Mam w głowie wspomnienie lektury koszmarnej książki. Akcja działa się pod ziemią, ludzie niemalże pełzali w wąskich ziemnych korytarzach, a na końcu okazało się, że jednak można było żyć na powierzchni. Nie pamiętam tytułu, ale obrazy zostały ze mną najwyraźniej na zawsze. Przeczytałam kilka tomów serii Metro i fenomenalną Ścianę. Każda z tych lektur przyprawiała mnie o duszności (a Metro przy okazji o sporą dawkę obrzydzenia). Choć jednak fabuły o ludziach żyjących w bunkrach czy w inny sposób odciętych od świata, w którym zaszła jakaś katastrofa, to nie jest moja ulubiona rzecz, to na fali zainteresowania apokalipsami (są takie bieżące!) i ich bohaterkami sięgnęłam po serial Silos, wskazany mi jako ciekawy przykład. Włączyłam sobie więc odcinek, tylko jeden.
Teraz, po obejrzeniu dwóch sezonów, chciałabym wam opowiedzieć o tym, dlaczego warto słuchać polecanek Ewy i co w Silosie wbiło mnie w ziemię.
Postaram się za bardzo nie spoilerować!
Zaczęło się od estetyki
…bo kiedy wyobrażałam sobie „ludzi żyjących w wielkich podziemnych silosach”, to w mojej głowie nie pojawiło się to: obszerne, harmonijnie zaprojektowane przestrzenie, sprytnie rozmieszczone oświetlenie imitujące okna i zmieniające się wraz z porami dnia, przytulne, funkcjonalne mieszkanka, stonowana, ale nie szara kolorystyka. Bezczasowa estetyka, miła dla oka, kojarząca się może z latami siedemdziesiątymi i osiemdziesiątymi, doskonale konfunduje, kiedy próbuje się rozwikłać, w jakim punkcie na osi czasu właściwie się znajdujemy. Czy ten styl, wraz z retro komputerami i modą, oznacza, że ludzie zeszli do silosu w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych? A może postawiono po prostu na taki poziom technologii jako na najwygodniejszy w tych warunkach (co miałoby sens)? A może to sugestia poziomu konserwatyzmu panującego w tym społeczeństwie? A może to zwyczajny wybór estetyczny, którego celem jest sprawienie, żebyśmy się w silosie poczuli nostalgicznie i przytulnie? Tak czy inaczej, pierwszy rzut oka na silos i kurierów popylających po schodach podbił moje serce i przez moment myślałam nawet: całkiem fajne miejsce do życia! Mogłabym być osobą, która w nocy odkurza te korytarze.
Obrazy codzienności
Nietypowe czasy wiążą się… z całkowicie typowymi czynnościami. Wspaniałe w Silosie jest to, jak często widzimy bohaterów w ich codzienności: opiece nad dziećmi, przygotowywaniu posiłków, myciu naczyń, pracy biurowej, opiece nad pacjentkami. Fenomenalne są obrazy z samego dołu, z poziomu technicznego, gdzie widzimy majsterkującą Walker czy inne postacie wykonujące ciężkie mechaniczne prace (w trudnych, ale nie tragicznych czy głodowych warunkach). No i moment, w którym poznajemy Juliette, i olśniewający odcinek o naprawianiu generatora – to moment, kiedy już wiedziałam, że się z tym serialem nie rozstanę. To, co mi się też bardzo podobało, to instytucja cienia – osoby przyuczanej do funkcji, trochę terminator, a trochę zastępca. Bardzo fajny sposób przekazywania kompetencji oraz dbania o to, by nikt nie był niezastąpiony – wyrwa w przekazywaniu kompetencji w takich warunkach byłaby katastrofą.
Mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o pokazanie różnych aspektów funkcjonowania silosa – widzimy samą górę i sam dół, a mało środka, gdzie np. produkowana jest żywność. Ciągle jednak można uwierzyć w ten obraz i przetrwanie ludzi w tych warunkach przez jakiś czas, pod warunkiem, że wszyscy będą mieć przede wszystkim na uwadze wspólne dobro. Fajnie by było, prawda?
Język i mitologia
Mikrokosmos silosu wykształcił kulturę i język. Nie ma wprawdzie historii, ale ma świecki kult Założycieli i ustanowionego przez nich porządku. Przywiązanie do hierarchii, nazw stanowisk, przysięganie na Pakt i wkuwanie go na pamięć, stereotypowe postrzeganie mieszkańców poszczególnych poziomów, magiczne słowa „chcę wyjść na zewnątrz” i cały rytuał związany z czyszczeniem obiektywu kamery… Nie oglądamy po prostu ludzi zamkniętych w silosie, ale społeczność, która w tych nietypowych warunkach rozwija unikatową kulturę. Kulturę bardzo przywiązaną do porządku, konkretu i znaczenia słów. Kiedy znaczenia zaczynają się rozmywać – każda dystopia potrzebuje nowomowy – pojawiają się prawdziwe kłopoty.
Pamięć i wielcy nieobecni
Fundamentem kultury silosa jest niepamięć i niewiedza. Nie wiemy, co doprowadziło świat do kryzysu. Nie wiemy, dlaczego powstał silos ani jak długo ludzie w nim mieszkają. Nie wiemy, czy kiedyś z niego wyjdziemy. Nie wiemy, co jest na zewnątrz. Nie pamiętamy swojej całkiem niedalekiej historii. Społeczeństwo silosa wie, czego nie wie, i ma podejrzenie, jak wiele nie pamięta. Lekiem na to jest porządek – każdy ma swoje miejsce i funkcję, jest trybikiem w machinie podtrzymującej wszystkich przy życiu, odczuwa związaną z tym presję – ale na tak niestabilnej podstawie trudno cokolwiek zbudować. Równocześnie pamięć i wiedza są najcenniejszymi zasobami: relikty przeszłości, równocześnie zakazane i czczone; informacje o dawnym świecie czy w ogóle o świecie (czym są gwiazdy; czy Ziemia jest okrągła) dostępne nielicznym, dla pozostałych równoznaczne z wyrokiem; wkuwany na pamięć i recytowany Pakt; bohaterowie opętani żądzą prawdy, dążący do niej w sposób nieustraszony i samobójczy, nawet kiedy wiedzą, że ani nic z tą wiedzą nie zrobią, ani nie sprawi ona, że będzie im się żyło spokojniej.
Wielką siłą i napędem jest też pamięć o osobach, których już nie ma. To pułapka, w którą sama wpadłam – przez dłuższy czas byłam święcie przekonana, że jeśli ktoś jest tak żywy w pamięci, to być może kiedyś wróci. Nie doceniłam siły pamięci bohaterów, którzy z imieniem zmarłej osoby na ustach są w stanie dokonywać niesamowitych czynów w świecie, w którym cuda są bardzo rzadkie. (Zresztą to niejedyne miejsce, gdzie dałam się zwieść, za bardzo polegając na swoich podejrzeniach, jak mogą brzmieć odpowiedzi na niektóre z pytań!) Pamięć o bliskich bywa nawet tak silna, że jedynym marzeniem staje się to, żeby ktoś wymazał nam z umysłu dwie dekady życia, tak bardzo silos nie jest w stanie pomieścić żałoby.
Knox z wielkim młotem
Szłabym za nim na barykady.
Bohaterki
Po to przyszłam do silosa i jestem ogromnie usatysfakcjonowana. Bohaterki Silosa błyszczą: Rebecca Ferguson jako Juliette kradnie show, bez trudności dźwiga poplątane wątki i dynamiczne sceny, niezliczenie wiele razy zwisa z dużych wysokości i dokonuje aktorskich cudów, równocześnie grając oszczędnie i subtelnie pokazując buzujące emocje. Postać Juliette to wspaniałe połączenie surowości i determinacji, kreatywności i altruizmu, oddania sprawie i niezłomnego dążenia do celów. Gdyby tylko ona jedna taka była, byłoby dobrze, a jest przecież tylko wierzchołkiem silosa, w którym zamieszkują też takie osobowości jak Walker i Shirley, Allison i Mary Meadows, Ruth Jahns i Camille. Bohaterki różnorodne, nie zawsze pozytywne, nie zawsze łatwe do lubienia – ale po prostu elektryzujące. I każda z jasną wizją, czego chce, i sięgająca po to, choć oczywiście z różnym efektem.
Bohaterowie
Tu też się sporo dzieje! Panowie na pierwszym planie są niesamowicie odpychający; i Bernard Holland, i Robert Sims są oślizgli do granic wytrzymałości. Nie znosiłam ich i równocześnie w ich scenach bałam się mrugnąć, tyle się tam działo i tak byli w tym wspaniali! Obok wstrętnych, przemądrzałych i manipulatorskich polityków mamy zdeterminowanych poszukiwaczy: zarówno postaci George’a, jak i Lukasa (oraz dwóch szeryfów, Holstona i Billingsa), to porywające obrazy dążenia do prawdy i gotowości do płacenia wysokiej ceny za robienie tego w dystopijnym mikrokosmosie zbudowanym na niewiedzy. Wszyscy są skazani na porażkę, ale nie dają się temu spowolnić. Oglądałam ich z lekką frustracją (uważaj na siebie, idioto!), ale też narastającym podziwem i sympatią, zwłaszcza kiedy niektórzy z nich okazywali się lekkimi szujami. Mam też dużo sympatii do postaci ojca Juliette, może dlatego, że lubię tego aktora – ale naprawdę na przestrzeni tych dwóch serii przechodzi długą drogę i jest wspaniałym obrazem tego, jak możesz sobie być wzorowym trybikiem w machinie, ale system i tak ma cię gdzieś, i im szybciej zdasz sobie z tego sprawę, tym lepiej.
Subtelna dystopia
Jak wspomniałam à propos estetyki, spokojny i harmonijny wystrój silosa przynajmniej w moim przypadku mocno uśpił czujność. Naprawdę spodobało mi się to miejsce. Ludziom generalnie żyje się tam dobrze, niczego im nie brakuje, nie muszą codziennie walczyć o byt, jeść szczurów, mierzyć się z gangami czy doświadczać innych postapokaliptycznych atrakcji. Jednakże jest jeden warunek tego spokoju: muszą pozostawać na swoich miejscach. To ma sens; warunki są ekstremalnie trudne i przetrwanie dziesięciu tysięcy ludzi zależy od starania każdej jednostki i wykonywania przez nią jej pracy. Żaden ucisk, tak działa społeczeństwo. W idealnym świecie to mogłaby być utopia, ale temu światu daleko do ideału.
Ramy tego, co zgodne z prawem i obyczajem, są wąskie. Hierarchia – kto przynależy do jakiego poziomu i co to oznacza – jest konkretna. Jeden fałszywy krok, jedno pytanie za dużo, nadmierny przypływ kreatywności i innowacyjności – i zaczynają się problemy.
Przywykliśmy do dystopii, w których porządek utrzymywany jest siłą, a ludzie żyją w lęku – w silosie nie do końca tak jest. I to miałoby prawo działać, gdyby nie nieskończona ludzka ciekawość oraz pewna niemoc tego systemu w obliczu indywidualnych trudności i problemów. W systemie, który jasno zabrania ciekawości i nie pochwala innowacyjności, nie ma szansy na długotrwałą harmonię, ludzie po prostu nie są w stanie przestać się zastanawiać. Co by było, gdyby po prostu dokładnie wiedzieli, w jakim są położeniu, i mogli podejmować świadome decyzje? W miarę odsłaniania kolejnych kart staje się coraz jaśniejsze, jakim piekłem dla ciekawskich i wszelkich dysydentów może być silos. Prawdziwe kłopoty zaczynają się jednak wtedy, kiedy osoby u władzy zaczynają się wikłać w tajemnice i własne interesy, gdy nie komunikują się z ludźmi, gdy zaczynają ich traktować przedmiotowo. Typowe. Ostatecznie trudności silosa wcale nie są związane wyłącznie z tym, że bohaterowie żyją po apokalipsie w wielkim podziemnym schronie. To wręcz zdaje się być najmniejszym z ich zmartwień.

Silos okazał się przepięknym, trzymającym w napięciu, ale nie strasznym ani nie klaustrofobicznym serialem – idealnym dla mnie. Porwały mnie bohaterki, tajemnice, splątane intrygi. Zachwyciła mnie warstwa wizualna, sposób prowadzenia fabuły i konstrukcje świata oraz społeczeństwa, idealne do własnych analiz i rozkmin. Dał mi okazję kibicować ponurej detektywce, tęsknić za kimś, kogo ledwo poznałam, i sympatyzować z grupą rewolucjonistów. Nie wiem, czy sięgnę po książki – mam poczucie, że to jedna z tych sytuacji, kiedy adaptacja jest lepsza od pierwowzoru. Ale może kiedyś, kto wie, jak mi się zatęskni w oczekiwaniu na kolejny sezon?
Jeśli zachęciłam was właśnie do Silosa, to z przyjemnością informuję, że trzeci sezon ma premierę już 3 lipca – więc jak was teraz porządnie wciągnie, to wjedziecie sobie akurat w kontynuację! Bardzo do tego zachęcam.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






