takiego tonu, ale przyznaję – to coś, co jest nam teraz bardzo potrzebne, żebyśmy nie stracili do reszty zdolności wyobrażania sobie, że w przyszłości mogłoby się wydarzyć coś dobrego. Podobnie jednak jak w przypadku sztandarowej dla cozy fantasy powieści Legendy i latte Travisa Baldreego, cały efekt przytulności wyparowywał dla mnie w momencie, gdy kontrastował z treścią (w Legendach tą treścią było dogadywanie się z mafią, by dręczyła tylko innych, a nie bohaterki, i motyw budowania relacji zmanipulowanych przez magiczny artefakt), tak i w Projekcie Hail Mary kluczowy jest dla mnie motyw zmuszenia bohatera do bohaterstwa. Grace wyraźnie, stanowczo i z pełnym przekonaniem nie chciał lecieć. Nie chciał ratować świata. Miał prawo nie chcieć i się nie zgodzić – jego wkład w ten projekt był już ogromny – ale został zmuszony w sposób siłowy i przemocowy do wzięcia udziału w samobójczej misji; dosłownie ścigany, pokonany, unieruchomiony, uśpiony, władowany do statku, wysłany w podróż w jedną stronę. Jak słodka nie byłaby dalsza historia o przyjaźni, otwartości na inność, triumfie nauki, ratowaniu świata, wytrwałości i uporze – jest to właśnie o tym: o przymusie, oszustwie, złamaniu podstawowego prawa człowieka do decydowania o sobie, postawienia go pod ścianą, zmuszeniu do walki o przetrwanie. To sprawia, że nie umiem pozwolić temu filmowi, by mnie ukoił i pocieszył; trochę zazdroszczę tym, na których tak działa. Dla mnie Projekt Hail Mary próbuje w przyjemny i słodki sposób opowiedzieć o czymś ponurym i strasznym, jakby ostatecznie nie miało znaczenia, jaką historię oglądamy, póki może ona sprawić, że będzie nam przyjemnie.
Chcecie się ze mą nie zgodzić? Zapraszam do sociali!
PS. Bawi mnie, że piszę ten tekst 2 kwietnia, dokładnie trzy lata po napisaniu wspomnianej recenzji Legend i latte, a oba teksty liczą dokładnie 2137 słów. Przyjmuję pomysły, o czym napisać za rok.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






