Od połowy XIX wieku kolonialne imperium brytyjskie sprowadzało na wyspy Trynidad i Tobago, położone u północno-wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej, robotników z Indii do pracy na plantacjach tytoniu, kakaowca i trzciny cukrowej (obecnie ludność o pochodzeniu indyjskim stanowi około jedną trzecią mieszkańców wysp). Przez kolejne dekady stworzyli oni liczną społeczność żyjącą w kulturowym odosobnieniu i w ciężkich warunkach, z niewielkimi szansami na awans czy zmianę swojego losu. To właśnie w świecie indyjskich Trynidadczyków osadził akcję swojej powieści Głodne duchy Kevin Jared Hosein.
Trynidadzki pisarz zaprasza nas do siebie, razem jednak cofamy się w czasie i lądujemy w latach czterdziestych XX wieku. Klasyczna struktura „ci na górze i ci na dole” realizuje się całkiem dosłownie: mamy rezydencję wznoszącą się na wzgórzu i położone w dolinie miasteczko Bell, a pod Bell, nad rzeką – slumsy, w których w rozpadającym się baraku podzielonym na kilka mieszkań tłoczą się rodziny robotników pracujących na plantacji. Tam właśnie mieszkają Hans, Szueta i Kryszna. On pracuje fizycznie, ona – od lat zgięta pod ciężarem żałoby – próbuje tworzyć rodzinie miejsce do życia i ją wykarmić, a nastoletni Kryszna, dręczony przez rówieśników, marzy o zmianie; przepaść, która oddziela go od innych, jest dla niego doskonale widoczna, ale nie do przeskoczenia.
Dalton i Marlee Changoor ze swojego wzgórza nie widzą i widzieć nie chcą tego, co dzieje się poniżej. Opływają w luksusy (w porównaniu z sąsiadami), ale nie są szczęśliwi – skrajnie neurotyczny Dalton, prowadzący niejasne interesy, łatwo chwytający za broń, chwiejny i przywiązany do swoich rutyn daje Marlee wygodne miejsce do życia, ale narzuca jej wąskie ramy, w których kobieta może się poruszać, i w zasadzie zmusza ją do zbudowania sobie zupełnie nowej tożsamości według jego wytycznych. Ona nie ma wiele przeciwko temu, bo docenia swój awans, jest jednak życiem, które wiedzie, znudzona i sfrustrowana; sama trochę już nie wie, kim jest, i nie widzi możliwości, że cokolwiek się zmieni.
Oba światy się krzyżują, kiedy Hans porzuca pracę na plantacji i zostaje pracownikiem rezydencji Changoorów. Ma nadzieję, że wyższe zarobki pozwolą mu podnieść nieco status rodziny, może nawet kupić działkę w Bells, o co Szueta od dawna wierci mu dziurę w brzuchu, śmiertelnie zmęczona szczurami, przeciekającym dachem i słyszeniem każdego dźwięku wydawanego przez sąsiadów – i marząca o lepszej przyszłości dla zdolnego syna. Wszystko zdaje się wieść ku lepszemu aż do momentu, gdy Dalton niespodziewanie znika, pozostawiając Marlee na włościach. Marlee, która naprawdę nic nie wie i w nagłej wolności, nie wiadomo, jak długiej, całkiem się gubi. Ma też trochę dodatkowych powodów do niepokoju. Na szczęście jest Hans – godny zaufania pracownik, który zgadza się, w zamian za solidną premię, objąć funkcję nocnego strażnika posiadłości.
To nie jest punkt wyjścia do horroru pełnego złowieszczych karaibskich straszności. Jest to, niestety bądź stety, opowieść o ludziach, a tytułowy głodny duch – to ta część człowieka, która zawsze chciałaby więcej i lepiej, i czasami, dążąc ku temu, nie baczy ani na to, co zostawia za sobą, ani na to, po czym depcze. Głodne duchy to opowieść o pragnieniu społecznego awansu, o nitce łączącej nas z przeszłością, której można się trzymać, a którą można też spróbować przeciąć (czy jednak się to uda?), o dziedziczeniu traumy i wzorców przemocy, z czego niezwykle trudno się wyrwać, nawet kiedy ma się ich świadomość. Jest to opowieść o ludzkim okrucieństwie (także wobec zwierząt – ostrzegam, trochę tego tam jest) i egoizmie, o braku jasnej komunikacji i nieszczęściach z tego wynikających. Czyni to powieść nie tyle pocztówką z dawnego Trynidadu, egzotyczną wycieczką, co historią unoszącą się ponad czasem i przestrzenią, boleśnie uniwersalną tragedią (przyznam, że natężenie nieszczęść w pewnym momencie nawet mnie zaskoczyło). Jest mrocznie, smutno i okrutnie – a zarazem bardzo pięknie, bo język, jakim operuje Kevin Jarden Hosein, jest dopracowany i bogaty (ukłon w stronę tłumaczki, Zofii Szachnowskiej-Olesiejuk, która świetnie oddała potoczność i slangowość języka bohaterów).
Bratanica rybaka podziwiała amerykańskich oficerów, bywało, że im po prostu zazdrościła. Tego, że mogą wyrwać się z okowów lądu i mieć za przewodników wiatr i gwiazdy. Patrzyła na nich, nie mogąc oderwać wzroku. Na ich ramiona ledwo mieszczące się w mundurach, szerokie niczym niszczyciele, na których pływali. Mięśnie wypełniające jędrne ciała, naprężone od ciągnięcia gigantycznych ślimaków z linami okrętowymi grubszymi od ich kości. Port w mieście rozbrzmiewał odgłosami ich gwizdów i rozmaitych instrumentów. Wszyscy byli ofiarami tropikalnej pogody. Poparzona słońcem skóra, czerwonawa jak język bizona, nieustannie się im łuszczyła. Mężczyźni stanowili przedłużenie swoich statków, byli morskimi wędrowcami. Ich niebem był szeroki ocean, a gwiazdy co noc spadały do ich morza.
(…)
Któregoś razu starsza kobieta z wioski złajała bratanicę rybaka za podziw, z jakim dziewczyna patrzyła na oficerów. Powiedziała jej, że po hiszpańsku takich mężczyzn określa się przymiotnikiem encantado. Encantado, ciągnęła, to delfiny przybierające ludzką postać. Prawdziwi ludzie biesiadowali z ludźmi-delfinami, potem ludzie-delfiny zaciągali ich do łóżka, kiedy było już po wszystkim, na powrót wyrastały im płetwy i czym prędzej wracali do rzeki. Encantado dawało się rozpoznać po otworze nosowym na czubku głowy. Dlatego większość z nich ukrywała go pod kapeluszem.
Nie jest to do końca literatura, po jaką zazwyczaj sięgam; może trochę wolałabym jednak karaibską straszność od uniwersalnego ludzkiego egoizmu, Głodne duchy wciągnęły mnie jednak i zahipnotyzowały, zwłaszcza na poziomie języka. Jeśli bliżej wam do powieści historycznych i obyczajowych kładących nacisk na definiowanie człowieczeństwa i jego nie najlepszych stron – Głodne duchy powinny wam dostarczyć materiału do rozkmin i być może ich duszna atmosfera, powodowana nie tylko klimatem i rzucającą wyzwania przyrodą, zostanie z wami na dłużej.
Kevin Jared Hosein, Głodne duchy, przeł. Zofia Szachnowska-Olesiejuk, Czarne 2025. Dziękuję wydawnictwu za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






