Przy ostatnim omówieniu najmniej emocji wywołał we mnie odcinek trzeci, który w mojej opinii wypadł najgorzej ze wszystkich, które dostaliśmy na premierę, ale miałem na uwadze, że jest to dopiero pierwsza część tej historii. Teraz dostaliśmy konkluzję, o której można już powiedzieć więcej.
Na pierwszym planie jest tutaj oczywiście En Sabah Nur, który na naszych oczach staje się Apocalypsem. Zaczynając może od wad, tutaj również odczułem bardzo pośpieszne tempo. Pomimo dwuodcinkowej historii nie kupiłem aż tak konfliktu pomiędzy Nurem, a innymi mutantami. Dodatkowo, były niewolnik dopiero co staje się złoczyńcą, którego znamy z teraźniejszości i przyszłości, a już bez trudu wykorzystuje swoje nowe umiejętności i jest praktycznie nie do pokonania. Pod tym kątem miałem zgrzyt podczas oglądania, ale są tutaj też elementy godne pochwały. Niezbyt podeszła mi podbudowa konfliktu personalnego z X-Menami, ale za to dobrze przedstawiono skąd wzięła się główna zasada Apocalypse’a na temat przetrwania wyłącznie najsilniejszych. Jego wcześniejsza walka z siłami faraona oraz flashbacki, gdy Profesor X zagląda do jego umysłu, mówią tyle ile trzeba, aby zarysować sposób rozumowania postaci. Będąc już w swojej ostatecznej formie bardzo szybko okiełznał swoje moce, ale widzę tu cel fabularny. En Sabah Nur ma być głównym villainem tego sezonu i ten odcinek bardzo dobrze pokazał nam jak wielkie zagrożenie stanowi, pokonując bez większych trudności wszystkich obecnych członków X-Men. Nie mogę się doczekać wprowadzenia Jeźdźców, co jeszcze bardziej podbije stawkę.
Oprócz wątku pierwszego mutanta równie ważna w tym odcinku jest relacja pomiędzy Magneto a Profesorem Xavierem i stanowi ona najlepszy punkt tego epizodu. Chwaliłem ją już wcześniej, ale tutaj wypadła jeszcze lepiej. Sam mistrz magnetyzmu został świetnie przedstawiony. Scena jak niszczy opaski Bishopa i mówi, że w ten sposób oddał głos była niesamowicie zabawna, a późniejszy moment, gdy mówi, że mają jego od bycia złoczyńcą, a następnie ratuje resztę drużyny wysyłając ich w przyszłość była świetnym przedstawieniem charakteru postaci. Wszystkie wspólne sceny Charlesa i Erika były pełne emocji, a zwłaszcza końcowa, gdy Erik ginie z ręki Apocalypse’a. Moment ten był świetny, bo z jednej strony bardzo dobrze zbudował En Sabah Nura jako głównego antagonistę, a z drugiej dał nam rollercoaster emocjonalny w postaci bólu i frustracji Charlesa po stracie przyjaciela.
Podobały mi się też dialogi z Rogue. Nie było ich dużo, ale bardzo fajnie pokazały, że wydarzenia z Genoshy dalej mają swoje konsekwencje. Biorąc pod uwagę końcową scenę pierwszego sezonu można się spodziewać powrotu Gambita, więc domyślam się, że czeka nas jeszcze wiele emocjonalnych chwil w kolejnych epizodach.
Trzeci odcinek podobał mi się najmniej z tych, które dostaliśmy na premierę i dlatego miałem mniejsze oczekiwania do czwartego, ale ostatecznie wypadł bardzo dobrze. Dostaliśmy sporo fajnej akcji, epickie momenty i kompetentne przedstawienie Apocalypse’a jako antagonisty. Dalej mocno wierzę w X-Men ’97.

Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






