Mało co dostarczyło mi ostatnio tyle radości i estetycznej satysfakcji co wydana niedawno gra Mouse: P.I. for Hire katowickiego studia Fumi Games.
W grze wcielamy się w prywatnego detektywa Jacka Peppera, który zostaje uwikłany w kolejną skomplikowaną sprawę. Podczas przygody zwiedzamy kolejne lokacje, śledząc tropy, unikając wszechobecnych zasadzek i konfrontując się z falami przeciwników. Akcja gry osadzona jest w 1934 roku w mieście Mouseburg, stylizowanym na Nowy Jork z lat 30. Miasto zaludniają (zamyszają?) antropomorficzne myszy oraz ryjówki, które uważane są za słabsze i gorsze ze względu na swój niewielki wzrost. Te ostatnie stają zresztą w pewnym momencie w samym centrum prowadzonego przez nas śledztwa.
Gra jest dosyć liniowa i jako osoby grające nie mamy tu zbyt wielkiej sprawczości w kwestii prowadzenia śledztwa czy posuwania fabuły do przodu – dopiero od połowy produkcji można wybrać, za którą nitką podąży się tym razem, ale to wybór dosyć mało znaczący. Wszelkie aktywności poboczne są bowiem skupione w miejscach, które i tak odwiedzamy w ramach głównej rozgrywki, a wykonywanie ich jest zupełnie opcjonalne.

Jack Pepper nie oszczędza nikomu kąśliwego komentarza.
Grafika i graficzność
Pierwszą, najbardziej rzucającą się kwestią, o której warto wspomnieć, jest oryginalna czarno-biała oprawa graficzna, wykonana w stylu rubberhose, znanym przede wszystkim ze starych kreskówek Disneya z lat 30., a w przypadku nowszych produkcji również z gry Cuphead. Warto docenić tu, że kolejne klatki animacji były wykonywane ręcznie, co zapewniło niezwykle płynny i satysfakcjonujący efekt końcowy. To świetny kierunek estetyczny nie tylko ze względu na fabułę, mocno nawiązującą do konwencji czarnego kryminału, ale również biorąc pod uwagę długie trwanie produkcji; stylizowana, kreskówkowa grafika starzeje się według mnie o wiele wolniej niż ta dążąca do realizmu – dobrze widać to na przykładzie gry Dishonored, która mimo tego, że została wydana prawie 15 lat temu, wciąż wygląda w miarę świeżo i oryginalnie. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że podobny los czeka również Mouse: P.I. for Hire.
Kolejny przykuwający uwagę aspekt produkcji to dosyć duża liczba konfrontacji z legionami atakujących nas przeciwników. Omawiana gra to first-person-shooter, jej lwią częścią jest zatem pozbywanie się kolejnych fal bardzo podobnych do siebie oponentów, pośród których czasami występują bossowie, wymagający specjalnego podejścia i taktyki. Mamy do dyspozycji dość pokaźny jak na rozmiar gry arsenał: od klasycznej trójcy pistolet–karabin–shotgun, przez bazookę i dynamit, po bronie niekonwencjonalne, takie jak miotacz kwasu, zamrażacz i inne, których odkrywanie jest częścią przyjemności płynącej z rozgrywki.
Przemoc nie jest zresztą w Mouse: P.I. for Hire elementem przezroczystym i bezmyślnie powielonym. Już dwuwymiarowe modele przeciwników oznaczają tu fasadowość walk; atakujące nas hordy nie składają się z myślących indywidualności, a stanowią pewną dekorację konieczną dla prezentowanej historii. Z tego też względu nieco lżej przyjąłem konieczność strzelania do piesków strażniczych, których od połowy gry jest dość sporo, choć i tak był to element rozgrywki budzący lekki niesmak. Bez wyeliminowania ostatniego przeciwnika nie można jednak przejść dalej.

W grze zwiedzimy m.in. straszny zamek, szpital psychiatryczny oraz liczne plany filmowe.
Od biura detektywistycznego po bagniska
Element strzelankowy sam w sobie jest mocno powtarzalny, dobrze więc, że podczas rozgrywki odwiedzamy wiele różnorodnych obszarów. Najbardziej w pamięć zapadła mi duża liczba lokacji związanych z kinematografią, w szczególności wytwórnia filmowa, gdzie trzeba było przebijać się przez kolejne plany reprezentujące gatunki takie jak western, horror czy kryminał (w tym momencie gra najbardziej zwracała się – z ironicznym uśmiechem – ku samej sobie). Filmowość omawianej produkcji to osobny temat – szczególnie że znajdziemy tu nie tylko postaci (detektyw, szalony naukowiec, ogarnięty żądzą władzy polityk) czy motywy (śledztwo, spisek, romans) żywo nawiązujące do starych kreskówek, ale również techniki (np. montaż czy multimodalność, realizującą się w łączeniu rozgrywki z przerywnikami filmowymi i komiksowymi). W Mouse: P.I. for Hire zwiedzamy również lokacje podwodne oraz powietrzne – sam prolog rozgrywa się zresztą na sterowcu, gdzie ścigamy jednego z bardziej znaczących bossów.
W kreacji poszczególnych lokacji kryje się duży plus całej gry – widać tu niezwykłą kreatywność osób projektujących poziomy, dodatkowo zresztą podbitą przez dużą liczbę easter eggów, nawiązujących zarówno do innych gier, jak i rzeczywistości społecznej lat 20. oraz 30. XX wieku oraz współczesnej Polski. Poszczególne lokacje bardzo zachęcają do przeszukiwania wszystkich zakamarków, szczególnie że rzeczy do znalezienia – komiksów, wycinków z gazet, figurek – jest tu naprawdę sporo.

W grze pełno jest easter eggów, które czekają tylko na znalezienie.
Ze względu na atrakcyjność eksploracji nieco irytują blokady stojące na drodze swobodnego przemieszczania się po kolejnych lokacjach. Jako osoby grające mamy do dyspozycji radykalnie zwiększającą się w trakcie gry liczbę sposobów pokonywania przestrzeni: uczymy się biegać po ścianach, swobodnie spadać, wprowadzony jest podwójny skok. Lokacje często mają jednak układ korytarzowy, a eksplorowanie otwartych przestrzeni kończy się napotykaniem wielu niewidzialnych ścian; mamy dużo sposobów przemieszczania się, ale możemy ich używać jedynie tak, jak przewidziano to odgórnie. Z tego względu, a także z powodu niewystarczająco jasnego sygnalizowania, która droga jest opcjonalna, a która prowadzi do dalszej części gry, zbieranie wszystkich znajdziek oraz realizowanie misji pobocznych potrafi być mocno utrudnione.
O myszach i ludziach
Ważną i znaczącą częścią gry jest skupienie się na zagrożeniach płynących z rozwoju faszyzmu. Bardzo szybko okazuje się, że śledztwo w sprawie zniknięcia pewnego magika jest silnie związane z intrygą polityczną oraz rozrastaniem się radykalnej Big Mouse Party, mającej na sztandarach hasła tworzenia świata dla wielkich i silnych myszy. Czy będzie tam miejsce dla ryjówek, mniejszych i słabszych zwierząt? Odpowiedź na to pytanie można poznać podczas etapów rozgrywki skupionych na przedzieraniu się przez napadniętą przez policję dzielnicę ryjówek oraz ich osiedle, znajdujące się w kanałach pod miastem. Również w tym przypadku, jak i we współczesnym świecie, policja to zbrojna ręka państwa, strażniczka dominującej ideologii służąca dyscyplinowaniu i porządkowaniu. Wyraźnie zaznaczono tu też rolę mediów i dziennikarstwa w kształtowaniu się propagandowego przekazu Big Mouse Party – znamienne jest to, że jednym z elementów bitwy z przywódcą partii jest walka z wielkimi atakującymi nas telewizorami.
W trakcie tej recenzji zdarzyło mi się trochę ponarzekać na poszczególne elementy gry. Nie zmienia to jednak tego, że uważam Mouse: P.I. for Hire za świetną produkcję, która zapewnia dużą przyjemność wynikającą z poznawania intrygi, designu przeciwników i lokacji, a także kreowania specyficznej atmosfery, łączącej kreskówkowy styl z klimatem czarnego kryminału. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po ścieżkę dźwiękową autorstwa Patryka Sceliny, bardzo mocno pogłębiającą zanurzenie w świecie gry. Last but not least, gra została wyprodukowana bez użycia AI (jak przyznaje prezes Fumi Games Mateusz Michalak) i wymagała wiele pracy artystów tworzących ręcznie klatki animacji. Warto to docenić!
Doktorant i krytyk literacki. Są w nim dwa wilki – jeden uwielbia mroczne opowiadania weird fiction (szczególnie Wojciecha Guni i Thomasa Ligottiego), drugi zatapia się w solarpunkowych opowieściach o pozytywnych wizjach człowieka w przyszłości. Lubi pływać, chodzić po Karkonoszach i dyskutować o książkach.






