11% – taki właśnie odsetek społeczeństwa stanowią mężczyźni w rewelacyjnej powieści Maren Uthaug.
Apokalipsy płci, apokalipsy dżenderowe (gender apocalypse) to mikropodgatunek science fiction, który opiera światotworzenie na całkowitej likwidacji bądź mocnym ograniczeniu jednej z płci. Bywa to dość koślawe, bo często taka koncepcja bazuje na bardzo binarnym postrzeganiu płci – o czym niżej – lub mało porywającym uzasadnieniu tej wielkiej zmiany, stanowi jednak niesamowicie ciekawe ćwiczenie wyobraźni, dające szerokie pole do socjologicznego gdybania.
Od dawna marzą mi się na Whosome recenzje książek wydawanych przez ArtRage, zacznę więc: chcę wam polecić 11% Maren Uthaug w przekładzie Joanny Cymbrykiewicz. Założenie jest takie: w pewnym momencie kobiety na całym świecie wyzwoliły się z patriarchatu. Doszły do wniosku, że świat w ówczesnej formie zmierzał prosto ku katastrofie, a winni są mężczyźni ze swoim rozchwianiem emocjonalnym, brakiem szacunku do natury i wykorzystywaniem kobiet. Wojnom byli winni mężczyźni; gwałtom byli winni mężczyźni; przemocy najczęściej byli winni mężczyźni – ciężko się z tym nie zgodzić. Doszło więc do przełomu i Ewolucji, i po kilkuset latach lądujemy w świecie rządzonym przez kobiety, w którym mężczyźni stanowią 11% populacji (wyliczono, że tyle potrzeba do zachowania zdrowia genetycznego) i są ściśle kontrolowani. Zostali zamknięci w ośrodkach i przemienieni w źródło rozrywki i nasienia; nie potrafią mówić i nie mają absolutnie żadnej możliwości decydowania o sobie. Gdy przychodzi jakaś kobieta, by uprawiać seks, dostają zastrzyk na erekcję; poza tym są naćpani, wytresowani i pod ciągłym nadzorem.
Na pierwszym planie mamy więc bohaterki – wspaniałe bohaterki – dostarczające różnych perspektyw do poznawania tego świata. Wiedźma Medea żyje w klasztorze mieszczącym się w popadającym w ruinę starym budynku z czasów patriarchatu i manifestuje co piątek swoje poparcie dla zupełnie niepopularnej idei, by traktować mężczyzn jak ludzi. Wicca jest dziedziczką rodu chrześcijańskich kapłanek, której umierają jednak kolejne ceremonialne węże, a ogólnie to woli seks od kapłaństwa. Cicha, Eva, Najstarsza, Kali… Zamieszkują świat w zasadzie solarpunkowy, w którym ślady upadłej cywilizacji powoli pochłania przyroda, pamięć o przeszłości sprzed rewolucji zanika – nie dowiadujemy się, jak ten moment przełomu wyglądał ani co bezpośrednio go spowodowało – a ludzie w zgodzie zakładają komuny i rodziny, mieszkają w domach pełnych łuków i miękkich kształtów, i wypełniają z entuzjazmem swoje role.
O ile, oczywiście, żyją w zgodzie z normą; jeśli pod jakimś względem się z niej wyłamują, to jest im o wiele trudniej i solarpunk okazuje się raczej dystopią.
Jest w tej wizji trochę elementów przerysowanych, żywcem wyjętych z prawicowej histerii, jak lekcje onanizmu; dość mocna koncentracja na seksualności, niekoniecznie takiej zawierającej penisy; ale też mnóstwo niesamowitych ludzkich historii, relacji, które rozkwitają i więdną, myśli o przemijaniu i utracie sił, gorączkowych poszukiwań. Rzeczywistość z każdą kolejną sceną staje się bardziej niejednoznaczna, choć – jak być może niektórzy z was by się tego spodziewali – nie dlatego, że kobiety tak naprawdę nie są w stanie funkcjonować bez mężczyzn. Ależ są. Żyjąc jednak ciągle w rewolucyjnym trybie podszytym lękiem, podchodzą bardzo rygorystycznie do fundamentów swojego społeczeństwa, od czego nieraz odbija się jednostkowe wyobrażenie szczęścia.
Zarysowana mocno sytuacja społeczna, która stanowi istotne tło i wpływa na bohaterki na każdym kroku, jest jednak właśnie tym – tłem. Istotne są postaci i ich niesamowite biografie, pełne tajemnic, zwrotów akcji, nieszczęść i dramatów, niefortunnych zbiegów okoliczności, ale też momentów ukojenia i kruchego szczęścia. Czyta się to trochę jak dziwne puzzle; zajęło mi dłuższą chwilę rozgryzienie, gdzie jestem i w jakich warunkach się poruszam, musząc równocześnie nadążać za wątkiem Medei (poznajemy ją w momencie, gdy piecze miłosne ciasteczka z czekolady i krwi menstruacyjnej) i składać sobie w całość porozrzucane wskazówki na temat jego szerokiego kontekstu. Była to jednak wyśmienita zabawa i choć na koniec nie sposób powiedzieć, że się ten świat rozumie, to dostaje się bardzo satysfakcjonującą historię, w której to, co powinno się spiąć, wspaniale się spina, ale nie uzyskujemy odpowiedzi na wszystko.
No ale właśnie, jak to jest z tą binarnością? Nie jest do końca jasna linia podziału między płciami – często jest mowa o testosteronie i genitaliach, ale nigdzie nie pada wprost, jak się w tym świecie definiuje kobiecość i męskość. Mamy trochę form pośrednich – np. mężonów, czyli kobiety, które przyszywają sobie silikonowe penisy, by świadczyć usługi seksualne innym kobietom – nigdzie jednak nie pojawia się motyw transpłciowości (choć tu z pewną gwiazdką, bo jednak mamy coś na kształt – ale kontekst sprawia, że waham się przed nazwaniem tego transpłciowością). A co z osobami niebinarnymi? Na to 11% nie odpowiada, ale podobno mają powstać jeszcze dwa tomy o tytułach kolejno 88% i 1%. Co wyraźnie sugeruje, że nie ma tu dwóch płci i sytuacja jest bardziej skomplikowana. Jestem bardzo ciekawa, w jaką stronę zmierza z tym autorka. Na razie jednak koncentruje się na męskiej przemocy (mężczyźni są brutalni i nieobliczalni, nie panują nad sobą) i reprodukcji (potrzebujemy mężczyzn, by się rozmnażać, i przykładamy dużo starań do tego, by pula genetyczna pozostała różnorodna), bohaterkom dając jednak, mimo wszystko, mimo całej dystopijności – przestrzeń na oddech i poczucie bezpieczeństwa przynajmniej pod pewnymi względami.
Tym, czego się nie spodziewałam w książce takiej jak 11%, była spora obecność wątków religijnych i duchowych. Futurystyczna wizja kobiecego chrześcijaństwa trochę mnie mierziła (naprawdę musicie to ciągnąć?), ale była też fascynująca: rody kapłanek, rytualne przemawianie głosem Matki pod wpływem ugryzienia przez węża, jedzenie jabłek przed nabożeństwem… Jest to całkiem ciekawie pomyślane. A zarazem nie ma ani cienia sugestii, że to religia dominująca. Zna swoje miejsce. Działa na rzecz statusu quo, ale nie narzuca się za bardzo. A jest tu i miejsce na magię, bo choć raczej mało kto wierzy, że Medea naprawdę ma moc, to ona… ewidentnie ją ma, a przynajmniej ja się tego trzymam!
Połknęłam 350 stron 11% w dwa dni; dawno mi się niczego tak dobrze nie czytało. Za każdym razem, gdy zmieniała się główna bohaterka, czułam lekkie rozczarowanie, ale bardzo szybko o nim zapominałam, wciągnięta w kolejną historię dopełniającą poprzednie, by na koniec ujrzeć całą tkaninę splecioną z tych wątków i stwierdzić, że zaraz się zabieram za kolejną książkę od ArtRage. Szykują mi się więc fenomenalne święta.
PS. Moim pierwszym zetknięciem się z gender apocalypse był opowiadanioesej Weroniki Mamuny, który miałam przyjemność przetłumaczyć z angielskiego. To świat Sandry Newman (my w nim tylko umieramy) weszło w skład antologii Słowo queer znaczy dziwny, którą za darmo można pobrać tutaj: LINK.
Maren Uthaug, 11%, przeł. Joanna Cymbrykiewicz, ArtRage 2024

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






