O tym, że Paulina Hendel ma talent do wpadania na nietuzinkowe pomysły na fabułę, chyba nie muszę nikogo przekonywać. Było to widać już w jej debiutanckiej powieści, w której mieszają się postapokalipsa i słowiańskie wierzenia (czy ktoś jeszcze pamięta okładki Zapomnianej księgi nim dostały tę fajną, fikuśną oprawę?). Od czasu debiutu autorka trzymała się w swoich opowieściach terenów okołosłowiańskich, więc Wzgardy, która od tego tropu odchodzi, byłam szczególnie ciekawa. W swojej najnowszej powieści – wydanej nakładem wydawnictwa Mięta – Paulina Hendel przenosi czytelników do alternatywnego świata pełnego ludzi, ogrów, elfów, baśniowości i niekoniecznie pełnego magii. Wzgarda ma w sobie też to, co DemonyBiblioteczne lubią najbardziej, czyli przenikanie gatunków. Tak szczerze – ta historia to bardziej powieść kryminalna niż fantastyczna i ci, którzy czytali moją recenzję Zbrodni i magii wiedzą, jak bardzo cenię sobie takie eksperymenty.
Wróćmy jednak na chwilę do początków tego tekstu i mojej śmiałej tezy, że Paulina Hendel ma talent do nietuzinkowych fabuł. Otóż ponownie udowadnia nam to przy okazji Wzgardy, bo jeny! Co się wyprawia w tej powieści! Jest wszystko: zbrodnia sprzed lat, tajne organizacje, retellingi baśni, kolonie karne, bohaterowie z sercem… I ja wiem, może to nie brzmieć zachęcająco, ale zaufajcie mi – całość świetnie się łączy.
We Wzgardzie autorka przedstawia nam historię Kiliana Sztorma, którego część czytelników mogła poznać z opowiadania Zaciemnienie (ja go nie czytałam, więc się nie wypowiem). Pełni on funkcję naczelnika Kolonii – byłej kolonii karnej, teraz niezależnej od starego kontynentu. Przy pomocy swojego zastępcy ogra Kostka, podstarzałego ziemowego, zbyt optymistycznego potomka magnaterii i tymczasowo zatrudnionej złodziejki musi rozwiązać zagadkę zaginięcia pracownika Czarnej Kompanii. Teoretycznie prosta sprawa zaczyna się komplikować, gdy we wszystko wplątuje się mordercza bestia z lasu, niezbyt pomocni świadkowie, a w oddali majaczy się widmo powrotu magii, której pozbyto się ze świata lata wcześniej. A, no i nie można zapomnieć o nierozwiązanej sprawie z przeszłości, która niczym duch prześladuje naczelnika Sztorma.
Szczerze powiedziawszy byłam pewna, że wszystkie te wątki poboczne potrzebne były głównie po to, by zmylić czytelnika – zresztą mam wrażenie, że to zabieg powszechnie stosowany w kryminałach. Tutaj jednak każdy szczegół ma znaczenie i pozornie niepotrzebne elementy, które uznać by można nawet za zapchajdziury, okazywały się być kolejnym puzzlem w nadzwyczaj rozległej układance.
Nie chcę się jednak za bardzo rozwodzić nad sprawą kryminalną, żeby nie zaspoilerować nikomu za bardzo. Opowiem więc trochę o bohaterach, których naprawdę polubiłam. Kilian Sztorm jako naczelnik ma w sobie coś z takiego detektywa twardziela ze starych amerykańskich seriali – trochę cyniczny, trochę już wykończony życiem i pracą. Ma w sobie jednak sporo ciepła, którego na pierwszy rzut nie widać. Ma współczucie dla tych, którzy są wyrzutkami.
Świetnym kontrastem dla Sztorma jest jego zastępca – Gustaw „Kostek” Gunderberg. Ogrowi nieznana jest niedbała postawa szefa – kodeks prawny ma wykuty na blachę i nie zawaha się go użyć. Kodeks moralny ma równie silny co prawy sierpowy. Naprawdę trudno nie pokochać tego olbrzyma o wielkim serduchu.
Zapałałam też sympatią do pozostałych pomocników Sztorma. Charyzmatyczna, zmienna niczym kameleon złodziejka Margo naprawdę przykuwa wzrok i rozbudza ciekawość swoją osobą. Luka – dobrze wykształcony i bogaty z domu – nie pozostawia wątpliwości, że pokojowym wartownikiem został z powołania. Natomiast stary ziemowy Dakku zawsze wie, kiedy się odezwać i zachwyca swoją stanowczością i wiedzą (nawet jeśli większość czasu chce spać lub jeść).
Myślę, że na osobną pochwałę zasługuje też świat wykreowany przez Paulinę Hendel. Jest on wyraźnie inspirowanym miejscem, które znamy w rzeczywistości – byłej kolonii karnej, która rdzennym mieszkańcom przyniosła jedynie choroby i śmierć. W tej historii mówi się głośno o kolonializmie i spustoszeniu, które zasiewa, o nierównościach klasowych i rasizmie. Jest świat zbudowany na okrucieństwie, w którym schronienie jednak mogą znaleźć przedstawiciele różnych kultur. Zresztą ta multikulturowość wyraźnie przebija z kart powieści między innymi poprzez różnorakie tradycje ogrów, język i specyfikę kuchni ziemowych.
Podsumowując, Wzgarda oferuje czytelnikom wielowarstwową zagadkę kryminalną, ciekawych bohaterów, fajnie wykreowany świat i dobroci, o których nie pisałam, bo mogłyby się okazać poważnymi spoilerami. Myślę, że to historia, którą można polecić z czystym sumieniem.
Tak jeszcze dodam na koniec, jeśli powieści wolicie słuchać, to audiobook też robi robotę.
Paulina Hendel, Wzgarda, Wydawnictwo Mięta 2025. Dziękujemy wydawnictwu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Z wykształcenia filolog rusycysta (ale nie ma zamiaru na tym kończyć, bo tytuły filolożskie chce zbierać jak pokemony). Profesjonalnie nawiedza biblioteki, czyta na wpół profesjonalnie i amatorsko tworzy stosiki… znaczy się książkowo-mangowe góry wstydu. Istota miliona pasji: czytanie, pisanie, rysowanie, oglądanie, cosplay, mitologie wszelakie, nauka języków, pieczenie, gotowanie… Żadne hobby jej niestraszne (chyba że trzeba biegać). Skarbnica wiedzy na tematy wampirze, wilkołacze, slasherowe i ogólnie dziwaczne.






