Nie będę chyba odkrywczy, jeśli powiem, że pierwszy sezon X-Men ’97 był ogromnym sukcesem i wielką niespodzianką. Coś co zapowiadało się jak zwykły nostalgia bait, okazało się być fantastycznym serialem i czymś co od dawna było potrzebne w świecie animacji o superbohaterach, czyli dojrzałą historią, która jest angażująca dla starszego widza i jednocześnie nie boi się garściami czerpać z materiału źródłowego. Dwa lata od premiery w końcu doczekaliśmy się nowego sezonu i w związku z tym postanowiłem podzielić się swoimi wrażeniami.
Po seansie pierwszych trzech odcinków mogę powiedzieć, że powróciło wszystko to, co uczyniło pierwszy sezon tak wyjątkowym. Mam tutaj na myśli piękne ukazanie relacji między postaciami, ogromną miłość do materiału źródłowego oraz bardzo angażującą akcję i fabułę. We wszystkich z wypuszczonych epizodów mamy skupienie na innej grupie postaci w różnych liniach czasowych. Każdy odcinek mogę pochwalić za coś innego.
W poprzednim sezonie jednym z silniejszych punktów były relacje pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny Summersów. Teraz w pierwszym odcinku wróciliśmy do tego wątku i dalej on działa. Rozmowa Scotta i Jean z Nathanem na statku Apocalypse’a była niezwykle emocjonalna. Dało się odczuć więź pomiędzy tymi bohaterami, a także to, co przeszli. Scott i Jean dalej przeżywają utratę swojego syna zaraz po jego narodzinach, a sam Nathan zmaga się z tym, że całe życie nie znał swoich rodziców. Teraz w końcu mają szansę odzyskać choć mały fragment straconego czasu i chcą to wykorzystać w 100%. Podobały mi się też dialogi na koniec odcinka, gdzie wszyscy próbowali odwlec moment powrotu do teraźniejszości, aby pobyć jeszcze razem.
Odcinek drugi zrobił na mnie niezwykle pozytywne wrażenie przedstawieniem nowych postaci. Oczywiście, dalej sercem fabuły byli Cable i Jubilee (trochę też Sunspot, choć w mniejszym stopniu), których znaliśmy wcześniej, ale wprowadzono dwie nowe grupy: X-Factor i X-Force, które mają długą i ważną historię komiksową. Szczególnie uderzyło mnie wprowadzenie tej pierwszej drużyny, bo seria X-Factor Petera Davida z 2005 roku jest jednym z moich ulubionych komiksów i cieszę się, że postacie takie jak Madrox czy Wolfsbane mogą zostać poznane przez szeroką publikę. Domyślam się, że z uwagi na potencjalne dramaty rodzinne najwięcej miejsca dostaną Havoc i może Polaris, ale tutaj też widzę potencjał na bardzo udane wątki i w przyszłości liczę na większą rolę dla reszty X-Factor. Nieco podobny przypadek mamy w X-Force, bo dano miejsce Psylocke i Archangelowi, również ciekawym postaciom i tutaj cieszę się, że Betsy ma brytyjski akcent, co jest zgodne z komiksami. Emma Frost dostała małą, ale niesamowicie wyrazistą rolę, jestem zachwycony jej występem. Szczególnie mówię tutaj o starciu X-Force z X-Factor, gdzie White Queen po prostu sobie siedzi i aktywuje diamentową skórę, dzięki czemu nie musi się przejmować tym, co się dzieje wokół niej, to było wspaniałe po prostu.
W komiksach X-Force jest drużyną do zadań specjalnych, gdzie często dochodzi do bardziej kontrowersyjnych, pod kątem moralnym, decyzji. Postacie takie jak Cable, Psylocke czy Archangel idealnie do tego pasują, w komiksowym uniwersum wszyscy na jakimś etapie byli w tej drużynie. Jubilee pełni tutaj rolę a fish out of water, ponieważ jest przyzwyczajona do innego typu działań. Podobało mi się że pokazanie sporu na linii Jubilee-Cable na tej zasadzie, że każde z nich ma swoje zasady i jest gotowe ich bronić.
Najmniej mam do powiedzenia o trzecim odcinku z uwagi, że jest on dopiero pierwszą częścią i w następnym epizodzie dostaniemy kontynuację. Co natomiast mogę pochwalić to relacja Magneto i Profesora X. Jest to duet, który ma ogromne szczęście do adaptacji i to zarówno live-action, jak i animowanych. Dalej bardzo fajnie ukazana jest przyjaźń oraz rywalizacja między tymi dwoma postaciami oraz to, że nawet teraz, pomimo wspólnych celów, obaj przyjmują inne drogi do ich osiągnięcia.

Twórcy w dalszym ciągu mają talent do kreatywnego pokazywania mocy postaci. W dosłownie pierwszym odcinku poprzedniego sezonu mieliśmy Cyclopsa, który dynamicznie i pomysłowo korzystał ze swoich laserów, Gambita, który ładował pazury Wolverine’a oraz Storm, która była potęgą sama w sobie i za sprawą jej umiejętności piasek na pustyni zamieniał się w szkło. Teraz nie dostaliśmy tego w takich dawkach, ale Jubilee otrzymała naprawdę rewelacyjną sekwencję, która była chyba moim ulubionym momenten ze wszystkich trzech odcinków. Oglądałem ją i byłem zachwycony. Złożyło się na to połącznie akcji, kreatywności i dobrze dobranej muzyki.
Również w temacie kreatywności mogę pod to podpiąć zabawę openingiem, która także działała świetnie w pierwszym sezonie. W klasycznej serii był taki sam w każdym odcinku, a w X-Men ’97 zmienia się w zależności od tego jakie postacie w danym odcinku wchodzą w skład drużyny. Z jednej strony jest to detal, a z drugiej dodaje sporo życia w tym serialu i stanowi dodatkową motywację oprócz muzyki, aby nie przewijać wstępu. Szczególnie muszę tutaj pochwalić drugi odcinek, gdzie opening dosłownie przeszedł rebranding na X-Force.
Pomimo tego, że jest sporo do chwalenia to niestety nie są to odcinki pozbawione wad. Największą z nich jest zdecydowanie tempo, które w mojej opinii jest za szybkie, szczególnie tyczy się to pierwszego odcinka. Podczas oglądania czułem się jakbym oglądał streszczenie historii i sporo wątków nie wybrzmiało tak jak mogłyby. Chwaliłem dialogi i relacje pomiędzy Summersami, ale nie ukrywam, że więcej scen pomiędzy nimi przed akcją na wrogim statku sprawiłoby, że ten wątek wypadłby jeszcze lepiej. Zbyt szybkie tempo oddziałuje też na akcję, ponieważ w 30-minutowym odcinku trzeba było upchnąć ponowne wprowadzenie do fabuły, konflikt rodzinny wraz z jego rozwiązaniem, walkę z przeciwnikami oraz pożegnanie i powrót do teraźniejszości. W negatywnym sensie uderzyła mnie łatwość z jaką bohaterowie poradzili sobie z Jeźdźcami Apocalypse’a. Przymierzam się właśnie do ponownego przeczytania Uncanny X-Force Ricka Remendera, gdzie także Apocalypse jest głównym przeciwnikiem, i to właśnie na Jeźdźcach z tego runu bazowano tych, których zobaczyliśmy w premierowym odcinku. W komiksie każdy z nich miał opisaną swoją historię, swoje moce i co najważniejsze, wszyscy stanowili realne zagrożenie i ilekroć się pojawiali było pewne, że mutanci będą mieli poważne problemy. Tutaj są zupełnie bezpłciowi, a ich pojawienie ogranicza się do dwóch scen, z czego już w drugiej zostają bez trudu pokonani. I tak, rozumiem, że najpewniej w kolejnych odcinkach dostaniemy zupełnie nowych Jeźdźców (z czego prawie na pewno jednym z nich będzie wskrzeszony Gambit) i ci z przyszłości nie mieli być ważni, ale wiedząc, jak lepiej można było to poprowadzić nie jestem w stanie na to nie narzekać. Najmniej na problemy z tempem cierpi odcinek trzeci, ale to akurat nic dziwnego z uwagi, że czeka nas jeszcze druga część. Przy pierwszym też by się przydała taka formuła, ale podejrzewam, że przy tej liczbie odcinków po prostu nie było na to miejsca.
Pierwsze trzy odcinki drugiego sezonu wywarły na mnie pozytywne wrażenie. Tempo jest odczuwalną wadą, ale nie brakuje elementów, które bardzo dobrze działają. Mam zaufanie do twórców i cieszę się, że teraz przez jakiś czas raz w tygodniu będę mógł zaglądać do świata X-Men. Pora też wrócić do komiksów z tymi bohaterami.

Z zawodu psycholog, poza pracą (a nawet w trakcie) nerd. Uwielbia popkulturę, a wolny czas poświęca na oglądanie filmów i seriali, czytanie książek i komiksów, granie w gry komputerowe. Doctor Who towarzyszy mu ponad pół życia, a jego ulubione wcielenie to Jedenasty. Kocha dzielić się swoimi pasjami, a także łączyć je prowadząc konto na Instagramie psychologia_popkultura czy wykorzystując w pracy z pacjentami techniki Superhero Therapy.






