Lesbijska księżniczka z kosmosu, australijska animacja, która wchodzi właśnie do polskich kin, jest dokładnie tym, co zapowiada tytuł: historią lesbijskiej księżniczki z kosmosu. Animacja ani przez moment nie udaje czegoś, czym nie jest, można więc bez cienia wątpliwości rozsiąść się wygodnie, wyłączyć żenometr i pozwolić sobie chichotać głośno do woli.
Główna bohaterka Saira to córka dwóch królowych planety lesbijek. Zupełnie nie idzie w ślady matek. One są głośne, charyzmatyczne, przebojowe, powszechnie kochane i wiecznie zajęte – a to balem, a to burleską, a to seksem grupowym. Saira zaś jest cicha i stłamszona. A przede wszystkim samotna, bo nikt w całym kraju nie uważa jej za interesującą. Krążą nawet plotki, że jest hetero… Gdy więc interesuje się nią awanturniczka Kiki, Saira czuje, że wygrała los na loterii, złapała gwiazdkę na niebie, osiągnęła wreszcie to, co sprawi, że mamy i lud zaczną ją kochać.
Sielanka trwa jakieś dwa tygodnie, po których Kiki stwierdza, że Saira ją nudzi; ma dość jej ciągłego przepraszania i klejenia się do niej. Kiki ma dość, Kiki odchodzi.
Radosne rumakowanie Kiki też jednak nie trwa długo, bo ta wpada w łapy Uciskanych Hetero Mężczyzn. Zostaje zawieszona nad kadzią żrącego kwasu i ma służyć jako wabik na Sairę. Bo Saira ma swój monarszy labrys. A labrys jest kluczem do magnesu na kury domowe, OCZYWIŚCIE NIEUWZGLĘDNIONYM W ZESTAWIE. (To ten moment, kiedy dociera do nas, że na najwyższy szacunek zasługują osoby, które przetłumaczyły ścieżkę dialogową na polski). Saira ma dwadzieścia cztery godziny na uratowanie Kiki.

Problemów jest kilka.
Saira nigdy nie opuszczała swojej planety. W zasadzie to rzadko wychodzi z pokoju.
Saira nie ma duszy awanturniczki.
Saira nie ma również monarszego labrysu*, ponieważ ciągle nie udaje jej się go przyzwać, przez co mamy kochają ją jeszcze mniej.
W tym momencie można już się domyślić, jak potoczy się fabuła – to nie jest jakoś super odkrywcza historia, ale w ogóle nie o to chodzi. Jestem osobą, która nie przepada za animacjami, nienawidzi komedii i spędza życie w czarnej depresyjnej chmurze bycia zbyt dobrze poinformowaną, a prześmiałam cały ten film od początku do końca. Uchichrałam się jak norka, mam na to świadków.
Jest to po prostu niesamowicie celnie napisana, bezkompromisowo drąca łacha ze wszystkiego produkcja. Mogłoby się zdawać, że twórcy z dalekiej Australii nie trafią do końca w nasz zestaw odniesień, ale trafiają, jeszcze jak**. Wszyscy tkwimy w tym samym koszmarnym wszechświecie drącego mordę patriarchatu, mężczyzn, którym się wydaje, że świat powinien im Dostarczać, osób, które myślą tylko o sobie albo mają po prostu złe intencje, rodziców nienadających się do tej roli i nadmiernego psychologizowania***. Jeśli osoba oglądająca będzie chciała się na coś oburzyć, znajdzie niejedną okazję, i na zdrowie, bo żarty latają we wszystkie strony – mamy choćby postać komputera pokładowego, który jest wąsatym wujem z XXI wieku, no i nie jest to postać przyjemna ani niebudząca pewnego dyskomfortu. Natężenie gagów, odniesień do realnego świata i trudności jest potężne****. Jednymi z najbardziej negatywnych postaci są wyzwolone, pewne siebie poliamoryczne lesbijki czerpiące z życia pełnymi garściami, a po drugiej stronie mamy pozbawionych koloru inceli grających w karcianki – nie są to obrazy czarno-białe i proste. Każda postać przechodzi jakąś drogę – no, prawie każda – i przed wieloma otwierają się nowe perspektywy (niektórzy mieli je ciągle w zasięgu ręki. Szykujcie się na spore wzruszenie pod koniec!). Nie ma tu jednak uniwersalnego happy endu; są wątki, które pozostawią nas z pewnym zgorzknieniem, ale i takie, które kończą się wybuchem satysfakcji*****.

Lesbijska księżniczka z kosmosu to jedna z wielu historii o odnajdywaniu siebie, startująca z innego punktu niż wiele znanych nam historii. W świecie queerowym narracje o dorastaniu często dotyczą drogi do akceptacji swojej tożsamości. Tutaj strzałka prowadzi w nieco inną stronę; Saira nie ma wątpliwości co do swojej tożsamości czy preferencji związkowych. Jednakże każda sytuacja wyjściowa może być opresyjna, nawet gdy z pozoru wydaje się idealna. Ważne jest to, że można z niej wyjść, spotkać na swojej drodze osoby, rzeczy i miejsca, które pozwolą nam coś poukładać sobie w głowie, nabrać sprawczości, a potem wrócić i już być u siebie. Czego gorąco życzę Sairze – świetna z niej będzie królowa.
Jako antyfanka animacji nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia o warstwie wizualnej, ale szczęśliwie nie muszę nic mówić! Da się oglądać? Da się. Można się zakochać w uszach Willow? Nnno… można. Jest kolorowo, z charakterem i wszystko powstało ludzkimi rękami. Bardzo dużo się dzieje w każdym kadrze, więc rozglądajcie się uważnie.
Na koniec raz jeszcze chciałabym wyrazić głęboki szacunek do osób, które przetłumaczyły ten film na polski – trafił im się niesamowicie trudny tekst, pełen aluzji i gier słownych, także takich, które miały wyraźny odpowiednik w warstwie wizualnej (szacun za tego Szekspira, naprawdę). Śledziłam równocześnie angielskie audio i polskie napisy i miałam dodatkowy ubaw z decyzji przekładowych, które są po prostu doskonałe.
Polski dystrybutor Lesbijskiej księżniczki z kosmosu promuje film jako opcję na walentynki. Totalnie się z tym zgadzam – zabierzcie bliskie osoby i idźcie się pośmiać, bo to zbliża bardziej niż jakikolwiek cukierkowy romans.
To nie jest wpis sponsorowany. Były to bardzo godnie i właściwie wydane hajsy z własnej ciężkiej pracy. Pozdrawiam jednakże Velvet Spoon, bo robi rzeczy Dobrze.
* Mały zachwyt ode mnie, że Saira z magicznym labrysem jest stylizowana na She-Rę. Dogadałyby się! Jeśli ktoś natknie się na fanfika z tym pairingiem, bardzo proszę mi podesłać.
** Zupełnie niezamierzone było zapewne przedstawienie w filmie przez jakieś dwie sekundy Muzeum Sztuki Nowoczesnej – defaultowego białego kloca – i bardzo zabawnie było oglądać Lesbijską księżniczkę właśnie tam.
*** Żart „dlaczego dwoje psychologów nazwało dziecko Żyleta i nie przewidziało, że będzie lubić ostrza” to dobry przykład tego, jak nisko latają żarty i jakie są przy tym wyborne.
**** Saira ze swoim smętnym „dlaczego wszystko jest takie trudne?” zamieszkała na zawsze w moim sercu.
***** Nie takim.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






