W chwili gdy tuż za rogiem czeka na nas serialowa wersja Lary Croft, w którą wcieli się Sophie Turner, postanowiłem wrócić do korzeni tej ważnej serii. Moment, w którym premierę miał pierwszy Tomb Raider, był czymś niewiarygodnym. Początki serii i to, jaki impakt na branżę gier wywarły przygody Lary Croft, są jednym z najjaśniejszych punktów w growej historii. W 1996 roku, gdy gry w 3D dopiero raczkowały, produkcja Core Design udowodniła, że zabawa w trzech wymiarach może być przyjemna i atrakcyjna dla gracza. Zmieniła sposób postrzegania gier przygodowych, wprowadzając nową świeżość do gatunku. Wisienką na torcie była niezwykle charyzmatyczna główna postać, czyli Lara Croft właśnie. Do dziś to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci z gier.
Powrót do growej przeszłości
Jak dziś prezentuje się pierwszy Tomb Raider? Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że licho. Nie jest to młoda produkcja, co widać na każdym kroku. Jej kanciastość, czy to wizualna czy w sposobie rozgrywki, może odrzucać od ekranu. Na szczęście chciałem dać jej szansę. Tym bardziej że nigdy wcześniej nie miałem okazji jej ograć. I cholera jasna, jak się cieszę, że postanowiłem ją uruchomić. Jest to jeden z tych tytułów retro, do którego powroty nie są straszne, przeciwnie, są wręcz przyjemne.
Ciekawie wraca się do początków tak ważnej i obfitej w wiele odsłon serii. Dziś główny cykl liczy już ponad dwanaście gier, a nie wspominam nawet wszelkiego rodzaju spin-offów. Zarówno seria, jak i główna bohaterka przez lata ulegały wielu zmianom. Poszczególne gry były często odbiciem tego, co zachodziło w branży. Z tego też powodu powrót do korzeni był dla mnie tak bardzo kuszący. Znałem nowsze tytuły, ale nigdy nie sprawdziłem, od czego zaczął się ten niezwykle popularny cykl.
Niezwykła protagonistka
W grze wcielamy się w młodą archeolożkę Larę Croft. Nasza inteligentna i żądna przygód bohaterka wyrusza na wyprawę, której celem jest odnalezienie jednego z fragmentów starożytnego artefaktu zwanego Scionem. Jednak, jak to często bywa w kinie akcji, nieskomplikowana misja rozwija się z czasem w pełnoprawną przygodę, w której uda nam się zwiedzić takie miejsca jak Peru, Grecja, Egipt czy Atlantyda.
Jednym z najciekawszych aspektów produkcji jest nasza protagonistka. W 1996 roku growa codzienność zazwyczaj osadzała kobiety w roli dam w opałach. Tomb Raider zerwał z tą koncepcją, stawiając na mocną bohaterkę. Lara jest bystra, cwana i, jeżeli potrzeba, wyszczekana. Zwykle panuje nad sytuacją i jest zdeterminowana, by zrealizować swoje cele. Jako gracz szybko ją polubiłem. Gra ciekawie nakreśla jej charakter, nie pozostawiając wrażenia, że jest to pusta postać, która nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Naprawdę nie dziwi mnie fakt, że także krótko po premierze odbiorcy szybko polubili tę protagonistkę.

Przełom dla gier przygodowych
Tak jak wspomniałem wcześniej, twórcy gry musieli bardzo się napocić, by zrealizować założone cele produkcyjne. Deweloperzy rozpoczęli pracę w momencie, gdy trójwymiar growy dopiero co raczkował. W tamtym czasie nie wypracowano jeszcze standardów czy rozwiązań mających zapewniać komfortową zabawę w 3D. Core Design miało niełatwy orzech do zgryzienia. Choć dziś system poruszania się pierwszej Lary postrzegamy jako toporny, w momencie premiery robił niemałe wrażenie. Lara porusza się po trójwymiarowych planszach na zasadzie precyzyjnych kroków. Przypomina to nieco tank control. I choć początkowo opanowanie tego sprawiało mi problem, to szybko ogarnąłem, o co tu chodzi, i zacząłem mieć frajdę z pokonywania kolejnych poziomów. Tym bardziej że im dalej w las, tym lokacje są bardziej wymagające. Lara jest ciągle w ruchu: skacze, łapiąc się wiszących nad przepaścią krawędzi, pływa, eksplorując zapomniane jaskinie czy ucieka przed toczącymi się przeszkodami. Z każdą godziną system sterowania podobał mi się coraz bardziej – miał głębszy sens. Kolejne udane akrobacje wywoływały za każdym razem uśmiech na mojej twarzy. Działo się to nawet pomimo tego, że od czasu do czasu dalej widziałem wady tego sposobu poruszania się postaci.
Trudna przeprawa
Ale mimo ogromu frajdy z zabawy Tomb Raider na każdym kroku przypominał mi, że nie jest to gra dla cieniasów i powstała w dużo bardziej wymagających dla gracza czasach. Na szczęście przegrane wydawać by się mogło sytuacje ratowały tu szybkie zapisy gry. Swoją drogą nie wyobrażam sobie, jak trudnym zadaniem było ukończenie gry na PlayStation 1, na którym istniał limit sejwów. Brr, aż nie chcę sobie tego wyobrażać. Tomb Raider od czasu do czasu lubi sprowadzić odbiorcę do parteru, przypominając, kto tu rządzi. Kierowana przeze mnie Lara dziesiątki razy ginęła, bo na przykład źle wyliczyłem moment skoku czy ociągałem się, gdy osuwał mi się grunt pod nogami. Ale to nic. Choć wywoływało to we mnie momentami frustrację, to każdy sukces był trzykrotnie lepszy. Już dawno nie miałem takiej frajdy z poruszania się po growych poziomach. Każde ukończenie kolejnej lokacji dawało mi się masę radochy. Tym bardziej, że co chwila dostajemy tutaj nieskomplikowane zagadki urozmaicające zabawę.
Ale nie samą eksploracją Tomb Raider żyje. Mamy także do pokonania kilku przeciwników. Lara na szczęście nie jest bezbronna – dzierży swoje legendarne dwa pistolety, a w późniejszych etapach inne narzędzia zagłady. Czasami postrzelamy do ludzi, częściej do zwierząt i bliżej niezidentyfikowanych istot na późniejszych poziomach. Walka jest nieskomplikowana, ale satysfakcjonująca. Wymaga od nas też nie lada zwinności, bo łatwo zarobić guza i trzeba się napocić, by nie otrzymać większych obrażeń. Ale tak jak i eksploracja to element, do którego szybko można przywyknąć i po prostu polubić.

Fabryka retro nostalgii
Tomb Raider to też bardzo ciekawy klimat. Samotne zwiedzanie zapomnianych miejsc to nie lada przyjemność. Choć z gry bije prostota i kanciastość, to odwiedzanie lokacji było dla mnie niewiarygodnym przeżyciem. Atmosfera produkcji jest wprost fantastyczna. Naprawdę można się poczuć jak odkrywca starożytnych, nietkniętych od setek lat przez ludzi miejsc. Uważam, że cel gry został osiągnięty. Czułem nutę przygody, odsłaniając miejsca będące spełnieniem marzeń archeologów czy badaczy historii. Bardzo dobrze działa to w połączeniu z oprawą wizualną z czasów PlayStation 1. Ja, jako gracz wychowany na produkcjach z tego okresu, chłonąłem tony nostalgii z ekranu.
Fajne jest to, że bardzo szybko zapomniałem o wieku gry. Po godzinie czy dwóch wsiąkłem w konwencję produkcji i pewnie nie mniej niż gracze w 1996 roku miałem z Tomb Raidera tonę satysfakcji. Jest w tym jakiś rodzaj magii, by tak przenieść odbiorcę w inny świat. Zapominałem w takich chwilach o bożym świecie, biegając w skórze Lary Croft po grobowcach czy innych miejscach uginających się od zaległej w nich pajęczyny. Tytuł kipi od grywalności i wyobraźni swoich twórców.
Warto ograć? Warto!
Ostatecznie bardzo ucieszyłem się, że ograłem pierwszego Tomb Raidera. Mam też świadomość, że duża część młodych graczy raczej nie dałaby rady przebrnąć przez archaiczność gry. Mi natomiast się to udało i super, bo w ogólnym rozrachunku bawiłem się tu świetnie. Jestem naprawdę w stanie z czystym sercem zrozumieć, jaki ta produkcja miała impakt na odbiorców i całą branżę. Jeżeli dziś, tyle lat po premierze, jest dalej świetnym, grywalnym tworem, to jak fantastyczna była w 1996 roku? Polecam każdemu, kto lubi gry retro i nie boi się takich powrotów do przeszłości. Tym bardziej że produkcja, wraz z pięcioma kolejnymi odsłonami serii, została świetnie zremasterowana. Nie bójcie się i czym prędzej i odpalajcie Tomb Rider!

Kocham popkulturę i uwielbiam zatapiać się w światach kreowanych w książkach, filmach, serialach, grach czy albumach muzycznych. Lubię dzielić się swoją pasją z innymi, opowiadając o pięknie, które możemy wyciągać z dzieł kultury.





