What is your substance, whereof are you made,
That millions of strange shadows on you tend?
Since every one hath, every one, one shade,
And you, but one, can every shadow lend.
Z jakiegoż to być może ciało twe tworzywa,
Że tłum niezmierny cieniów, jak dwór, służy tobie?
Przy człowieku nad jeden cień więcej nie bywa,
A ty, ile zapragniesz, masz ich ku ozdobie.
Tłumaczenie: Władysław Tarnawski
Nikt nie czyta recenzji drugich części bez choćby pobieżnej znajomości części pierwszej, prawda? A jeśli już taka zielona w temacie osoba jednak się zdecyduje na lekturę, pewnie będzie się spodziewała spoilerów, co nie? Zatem, droga Osobo Czytelnicza, przejdźmy do recenzji Emily Wilde’s Map of the Otherlands[1] bez zbędnych wstępów – wiesz na co się piszesz.
Z Emily Wilde i jej wkurzającym kolegą po fachu/ukochanym księciem elfów Wendellem Bamblebym spotykamy się jakiś (nie za długi) czas po zakończeniu pierwszego tomu. Akademicki duet szykuje wspólnie wyprawę do Austrii, gdzie prawdopodobnie znajdują się drzwi do królestwa Wendella. Nagle jednak sprawa odnalezienia przejścia staje się kwestią życia i śmierci – całkiem dosłownie, bowiem królowa krainy wróżek i macocha Bambleby’ego wybrała sobie akurat ten moment, żeby swojego pasierba usunąć z grona żywych. Para zatem w pośpiechu rusza w Alpy, w towarzystwie małoletniej bratanicy i studentki Emily oraz dziekana wydziału driadologii na Cambridge. Tam czeka ich sprawdzanie miliona drzwi do różnych wróżkowych krain, poszukiwanie zaginionych przed laty naukowców, oraz zmaganie się z konsekwencjami ataku na Wendella…

Chciałabym móc powiedzieć, że drugi tom trylogii o Emily Wilde jest równie dobry co pierwszy. Niestety jednak troszkę mu ustępuje. Może to kwestia atmosfery tajemnicy, która przenika każdą stronę Encyclopaedia of Faeries, ale na końcu zostaje jednak… rozwiązana. W Map of the Otherlands mamy od razu wyłożone karty na stół: wiemy, dokąd się udajemy i po co, znamy już wielki zwrot akcji z części pierwszej (żodyn się nie spodziewał, że Wendell okaże się elfem, żodyn), no i raczej wiemy, że pomimo wysokiej stawki wszystko skończy się dobrze. Heather Fawcett zdaje sobie z tego sprawę, dokłada więc tajemnicę zaginionej naukowczyni, Dani de Grey, która oczywiście zna lokalizację przejścia do krainy Bambleby’ego i dlatego jest naszym bohaterom niezbędna. Jak się okazuje, nie tylko ona przepadła bez wieści w przenikających się elfich krainach. W ślad za nią bowiem podążył też jej partner, który co jakiś czas tajemniczo pojawia się na drodze naszej drużyny. Dość szybko okazuje się, że zaginiona para błąka się nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie – co może brzmi jak oryginalne rozwiązanie, ale przyznam szczerze, że… mnie trochę odrzuciło.
Zauważy_ście może, że gdy trzeba podbić stawkę w sequelach, to ich twórczy często sięgają po motyw podróży w czasie czy też wręcz walki z czasem? Alicja po drugiej stronie lustra Tima Burtona. Hades 2. God of War 2. X-Men: Przeszłość, która nadejdzie. Terminator 2 (okej, tam w sumie cała franczyza na tym stoi, ale wiecie, o co mi chodzi). W tym momencie historii popkultury i nie tylko takie rozwiązanie zaczyna być już oklepane. Zastanawiam się, z czego może wynikać popularność tego motywu. Czy należy na to spojrzeć psychoanalitycznie? Że czas jest najgorszym wrogiem człowieka, więc walka z nim to walka z Tanatosem, odsuwanie własnej śmiertelności? A może lepsze byłoby odczytywanie tego motywu w kategoriach politycznych: jako symptom niepokoju co do przyszłości, pomieszanie nostalgii z przerażonym pytaniem „jak my się tu znaleźliśmy”…?
Ekhm, wracając do książki Fawcett. Na szczęście nie posunęła się ona tak daleko, żeby aż konfrontować swoich bohaterów z czasem antropomorfizowanym, ale nie ukrywam, że ta cała przeprawa przez wątek naukowców była dla mnie nieco męcząca. Choć obserwowanie utyskiwania Emily na Wendella i jej niezręcznych interakcji ze wszystkimi wokół poniekąd mi to wynagradzało. Jeśli ta postać nie była pisana jako autystyczna, to naprawdę już nic nie wiem. Uwielbiam Emily Wilde, bohaterkę, której jedyną predyspozycją do bycia główną bohaterką w jakiejkolwiek opowieści są jej kompetencje badawcze. No i romans, którego sama się chyba nie spodziewała, przeciwko którego eskalacji protestuje, ale cóż, miłość jednak jest silniejsza. Sam Wendell też jest, jak zwykle, absolutnie fantastyczny. Czy chciałabym go poznać w prawdziwym życiu? Niekoniecznie. Ale czytać o nim mogę zawsze.
Tak naprawdę powieść rusza z kopyta dopiero po jakichś dwustu stronach, wtedy, gdy nasza drużyna odnajduje de Grey i jej faceta (co za niespodzianka) i gdy Emily może w końcu wyruszyć do krainy Wendella. Wtedy wreszcie wraca posmak tej cudownej tajemnicy z części pierwszej, pojawia się też napięcie – tak silne, ze skończyłam lekturę o jakiejś trzeciej w nocy. A wcześniejsze dwieście stron męczyłam tydzień… Nie będę tutaj zdradzać za wiele, ale dla tego fragmentu naprawdę było warto kupić książkę.

Choć muszę podzielić się taką refleksją, że rozwój akcji, włącznie z zakończeniem drugiego tomu, kazał mi jednak zwątpić w kompetencje Emily… A może nie tyle kompetencje, bo nadal ma ona wiedzę i instynkt, jak postępować z wróżkami i elfami, ale w jej profesjonalizm. No bo driadolodzy, podobnie jak antropolodzy i etnografowie z naszego nudnego, przyziemnego świata, raczej nie powinni ingerować w to, co obserwują (poza faktem samej obserwacji, który jak wiadomo trochę zmienia rzeczywistość, no ale tego się nie da się uniknąć), prawda? PRAWDA? No więc Emily, mimo wielokrotnych ostrzeżeń ze strony dziekana, Rose’a Farrisa, angażuje się raz za razem. W kilku momentach nawet… za bardzo. Ale cóż, może po prostu nawet najlepsi naukowcy i najlepsze naukowczynie mają czasem potrzeby pozaakademickie. A poza tym czas akcji to 1910 rok, wtedy jednak może panowało nieco inne podejście… Ale nie, nawet sama Emily wie o tym, że przekracza granice. Cóż, gdyby ich nie przekraczała, to byśmy nie mieli co czytać. Ale materiał do przemyśleń na temat etyki badań aż się z tej części wylewa.
Napisałam już, że w moim odczuciu Map of the Otherlands jest o oczko gorsze od Encyclopaedia of Faeries. Zdecydowanie jednak nie żałuję zakupu ani czasu poświęconego na lekturę, co czasami ma miejsce przy nieudanych sequelach. Po prostu w tej części bardziej czuć schemat, znane motywy literatury gatunkowej i popularnej nieco bardziej prześwitują przez powierzchnię opisów, akcji i dialogów. Ale ostatnie 150 stron, a zwłaszcza zakończenie daje nadzieję, że trzeci tom całkowicie odepnie wrotki w stronę życia we wróżkowych krainach – nie ukrywam, o tym poczytałabym najchętniej. Czy moja nadzieja się sprawdzi? Dam znać w recenzji na Whosome 🙂
[1] Po polsku powieść ukazała się nakładem wydawnictwa Mag, pod tytułem Atlas zaczarowanych krain. Za polski przekład odpowiada Anna Reszka.

Tłumaczka i doktorantka nauk humanistycznych. Kocha gonitwy za ulotnymi ideami w lesie kultury i wiedzy. Rezultaty łowów przedstawia między innymi na blogu „dziewiętnaście czwartych” (stąd pseudonim na Whosome) oraz w audycji „dancing in dystopia” w Radiu Kapitał. Lubi spędzać czas z bliskimi, robić staromodne zdjęcia, śpiewać i tańczyć z wachlarzami. Stara się być porządną osobą.






