Na naszych oczach rozwija się nowe uniwersum DC pod wodzą Jamesa Gunna i Petera Safrana. Dostaliśmy już kilka projektów z różnych mediów. Superman i Supergirl doczekali się własnych filmów live-action, powstała animacja Creature Commandos, a drugi sezon Peacemakera zaliczał się do nowego uniwersum. Teraz nadszedł kolejny projekt, jakim są Latarnie. Przyznam się, że chociaż jestem pasjonatem czytania komiksów, to nie znam dobrze lore Zielonych Latarni. Poza ogólnymi informacjami typu: kim są ziemscy reprezentanci korpusu, albo że istnieją Latarnie o innych kolorach, reprezentujące odmienne emocje (tym faktem o dziwo często zaskakuję innych). Kilkukrotnie planowałem zabrać się za nadrobienie zaległości w serii Geoffa Johnsa, ale zawsze to odkładałem, bo inne serie przykuwały moją uwagę. Kiedyś na pewno się za to zabiorę, ale ten moment jeszcze nie nadszedł (być może to serial zainspiruje mnie do przesunięcia komiksowych Green Lanternów w kolejce?). Chwilowo poświęciłem czas na obejrzenie dwóch premierowych odcinków serialu i uznałem, że warto o nich opowiedzieć.
Zamiast tradycyjnego origin story z jednym bohaterem dostaliśmy historię o dwóch Zielonych Latarniach. Hal Jordan jest już doświadczonym superbohaterem, który działa od wielu lat, a John Stewart został niedawno wybrany na nowego członka Korpusu i teraz przechodzi trening. Uważam, że to bardzo ciekawy i fajny zabieg. Przy niektórych postaciach pokazywanie origin story nie jest już tak potrzebne, co widzimy chociażby w ostatnim Supermanie czy w serii o Spider-Manie w MCU.
Dynamika pomiędzy Halem i Johnem jest według mnie najsilniejszym punktem całego serialu, wszystko tu działa, od scenariusza do gry aktorskiej. Hal Jordan w tej wersji jest postacią, która zjadła zęby na działalności superbohaterskiej. Dobrze wie, jak to wszystko się odbywa i czego się spodziewać. John jest nowy, ale jednocześnie nie jest totalnym żółtodziobem, co pokazał chociażby w scenie na boisku, gdy od razu rozgryzł tożsamość kosmity, a potem podczas pościgu wymyślił plan jak go złapać. Podoba mi się, że obaj są pewni siebie, ale zupełnie inaczej to okazują. Hal jest o wiele bardziej wyluzowany, ma więcej poczucia humoru, ale jednocześnie czuć ciążący mu bagaż doświadczeń, może nawet pewne zgorzknienie. Jest już na takim etapie, że nie liczy się ze zdaniem innych ani nie przywiązuje wagi do obowiązujących reguł. Kwintesencją tego może być scena, w której wywozi martwe ciała z kostnicy i przenosi je przez niby wykrywacz metalu, a w tym samym czasie jak gdyby nigdy nic gada sobie z kolegą z pracy przez telefon. Świetnie oddaje to vibe postaci, która wydaje się, że widziała już wszystko i nic jej nie zaskoczy.
Charakter i początkowy status Johna też są bardzo fajnie zbudowane. Tak jak już wspomniałem, jest nowicjuszem, ale nie zaczyna zupełnie od zera. Na przestrzeni tych dwóch odcinków wykazał się zdolnościami dedukcji, pokazał, że umie o siebie zadbać, i mimo wszystkich dziwacznych i niebezpiecznych rzeczy jakie go spotykają, potrafi zachować spokój. Ale też Stewartowi brakuje doświadczenia, dopiero uczy się pracy w terenie i na tym polu odstaje od swojego partnera, a nawet od pani szeryf. To wszystko czyni relację obu bohaterów tak fascynującą do oglądania. Hal i John są bardzo kontrastowymi postaciami, a mimo to bardzo dobrze działają razem i dobrze się uzupełniają. Dodajmy do tego pełne życia i naturalne dialogi, a także świetną grę aktorską i mamy idealny duet do obserwowania.

Przed obejrzeniem spotkałem się z wieloma porównaniami do True Detective i teraz widzę ich zasadność. Serial garściami czerpie stylem z produkcji kryminalnych. Czułem się, jakbym oglądał coś w rodzaju Mare z Easttown czy Broadchurch. Mamy małą społeczność, gdzie wszyscy się znają, każdy o każdym wie lub chce wiedzieć wszystko, a wydarzenia mają wpływ na całe miasto. Scenografia oraz lokalizacje takie jak ranczo, miejscowy bar czy zapyziały komisariat także dużo dają. Zdziwiło mnie, jak dobrze udało się połączyć ten małomiasteczkowy klimat z historią o kosmicznych policjantach. Idealnie obrazuje to scena przesłuchania, która od razu stała się rozpoznawalna, jeśli spojrzeć na ilość memów z nią. Hal ze sprytem, sarkazmem i przebiegłością używa technik detektywistycznych, a to wszystko w otoczce opowieści o kosmitach oraz supermocach.
Podoba mi się też, że pomimo stylistyki rodem z klasycznych kryminałów, serial nie boi się korzystać z lore komiksowego. Wręcz przeciwnie, robi to bardzo bezwstydnie i traktuje jako coś normalnego. Czuć ten, luz kiedy Hal opowiada o tym, jak został Zieloną Latarnią albo gdy John mówi, że został wybrany przez Strażników. Inne postacie też nie reagują zdziwieniem ani nawet nie traktują tego jako coś specjalnie wartego uwagi. Daje to faktyczne poczucie, że jest to świat, gdzie ludzie są już przyzwyczajeni do superbohaterów. Bardzo się cieszę, że twórcy nie poszli też drogą osłabienia postaci i motywu, że np. Pierścień został uszkodzony, tylko przedstawiono ich w sytuacji, której nie rozwiążą zwykłą walką. Kiedy bohaterowie mają możliwość i potrzebę korzystać z mocy, to po prostu to robią. Hal od razu poleci, jak tylko ma taki impuls lub ma mu to pomóc, stworzy barierę ochronną przed wybuchem, a John cały odcinek lata ze stworzonym przez siebie ptakiem. Ciekawi mnie, czy w późniejszych odcinkach dostaniemy bardziej zaawansowane konstrukty, mam nadzieję, że tak. Do tego już w drugim odcinku dostaliśmy kosmiczne więzienie i Sinestro. Nie pokazano nam na razie żadnych flashbacków ani nic takiego, ale majaczenie Hala w szpitalu i spotkanie na końcu drugiego odcinka ładnie zarysowują fakt, że te dwie postacie mają wspólną historię. Earl to kolejny wspaniały element, który pokazuje brak skrępowania w korzystaniu z dziedzictwa komiksowego.
Do tej pory Zielone Latarnie doczekały się tylko jednej pełnoprawnej adaptacji live-action i wyszła ona tak dobrze, że Ryan Reynolds, który grał w niej główną rolę, dwa razy ją wyśmiewał w Deadpoolu. Serial Lanterns jednak zaczął się o wiele lepiej i mam nadzieję, że utrzyma poziom do końca sezonu. W planach jest też animacja My Adventures with Green Lantern, będąca spin-offem My Adventures with Superman, animacji, którą bardzo lubię. Kto wie, może nastał naprawdę dobry czas dla fanów Zielonych Latarni?

Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






