Po przewspaniałym Zakonie drzewa pomarańczy (który obszernie omówiłam TUTAJ) i rozczarowująco przeciętnym Dniu nastania nocy (który zrecenzowałam TUTAJ) do najnowszej historii z tego uniwersum podchodziłam z ostrożnością. Wśród płonących kwiatów Samanthy Shannon to powrót do rozrywanego przez chaos świata rycerek, dwórek i polityczek. Książka w przekładzie Kamili Regel ukazała się niedawno w Polsce nakładem wydawnictwa SQN.
Samantha Shannon nie jest autorką ułatwiającą życie sobie czy osobom czytającym, więc i tu mamy trochę zamieszania: Wśród płonących kwiatów to bliski prequel Zakonu drzewa pomarańczy (poprzedza jego akcję o dwa lata), zaś Dzień nastania nocy to bardzo daleki (oddalony o kilkaset lat) prequel tych obu. Wśród płonących kwiatów trudno mi nawet nazwać pełnoprawną powieścią; to w zasadzie łatka do Zakonu. Powieść prezentuje, jak doszło do przemiany jednego ze sprzymierzonych królestw w reżim podporządkowany wyrmom i Bezimiennemu. Ja czytałam ją oczywiście ze znajomością dwóch pozostałych książek, ale jestem ciekawa, jaki byłby mój odbiór, gdybym zaczęła od Kwiatów – są jak zerknięcie przez szparę w murze do wielkiego ogrodu, jakim jest Zakon, a równocześnie mogą rzucać na głęboką wodę, jeśli nie zna się szerszego kontekstu opisywanych wydarzeń.
Historia zaczyna się od księżniczki w wieży. Marosa, dziedziczka tronu Yscalinu, jest – po zdradzie i śmierci swojej matki – trzymana pod kloszem przez króla. Mimo że powinna uczyć się pod jego okiem pełnienia funkcji politycznych i brać udział w naradach, a ponadto jest zaręczona i jej przyszły mąż dość długo czeka na ustalenie daty zaślubin, co robi się już nieco niezręczne, Marosa od wielu miesięcy prawie nie opuszcza swoich komnat i czuje się powoli wymazywana ze świata, choć nie rozumie dlaczego. Sytuacja nagle ulega znacznemu pogorszeniu, gdy ziemia drży mocniej niż zazwyczaj i na kraj pada cień. Wszyscy wiedzą, że potwory Bezimiennego kiedyś wrócą i wygląda na to, że ten moment to niestety właśnie teraz.
Ta zwięzła (jak na Samanthę Shannon!) powieść śledzi losy trójki bohaterów: z jednej strony mamy żyjącą najpierw w zamrożeniu, a potem w absolutnej grozie Marosę; z drugiej – jej narzeczonego Aubrechta, snującego plany świetlanej przyszłości; z trzeciej zaś Estinę Melaugo, wychowaną na ulicy przestępczynię, która próbuje parać się zabijaniem potworów, choć tak naprawdę to głównie ucieka (choć akurat nie przed nimi). Wszystkie wątki spaja motyw trudnych decyzji i ich potencjalnych konsekwencji oraz trwania czy też parcia naprzód, choć najbardziej by się chciało usiąść na środku pomieszczenia i poczekać, aż wszystko się samo ułoży (ale i nie ułoży). Bohaterki i bohater mają plany i wyobrażenia swojej przyszłości; każde z nich zostaje zmuszone do zaktualizowania swojej wizji świata i pogodzenia się z tym, że sprawy większe od nich mają za nic ich optymistyczne wizje. Wiemy z Zakonu drzewa pomarańczy, że cały ten świat czekają ogromne wyzwania; nie wszystkie wątki zakończą się szczęśliwie, bo autorka raczej nie oszczędza swoich postaci, ich wychodzenie ze złudzeń jest więc bardzo poruszające.
Wśród płonących kwiatów czytało mi się dobrze, ale nie wywarło na mnie większego wrażenia. Nie miałam poczucia, że dowiedziałam się o tym świecie czegoś nowego – dostałam raczej powtórkę opisaną z nieco innej perspektywy. Dobrze było poznać lepiej Marosę, która w Zakonie pojawia się epizodycznie, ale bardzo złowieszczo. Cała historia Yscalinu, który dosłownie z dnia na dzień zmienia się w mroczne imperium, mrozi krew w żyłach – bo dobrze wiemy, że do czegoś takiego nie potrzeba nawet demonicznej interwencji, że nasza względnie bezpieczna okolica może w mgnieniu oka zmienić się w piekło z powodu czyjejś decyzji i przy użyciu odpowiednio mocnego nacisku. Zmienia się religia, zasady stają na głowie, bramy się zamykają, uchodźcy się tratują, ludzie giną na ulicach i we własnych łóżkach, boją się każdego cienia. Te opisy to bardzo mocna strona tej książki. Robi wrażenie spokój Marosy, jej uporczywe trwanie i hart ducha, dzięki któremu mimo braku nadziei na polepszenie sytuacji bohaterka zachowuje trzeźwy osąd i gotowość do wykorzystania każdej nadarzającej się okazji, by czegokolwiek dokonać – zdobyć informację, przetestować hipotezę.
Na tym tle Aubrecht jest wprawdzie postacią sympatyczną, ale poza warstwą emocjonalną jego wątek niewiele wnosi – dowiadujemy się dużo o relacjach rodzinnych Aubrechta i jego romantycznych planach względem Marosy, ale dobrze wiemy, jak się to skończy. Wątek Estiny natomiast wydaje mi się zupełnie zbędny. Zyskujemy dzięki niemu relację queerową (całkiem udaną, ale mało odkrywczą) i wgląd w to, co działo się w Yscalinie, a czego oczyma Marosy obejrzeć nie mogliśmy – bo tkwi uwięziona w pałacu. Jednakże cała jej historia ucieczki, biedowania i tupania nogą, że ona wszystko sama i kocha ten kraj, który nie kocha jej, była dla mnie zwyczajnym zapychaczem, bez którego spokojnie moglibyśmy się obejść.
Podsumowując – Wśród płonących kwiatów (swoją drogą tytułowe kwiaty to potężny obraz!) nie jest pełnoprawną, samodzielną historią ze świata Zakonu drzewa pomarańczy; uznałabym ją raczej za ciekawostkę, przyjemny dodatek pogłębiający obraz znany z Zakonu o tło jednego z wątków. Zresztą sama Samantha Shannon zapowiedziała tę książkę jako coś, co miało tylko skrócić czas oczekiwania na prawdziwy trzeci tom, którego napisanie zajmie jej jeszcze parę lat. (Cała ona! Czekajcie, zanim napiszę ten tysiąc stron, wrzucę wam trzysta na osłodę!) Nie dowiadujemy się wiele nowego; nawet zagadka, którą rozwiązuje Marosa, związana ze zniknięciem jej matki, ma już odpowiedź dostarczoną w głównej powieści. Dostajemy jednak pogłębioną potężną bohaterkę, jaką jest Marosa – cieszę się, że mogłam ją poznać lepiej – i przejmujący obraz politycznego przewrotu, który, gdyby go obedrzeć z wyrmów i opętań, byłby całkowicie realistyczny. Warto się czasami na taki obraz wystawić. Nie będę was jakoś gorąco przekonywać do sięgnięcia po tę książkę, ale jeśli czule wspominacie Zakon drzewa pomarańczy, to myślę, że będziecie czytać Wśród płonących kwiatów z przyjemnością, bo nie wiem, jak wy, ale ja jestem w świecie Zakonu od dawna potężnie zakochana i skorzystam z każdej okazji, by znów do niego wskoczyć. Cieszę się, że Samantha Shannon jeszcze nam go pokaże – niekoniecznie odcinając kwity od znanej już historii, ale być może sięgając gdzieś dalej, o ile koncepcja tego uniwersum jest w stanie to zmieścić.
Samantha Shannon, Wśród płonących kwiatów, przeł. Kamila Regel, SQN 2025. Dziękuję wydawnictwu za przekazanie egzemplarza do recenzji.
(ona) kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, szynszyle, psy, rośliny doniczkowe, kawę i sprawiedliwość społeczną.






