Magia to potęga. Magia nie jest za darmo. Znacie te fantastyczne prawidła? To teraz czas na coś nowego: magia świetnie robi na interesy i można dzięki temu sprzedawać turystom koszulki z zabawnymi napisami oraz dużo kawy i ciast. Główna bohaterka Zombie (podobno) są martwe, Sid Spencer, mieszka w magicznym ekwiwalencie Zakopanego. Wellsie znajduje się na linii uskoku magicznego, co przyciąga do miasteczka masę turystów. Wiele, wiele lat temu w tym miejscu, mówiąc wprost, zapieczętowano magię. Nad tym, aby pozostała w takim stanie, czuwają Strażnicy, na wpół legendarni ludzie obdarzeni mocami, a także dysponujący kluczami do poszczególnych fragmentów linii mocy.
A teraz odetchnijcie z ulgą: Sid jest bardzo zwyczajną baristką w lokalnej kawiarni, a wszelkie wspomnienia o magii bardziej ją irytują niż ciekawą. Nic dziwnego, wszak wścibscy turyści i fani magicznych teorii spiskowych to jej chleb powszedni. Dziewczyna nie ma łatwego życia: jej adopcyjna matka jest mocno nadopiekuńcza, całe liceum dowiedziało się o liście z wyznaniem miłości (sześciostronicowym!), który wysłała do jednego z chłopaków, a jej najlepsza przyjaciółka zaczęła niedawno chodzić z tym właśnie facetem. Na domiar złego Matty, przybrany brat Sid, zaczyna mieć sekrety przed nią i resztą rodziny. Gdy nagle znika, a w miasteczku rozpętuje się magiczna katastrofa, deszczowa i bura codzienność Sid ma zmienić się w potencjalnie krwawą nawałnicę.
Główna bohaterka jest bardzo samoświadoma i momentami bardzo krytyczna w ocenie otaczającego ją świata. Nie dziwi to, zwłaszcza kiedy dowiadujemy się o jej problemach z rówieśnikami i przemocą doznawaną z ich strony, a także niedawnym zawodem miłosnym. Zarówno autorka, jak i tłumaczka musiały wykazać się znajomością młodzieżowego slangu, szybko zmieniających się internetowych trendów czy memów. Lubię, gdy ktoś potrafi z dobrym wynikiem recyclingować memy bez efektu How do you do, fellow kids.
– Co u diabła na mnie siedzi? – mamrocze Brian, klepiąc się jedną ręką po piersi. Przycupnęła na niej Chad, wibrująca chmurka, i ugniata jego T-shirt łapkami.
– To moja kotka, Chad – informuję z bezpiecznej odległości. – Przez długi czas nie umieliśmy wymyślić jej imienia. Nic nie pasowało. Śnieżynka. Pianka. Któregoś dnia robiliśmy burzę mózgów i mama powiedziała: „Zastanówmy się, co jest najbielsze”. Ja powiedziałam „majonez”, Ella „twarożek”, a Matty krzyknął: „Chad z tego mema”. No i tak zostało. – W sumie nie wiem, co właściwie gadam, ale od kilku dni nie rozmawiałam z żywym człowiekiem. – Nienawidzi wszystkich, oprócz ludzi, którzy mają na nią alergię. Masz alergię?
Siłą tej książki są bohaterowie, nie fabuła. Zarówno Sid i jej rodzina, jak i napotkani Strażnicy opisani są bardzo pełnokrwiście. Nie mamy tutaj do czynienia z nabytą w sekundę odpornością na dziwne zdarzenia czy potwory. Sid nie staje się zabójczynią potworów, na której magiczna apokalipsa tocząca się w Wellsie nie robi większego wrażenia. Owszem, aby przetrwać, musi wielokrotnie mimo strachu czy paniki uporać się z tytułowymi zombie (nazywanymi w książce skorupkami) lub innymi zagrożeniami. Ale nawet w dalszej części fabuły, kiedy sama odczuwa skutki uwolnienia magii, nie zostaje magicznie uzdrowiona ze swoich lęków. Strażnicy zaś przede wszystkim są jej rówieśnikami, tyle że obdarzonymi dodatkowo mocami i obowiązkami ponad swój wiek.
– Nigdy nie bawiłeś się w udawanie?
Brian milczy przez chwilę. Wreszcie opowiada:
– Udawałem dyrygenta, a moje pluszaki i figurki były orkiestrą.
Och, to takie urocze, że się rozpływam.
– Ja udawałam, że jestem asasynką, a moje pluszaki i figurki były ofiarami – dodaje Hyacinth.
– Ja grałem na ulicy w hokeja z dzieciakami z osiedla jak ktoś, kto nie jest aspołeczny – mamrocze za nami Shandy.
Nastolatkowie, czy z ogólniaka, czy z college’u, nadal borykają się z problemami typowymi dla swojej grupy wiekowej. Nie mamy tutaj efektu Riverdale ani sztucznego wzbudzania tęsknoty za czasami młodości. Mimo początkowego lekkiego tonu książki, w Zombie jest też wiele o utracie bliskich osób, rozpaczy i poczuciu zagrożenia. Sama autorka przyznaje, że do świata książki przepływa wiele jej doświadczeń związanych z byciem adoptowaną przez rodzinę spoza swojej grupy etnicznej (podobnie jak książkowa Sid, Robin Wasley jest Koreanką wychowaną w białej amerykańskiej rodzinie zastępczej), brakiem zaakceptowania przez rówieśników i doświadczeniu dorastania w bardzo białym mieście.
Jeśli chodzi o fabułę, to mam mieszane uczucia. Z jednej strony sposób działania magii w tym świecie, a raczej system jej dystrybucji, jest całkiem ciekawy. Kiedyś magii w świecie było więcej, ale była też zbyt niebezpieczna, by każdy mógł jej używać. Cienkie miejsca, w których magia przesącza się do naszego świata, są nazywane liniami uskoku i zostały zapieczętowane lata przed akcją książki. Tylko Strażnicy posiadający klucze do przydzielonych im segmentów mogą je otworzyć. Nie zdradzając za wiele, słabe punkty tego rozwiązania będą wykorzystane w fabule nieraz. Z drugiej strony problemem fabularnym jest nierówne tempo i miejscami można zgubić się w chaosie wydarzeń. Również przeciwnicy naszych bohaterów są mocno bondowscy i nie wchodzi się w szczegóły dlaczego.
Książkę wydano naprawdę prześlicznie (barwione brzegi w pnącza i czaszki zdecydowanie kupują moją gotycką część osobowości!), tłumaczenie również jest gładkie i nic mnie w nim nie uwiera (a tłumaczenie języka młodzieżowego to zawsze wyzwanie). Czy lektura mnie porwała i zostanie ze mną na dłużej? Raczej nie, ale możliwe, że po prostu nie jestem już w docelowej demografii tej książki i oczekuję od książek też innych rzeczy. Jak na powieść Young Adult, Zombie (podobno) są martwe nie wypadają jednak źle i uważam, że w dobie książek młodzieżowych napisanych tak naprawdę dla dorosłych są dość świeże, nawet jeśli rozwiązania fabularne widzieliśmy już wcześniej wiele razy.
Robin Wasley, Zombie (podobno) są martwe, tłum. Joanna Krystyna Radosz. Wydawnictwo Endorfina. Dziękujemy tłumaczce za egzemplarz książki.

Los wywiał ją z Łodzi do Krakowa, a następnie z laboratorium za biurko. Prowadzi gry fabularne, z uporem używając feminatywów, i dyskusyjny klub książkowy, czekając cierpliwie, aż obok SF będzie czytane też fantasy. Współprowadzi Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru wypuszczające darmowe gry książkowe i przeprowadza ślimaki przez chodnik, również za darmo. Fanka folkloru, podań i legend z każdego kręgu kulturowego. Bardzo nie wie, w jakiej kolejności oglądać Doctor Who. Kolekcjonuje SquishMallows.






