Mieszkanie koło cmentarza kojarzy się dość upiornie, ale Winifred, bohaterka powieści dla młodzieży Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt Cherie Dimaline, nie mieszka przy cmentarzu. Dom, w którym żyje wraz z ojcem, pracownikiem krematorium, znajduje się na cmentarzu.
Dziewczyna, wyśmiewana z tego powodu przez rówieśników, większość swojego wolnego czasu spędza samotnie właśnie tam. Nierzadko żałobnicy przybywający na pogrzeby (i wykorzystujący też cmentarz do schadzek!) biorą ją za ducha.
Kiedy okazuje się, że zarząd cmentarza boryka się z problemami finansowymi i brakiem rentowności (kto by pomyślał, wszak ludzie umierali, umierają i będą umierać – kapitalizm jednak nie z takimi wyzwaniami sobie nie radzi; o kapitalizmie jeszcze zresztą w tej recenzji wspomnę), ojcu Winifred grozi zwolnienie. Próbując w rozpaczy przywołać ducha zmarłej matki, dziewczyna ściąga sobie na głowę zainteresowanie rówieśniczki. A raczej ducha rówieśniczki. O duchu dowiadują się też organizatorzy wycieczek i wyczuwają okazję do zarobku.
Osoby zniechęcone lub przestraszone faktem pojawienia się ducha pragnę jednak uspokoić: Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt nie są horrorem, a i konwencje powieści grozy zaliczą tutaj przewrotkę i to nie raz. Z motywem domu zbudowanego na cmentarzu, tradycyjnie będącym źródłem grozy i nieszczęścia, autorka rozprawia się bardzo szybko. Jeżeli pamiętacie straszenie indiańskimi cmentarzami, na których rodziny (oczywiście białe) zbudowały dom albo pochowały kotka, to tutaj sytuacja jest wręcz odwrotna. Pokazuje to pierwsza rozmowa między żywą Winifred a martwą Phil: obie dziewczyny wywodzą się z Pierwszych Narodów. W dodatku obie związane są z cmentarzem, na którym spoczywają biali Kanadyjczycy.
– Skąd jesteś?
Musiałam to wiedzieć. Na tym właśnie opiera się geografia rdzennych ludów, powiedziała mi kiedyś Roberta: aby się wzajemnie rozumieć, musimy najpierw ustalić, skąd pochodzimy.
– Stąd. – Pozostała nieruchoma.
– Z Toronto? Ale gdzie jest twoje plemię?
Śmiała się.
– Nie wszyscy jesteśmy z buszu, wiesz? Może miasto było moim plemieniem?
Phil wprowadza do Pieśni drugą narrację, z której dowiadujemy się więcej o zmarłej dziewczynie. Będzie trochę o bolączkach dorastania, o queerowości, o problemach trapiących młodzież i rodziny żyjące na terenach rezerwatów. O pragnieniu wolności, które może zaprowadzić nas w mroczne miejsca. To też część książki, w której przestaje dominować styl nastoletnich wspomnień, a historia wyraźnie zaczyna toczyć się ku nieuniknionej konfrontacji martwych z żywymi.
Same bohaterki napisane są na zasadzie kontrastu. Winifred, jak wielokrotnie wspomina, wcześnie utraciła kontakt z rodziną swojej matki (ciotka Roberta była jedyną rdzenną krewną, z jaką dziewczyna miała dobre stosunki), co odcięło ją od badania swojego dziedzictwa kulturowego. Po śmierci ciotki Winifred zostaje tylko nieobecny myślami i pochłonięty pracą ojciec, który bardziej żyje wspomnieniem żony niż rzeczywistością, oraz piesek Klucha. Phil dorastała w rezerwacie wraz z rodzeństwem, którym często musiała się zajmować, i resztą rodziny. Winifred jest odrzucona przez rówieśników, a jej jedyny przyjaciel porzuca ją dla nowych znajomych. Phil zaś żyła jak typowa nastolatka, imprezując ze znajomymi, ile się dało, aż do momentu, kiedy spirala wolności po wyprowadzce do wielkiego miasta stała się przyczyną jej śmierci. Winifred ze względu na swoje zamiłowanie do snucia się po cmentarzu, nierzadko w pelerynie lub powłóczystej sukni, brana była przez odwiedzających za ducha. Phil ujawniła się dopiero wtedy, gdy Winifred bardzo, ale to bardzo potrzebowała duchowego wsparcia ze strony nieżyjącej matki. Kreacja obu bohaterek, ich relacja, bolączki i rozterki jest bardzo mocnym punktem tej książki.
Wbrew tytułowi Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt to nie książka o śmierci i zmarłych. Przede wszystkim jest to książka o żywych – tych, którzy pozostali, podczas gdy zmarli spoczywają milcząco pod ziemią. Bliscy odchodzą i zostawiają nas z wyrwą po ich obecności. Zostawiają nas z tęsknotą, miłością bez namacalnego obiektu, potwornym głodem bliskości i bezpieczeństwa. Pozostaje nam jedynie pamięć i prochy zmarłych. Nam, Winifred, jej ojcu, rodzinie Phil. I właśnie o pamięć Phil prosi również Winifred.
Nie zapomnij o mnie, kiedy już dorośniesz i się zakochasz, dobrze? Prawdopodobnie nie będzie mnie już tu wtedy, ale po prostu nie zapomnij. Bo jak zapominasz, to znaczy, że jesteś całkiem samotna. A ja nie chcę, żeby któraś z nas była samotna.
Czarnokomediowym rozładowaniem napięcia w Pieśniach jest Penny, kuzynka Winifred. Wspominałam, że będziemy jeszcze mówić o kapitalizmie, prawda? Kiedy Winifred zwraca się do Penny, samozwańczej mistyczki (pracującej po prostu w telefonicznym horoskopie) z prośbą o pomoc, ta postanawia dorobić się na duchu. Dla Penny nikt z „mieszańców” (w tym Winifred) nie jest godny zaufania i nie ma prawa do swoich korzeni, bez skrupułów chce więc ona wykorzystać ducha zmarłej (podkreślam, również rdzennej) Phil dla pieniędzy i własnej popularności. Penny nie ma również najmniejszego problemu dogadać się z białymi organizatorami wycieczek po nawiedzonym Toronto.
A jednak Penny była tu, w pożyczonej sukni z koźlej skórki, i waliła w bębenek kupiony w sklepie pamiątkarskim. Jak na kogoś, kto niewiele wie, wyglądała przekonująco dla tych, którzy raczej nie wiedzieli więcej. A ponadto Penny była wierząca. Wierzyła w pieniądze.
Nie ukrywam, że była to jedna z moich ulubionych lektur ostatnich miesięcy i prawdopodobnie sięgnę po więcej książek tej autorki (choćby po dystopijne The Marrow Thieves i Hunting by Stars). Autorzy z tego kręgu kulturowego rzadko pojawiają się w polskim przekładzie, ale zdarzają się (na mojej czytelniczej liście znajdują się Sherman Alexie i Stephen Graham Jones). Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt wbrew dość ostatecznej nazwie mogą paradoksalnie nie być ostatnią pozycją tej autorki, która trafiła na nasz rynek czytelniczy.
Cherie Dimaline, Pieśni żałobne dla umierających dziewcząt, tłum. Katarzyna Karłowska, Rebis 2024

Los wywiał ją z Łodzi do Krakowa, a następnie z laboratorium za biurko. Prowadzi gry fabularne, z uporem używając feminatywów, i dyskusyjny klub książkowy, czekając cierpliwie, aż obok SF będzie czytane też fantasy. Współprowadzi Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru wypuszczające darmowe gry książkowe i przeprowadza ślimaki przez chodnik, również za darmo. Fanka folkloru, podań i legend z każdego kręgu kulturowego. Bardzo nie wie, w jakiej kolejności oglądać Doctor Who. Kolekcjonuje SquishMallows.






