Jest tyle przyjemnych gier. Dzieł, w które zagłębiamy się w miłej, relaksującej atmosferze, gdzie rozgrywka daje nam frajdę i sposób na ochłonięcie po problemach dnia codziennego. Skoro tak, to po co uruchamiać grę tak odpychającą i ciężką jak Hellblade? Ale mimo ciężaru jest w niej coś, co ma ogromną siłę przyciągania. Może chodzi o chęć zgłębienia zagmatwanej historii, potrzebę odwiedzenia fikcyjnego, odrealnionego świata czy zwykłą konieczność sprostania wyzwaniu, jakie na naszej drodze postawiło studio Ninja Theory. Jednak gdy ujrzałem napisy końcowe, oprócz ulgi poczułem przyjemność z rodzaju tych, które czujemy po doświadczeniu absolutu. Bo choć nie od dziś wiadomo, że gry to sztuka, brakuje mi w zalewie tytułów czegoś, co miałoby podobną atmosferę całości jak Hellblade. Czegoś nieprzyjemnego, męczącego, ale jednocześnie tak uwalniającego, dającego przestrzeń na odczuwanie smutku, przerażenia, obrzydzenia czy czającego się gdzieś z tyłu głowy dyskomfortu.
Hellblade przybliża nam historię celtyckiej wojowniczki. Na imię jej Senua i nie jest to typowa bohaterka gier. Dziewczyna ma psychozę. I o ile od czasu do czasu otrzymamy tytuł, w którym główna postać ściera się z problemami psychicznymi, o tyle jest to tak rzadkie, że warto ten fakt odnotować. Nasza bohaterka to postać skrzywdzona, każdego dnia walcząca z własnymi demonami. Skrawki jej przeszłości, jakie odkrywamy podczas kolejnych godzin rozgrywki, pokazują niezwykle bolesny obraz tego, co przeżyła. Na dodatek historia rozpoczyna się w momencie tragicznym, gdy Senua wyrusza do zaświatów, by odzyskać duszę zmarłego ukochanego. Choć ciężar jej przeżyć jest porażający, nie należy do osób, które łatwo się poddają. Jest w stanie stoczyć największe boje, byleby dotrzeć do swojego celu. Dość szybko ją polubiłem. Przez te kilka godzin rozgrywki empatyzowałem z nią i kibicowałem jej w przetrwaniu katuszy, które na nią czekały.
Ze straumatyzowanym umysłem bohaterki współgra ciekawe miejsce akcji gry. Twórcy postanowili osadzić historię w krainie nordyckich bogów. Nie jest to jednak świat mlekiem i miodem płynący. Bardziej przypomina cmentarzysko dawnych krain wszechmocnych bogów i zwykłych śmiertelników, chcących jakoś przetrwać swoje marne życia. Większość krajobrazów, które zwiedzamy, to obrazy smutku. Puste, bezludne miejsca, w których czają się przygnębiające cienie przeszłości. Chylące się ku upadkowi budowle, wyglądające jakby nagle wyparowało z nich życie, pozostawiając gasnące oznaki dnia codziennego. Ogromne i monotonne połacie terenu, po których panoszy się jedynie uczucie braku czegokolwiek. I choć często pada tu w kontekście przyszłości nazwa „Ragnarok”, wydawać by się mogło, że on już nastąpił, świat się skończył. Jest to obraz, jaki często tu dostrzeżemy. I po prostu ciężko o nim zapomnieć.

To wszystko łączy się w niezwykle ciężką i męczącą grę. Twórcy nie oszczędzają głównej bohaterki. Co rusz jesteśmy widzami i uczestnikami jej traumatyzowania. Niejednokrotnie, śledząc wydarzenia na ekranie, czułem ogromny dyskomfort. Bywały momenty, gdy chciałem odwracać wzrok. Bynajmniej nie chcę powiedzieć, że to, co zobaczymy, przekracza jakieś granice. Po prostu nagromadzenie nieprzyjemnych bodźców i widoków kumuluje się na tyle mocno, że wprowadzało mnie w niemiły nastrój. Gra jak mało która potrafi wywołać u odbiorcy naprawdę dziwne poczucie uczestniczenia w czymś na granicy obłędu i snu. Ogromna w tym zasługa strony dźwiękowej. Senua jako osoba cierpiąca na psychozę bez przerwy słyszy różne głosy, docierające do niej z każdej strony. Podczas grania w Hellblade z założonymi słuchawkami daje to bardzo dziwne, odrealnione wrażenie, które potęgowało obraz, jaki widziałem na ekranie. Rzadko kiedy występuje w grze cisza. Nasza bohaterka nieustannie atakowana jest zewsząd krzykami, szeptami, śmiechami. Głosy czasami podnoszą ją na duchu, innym razem sugerują rezygnację i poddanie się. Ich ton może zmienić się w ułamku sekundy – od spokojnego tonu do jawnego ataku i wrzasku. Jest to bardzo niepokojąca i unikalna rzecz, z którą nigdy wcześniej się nie spotkałem. Przy okazji daje to nam posmak tego, co odczuwa nasza bohaterka, zupełnie jakbyśmy zagłębiali się w jej głowie. W ogóle Hellblade ciekawie porusza się na granicy rzeczywistości i omamów. Cała przedstawiona tu historia bywa bardzo umowna, a my po wszystkim pozostajemy z pytaniem, co było rzeczywistością, a co halucynacjami.
Poza oprawą dźwiękową, gra potrafi też fantastycznie wyglądać. Lokacje, które odwiedzamy, czy projekt stroju protagonistki prezentują się wyśmienicie. Sama siła i realność ekspresji bohaterki, za którą odpowiedzialna jest Melina Juergens, to szczyt szczytów aktorskich. Reszta oprawy wizualnej to również coś ciężkiego do określenia słowami. W ogóle chyba nigdzie indziej nie czułem, jak bardzo namacalna może być ciemność. Tutaj od pewnego momentu jest jej coraz więcej i znajdując się w skórze naszej bohaterki, zmuszani jesteśmy do przemierzania oblepiającego nas mroku. Dosłownie czułem jakbym stopił się z ekranem, grzęznąc w ciemności, która pochłaniała naszą protagonistkę. Nie wiem, jak zrobili to twórcy produkcji, ale wszelka gra światła i cienia wygląda tu fantastycznie. Do tego dochodzą takie efekty jak rozwarstwianie się niektórych widoków podczas ruchu kamerą, dziwne zlewanie się obrazów, pojawiające się w tle twarze, mocne światła zalewające kadry na przykład krwistą czerwienią. Jest tego ogrom i po prostu brakuje mi tu pojęć, by chociaż trochę przybliżyć wam to, co widziałem.
Nie zdradzając za dużo, jest w grze pewien moment, gdy w niemalże całkowitej ciemności musimy przekradać się obok dziwnych, niebezpiecznych istot. Wygląd tej sceny jest czymś, czego chyba nigdy nie zapomnę. Na ekranie mrok, przetykany malutkimi nitkami światła, ledwie zarysowującymi to, co dzieje się wokół nas. My, z walącym w piersi sercem, właściwie na chybił trafił próbujemy przemknąć obok strasznych zarysów wrogów. Wrogów będących dziwnymi, pulsującymi plamkami światła, których szczegółów nie jesteśmy w stanie dostrzec, jednak są one na tyle wyraźne, że wyobraźnia zabiera się do roboty, podrzucając nam koszmarne wyobrażenia tego, co kryje się w ciemności. Gra momentami naprawdę mocno wjeżdża w atmosferę horroru. Spróbować w ten sposób zadziałać na wyobraźnię odbiorcy i zrobić to dobrze to sztuka rzadka i wybitna.

Być może w tym momencie stwierdzicie, że nie jest to produkcja dla was. Hellblade nie jest prostym i przyjemnym doświadczeniem. Jednak tym, za co pokochałem ten tytuł, są promienie światła, które odnajdujemy przez całą drogę naszej bohaterki. Senua jest momentami dręczona a świat i wydarzenia na ekranie odrzucają. Jednak za każdym razem, po każdym złym wydarzeniu napotkamy skrawki dobra i piękna, czy to w świecie gry, czy w naszej bohaterce. Mimo tego, co przeżywa Senua, bije z niej bez przerwy niewiarygodna siła i nadzieja, która udziela się odbiorcy.
Hellblade to produkcja w stu procentach skoncentrowana na opowiedzeniu swojej historii. Może nie nazwałbym jej symulatorem chodzenia, ale zbliża się do tych rejonów. Większość rozgrywki polega na rozwiązywaniu prostych i ciekawie prezentujących się zagadek. Mamy odnajdywanie symboli otwierających bramy na naszej drodze, odbudowę konstrukcji z resztek wspomnień czy przeskakiwanie między różnymi wersjami rzeczywistości. Pomachamy też nieco mieczem, co nie jest skomplikowaną mechaniką, ale za to prezentuje się bardzo efektownie. Podczas zwiedzania kolejnych miejscówek dane nam będzie również odkrywać specjalne miejsca, w których posłuchamy opowieści o niektórych postaciach z nordyckiej mitologii. Pod względem mechanik jest tu skromnie, ale nie na tyle, by się szybko znudzić.
Tytuł studia Ninja Theory nie jest produkcją idealną. Model rozgrywki jest dość powtarzalny i razi liniowością. Gra jest też krótka, bo można skończyć ją spokojnie w sześć godzin. Jednak kto by się tym martwił w sytuacji, gdy odpalając Hellblade można całkowicie wsiąknąć w ten dziwny, pokręcony świat. Zatopiłem się w tej historii, zapominając o tym, co wokół mnie. Polubiłem główną bohaterkę, patrząc na przedstawione wydarzenia jej oczami. I jak już kilka razy wspomniałem, nie jest to miłe doświadczenie, ale choćby fakt, że potrafi we mnie wywołać mocniejsze uczucia, jest czymś, o czym warto opowiedzieć. Na pierwszy rzut oka odpychający, nieprzyjemny i przerażający twór zawiera w sobie dużo światła i dobra, które z czasem zaczniemy dostrzegać. Grając przez te kilka godzin, odczuwałem nieodparcie, że jest to dzieło sztuki, coś, co porusza i przyciąga do siebie nieustannie. Nie będzie to rzecz, przy której będziemy chcieli przysiąść, by się zrelaksować po pracy. Jednak to jeden z przykładów, gdzie warto dać się przetyrać, by wyciągnąć w późniejszej perspektywie dużo dobra. Żal byłoby nie polecić tej gry. Senua to jedna z najciekawszych growych postaci w ogóle, a jej historia to coś, co tak po prostu przykro byłoby ominąć.

Kocham popkulturę i uwielbiam zatapiać się w światach kreowanych w książkach, filmach, serialach, grach czy albumach muzycznych. Lubię dzielić się swoją pasją z innymi, opowiadając o pięknie, które możemy wyciągać z dzieł kultury.






