Po zamieszaniu związanym z podróżami w czasie wszyscy członkowie X-Men powrócili do teraźniejszości. Tym razem dostaliśmy odcinek oderwany od wątku Apocalypse’a i skupiony na Wolverinie. Lubię postać Logana, aczkolwiek filmy o X-Men przyzwyczaiły nas do przesytu tą postacią, dlatego doceniałem, że do tej pory w X’Men ’97 Logan był bardziej na drugim planie. Jak więc wypadł epizod skoncentrowany wokół mutanta ze szponami?
Mam dość mieszane uczucia związane z tym odcinkiem i nie do końca wiem, co o nim myśleć. Jest wiele rzeczy, które mi się w nim podobały, m.in. Wolverine zbierający swoją ekipę à la Suicide Squad czy sam klimat rodem z Obcego, ponieważ mamy tu placówkę zamkniętą na cztery spusty i zagrożenie inwazją kosmitów. Twórcy bardzo fajnie ograli ten motyw, czuć było inspiracje konkretnymi filmami lub ogólnie gatunkami. Z drugiej strony, miałem silne poczucie, że oglądam fillerowy epizod, który bardziej by pasował do The Animated Series z lat 90-tych niż do aktualnego serialu. Patrząc z jeszcze innej perspektywy, to jest właśnie urok seriali, czy to animowanych, czy live-action, że można więcej miejsca poświęcić postaciom i dodatkowym wątkom, zamiast tylko pędzić z główną historią.
Mam problem z niektórymi zabiegami fabularnymi w tym odcinku. Na samym starcie dostajemy już gotową grupę Logana w stylu Suicide Squad, złożoną z mutantów powiązanych z Weapon X, w tym z villainów pokroju Sabertootha czy Lady Deathstrike. I samo to jest bardzo fajnym konceptem, w komiksach nie raz takie rzeczy się działy. Dodatkowo, mamy tu do czynienia z zasadą „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Ubolewam jedynie, że nie zobaczyliśmy utworzenia tej drużyny, np. w formie krótkiego montażu, gdzie Wolverine dociera do każdej postaci z osobna lub zbiera je wszystkie w jednym pomieszczeniu. Czułem się, jakbym coś przegapił.
Głównym celem tego epizodu jest odzyskanie przez Logana metalowych szponów. Uważam, że można było jeszcze pociągnąć wątek braku adamantium u Logana oraz tego, jak to wpływa na niego oraz jego sposób walki. Nie mam problemu z samym odzyskaniem adamantium, ale chciałbym, żeby wydarzyło się to nieco później.
Bardzo lubię duet Logana i Morpha, więc mogę zaliczyć na plus, że dostaliśmy odcinek, w którym dużą rolę odgrywa ich relacja. Podobało mi się ukazanie jak bardzo Morph wierzy w Wolverine’a i za wszelką cenę chce go ratować, a także ich dialog na końcu, gdzie wyraża swoje rozczarowanie zachowaniem Rosomaka. Dodatkowo, jako że wychowywałem się na Spider-Man TAS z 1994 roku i przez długi czas był moim absolutnie ulubionym serialem o tym bohaterze (zależenie od nastroju detronizuje go czasami Spectacular Spider-Man), to moment, gdy Morph zamienił się w Spider-Mana, był dla mnie cudownym doświadczeniem.
W X-Men ’97 jedną z zalet względem oryginalnego serialu jest większe zezwolenie na brutalność w scenach akcji. Szczególnie widać to u takich postaci jak Wolverine. Moment, kiedy dźga Magneto w poprzednim sezonie, do dziś siedzi mi w głowie. W piątym odcinku również z tego skorzystano, także u innych postaci, które do tego pasują. Pozwoliło mi to się trochę bardziej wczuć w historię, kiedy widziałem Lady Deathstrike czy Sabertootha z puszczonymi hamulcami.
Jest to obok trzeciego epizodu zdecydowanie najsłabszy odcinek w tym sezonie, ale mimo to znalazłem w nim całkiem dużo zalet, które sprawiły, że oglądanie było dobrze spędzonym czasem.

Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






