Warehouse 13, przygodowy serial science fiction produkcji SyFy z lat 2009–2014, miał pecha. Mimo wysokich ocen, zadowalającej oglądalności i oddanej publiki nie doczekał się zakończenia, na jakie zasługiwał. Po czterech sezonach, liczących od dwunastu do dwudziestu odcinków, SyFy dokręciło jeszcze jeden, sześcioodcinkowy, w którym pospiesznie podomykało wątki i zakończyło historię. Wyszło naprawdę przyzwoicie – przynajmniej dwa z tych odcinków są jednymi z najlepszych z całej serii – niemniej szkoda, że zamiast pełnowymiarowego finałowego sezonu dostaliśmy jego połowę. Szczególnie że powód decyzji o skasowaniu serialu był mocno kuriozalny: otóż stacja chciała zmienić charakter na poważniejszy, a lżejsze produkcje miały ustąpić miejsca – i budżetu – bardziej dramatycznym.
Mimo to Warehouse 13 to naprawdę dobra opowieść, której warto dać szansę. A jest ku temu okazja, bo kilka tygodni temu na SkyShowtime wylądowały dwa pierwsze sezony serialu. Jeśli więc szukacie miłej, otulającej rozrywki na coraz dłuższe wieczory, to być może mam coś dla was!
Magazyn pełen cudów
Serial oparty jest na prostym, ale też dającym niemal nieskończone możliwości pomyśle. Oto gdzieś na równinach Południowej Dakoty znajduje się tytułowy magazyn, ukryte przed niemal wszystkimi miejsce, w którym gromadzone są artefakty – obdarzone mocą przedmioty, które w niewłaściwych rękach mogłyby narobić dużo zła, takie jak spinka Lukrecji Borgii (sprawiająca, że ten, kto ją nosi, zrobi naprawdę wszystko, by ochronić swoich bliskich), naparstek Hariett Tubman (pozwalający przekształcić się w dowolną osobę), lustro Lewisa Carrolla (w którym mieszka bardzo niebezpieczna Alice Liddell) czy pióro Edgara Allana Poego (zmieniające słowo pisane w rzeczywistość). Artefakty istnieją rzecz jasna od tysiącleci, wciąż też powstają nowe, podobnie jak magazyny, które co jakiś czas przenoszą się do innego kraju. Ten, który poznajemy, jest oczywiście trzynasty. Do nielicznych osób, które znają tajemnicę, należą agenci opiekujący się magazynem i pozyskujący nowe przedmioty, a także regenci – swoista rada nadzorcza, złożona, co bardzo ciekawe i fajnie pomyślane, z grupy zupełnie zwykłych osób, które łączy przeświadczenie, że istnienie artefaktów trzeba utrzymać w tajemnicy, szczególnie przed korporacjami i politykami.
Konstrukcyjnie mamy do czynienia z klasycznym proceduralem – oto Artie, szef magazynu, dostaje ping (powiadomienie, że gdzieś na świecie dzieje się coś dziwnego i w grę może wchodzić artefakt), agenci udają się na miejsce, rozwiązują zagadkę i odzyskują przedmiot. Całość każdorazowo łączy większa, powoli rozwijająca się przez cały sezon opowieść, bo wszak wiadomo, że tego typu miejsce nigdy nie pozostanie do końca ukryte i zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce wykorzystać je do własnych, zazwyczaj niecnych celów.

Strych Ameryki w pełnej krasie
Postacie, które się kocha
Siła serialu tkwi tyleż w dobrych, wielokrotnie nawiązujących do bliższej lub dalszej historii i zachęcających do jej poznawania opowieściach, co w absolutnie świetnie nakreślonych postaciach. Dzielona tajemnica i wspólne życie w odosobnieniu zbliżają. Szybko więc z grona współpracowników stają się rodziną z wyboru, odpowiednio różnorodną i pokręconą. Wspomniany już Artie Nielsen, którego spokojnie można nazwać patriarchą rodu, zmaga się z mroczną przeszłością, uzależnieniem od słodyczy i przeświadczeniem, że jest jednym z tych agentów, których jedyną trwałą relacją w życiu będzie ta z magazynem. Myka Bering jest niesamowicie bystrą i zawsze zbyt, choć nie bez powodu, poważną pożeraczką książek o fotograficznej pamięci. Pete Lattimer to wesołek o czasami zbyt grubym poczuciu humoru i tendencji do dotykania i brania do ręki wszystkiego wokół siebie oraz intuicji pozwalającej mu wyczuć, że wydarzy się coś złego. Najmłodsza w ekipie Claudia Donovan naprawdę zna się na komputerach i technologiach, za to zupełnie nie pasuje do świata na zewnątrz, a przynajmniej tak się jej wydaje. Rola mamy tej wesołej gromadki przypada Leenie, w teorii dzierżawczyni pensjonatu, w którym mieszkają, w praktyce osobie, która dba o dobrostan agentów, a jest o co, bo nie tylko Artie nosi bagaż, o którym wolałby zapomnieć, a i praca dla magazynu jest obciążająca psychicznie. I choć z tego opisu mogłoby wynikać, że oto mamy klasyczną serialową grupę nieco zbyt wyrazistych i dość typowych bohaterów, to tu wszystko gra i pasuje, a relacje między tą piątką, a później szóstką – w trzecim sezonie dołącza do nich bowiem ludzki wykrywacz kłamstw Steve Jinks, szybko wchodzący w rolę przybranego brata Claudii – zdecydowanie stoją w sercu akcji.
Dobrze też prezentuje się drugi plan, zarówno jeśli chodzi o regentów, jak i powracające postacie w ten czy inny sposób powiązane z magazynem czy artefaktami, wśród których znalazły się między innymi dwie w wydaniu gwiazd Star Treka – Kate Mulgrew wcieliła się w regentkę, a Brent Spiner w członka tajemniczego bractwa – a także nie kto inny jak Spike z Buffy the Vampire Killer, czyli James Marsters w roli dość wiekowego hrabiego. Jednak największą gwiazdą drugiego planu jest H.G. Wells, jedna z ulubienic fanów (tak, w Warehouse 13 H.G. Wells jest kobietą i jest to TA H.G. Wells), której chemia z Myką była tak niezaprzeczalna, że oglądający z miejsca zaczęli je parować, co było zresztą zgodne z intencjami grających je Jaime Murray i Joanne Kelly. I choć koniec końców jest to jeden tych nie do końca spełnionych pairingów, to wciąż ta dwójka jest razem po prostu wspaniała (wpiszcie w wyszukiwarkę „Bering and Wells” i sprawdźcie, jak bardzo!*).

Najwspanialsza H.G. Wells
Uczta dla nerdów
W piątym odcinku drugiego sezonu Claudia i Fargo, znany z dziejącego się w tym samym uniwersum serialu Eureka, aktualizują system komputerowy magazynu. Oczywiście coś idzie nie tak i w efekcie muszą walczyć ze sztuczną inteligencją, która uznaje ich za zagrożenie dla „strychu Ameryki” (jak Artie nazywa magazyn). W pewnym momencie udaje im się stworzyć działający zaledwie kilkanaście sekund miecz świetlny, którym Claudia pokonuje chrabąszczopodobne drony, by potem stwierdzić, że ta chwila była najlepszą w jej życiu. Takich radujących każde nerdowskie serduszko nawiązań w serialu jest mnóstwo. Pete jest fanem komiksów, Claudia co i rusz stosuje wolkańskie pozdrowienie, Myka dwukrotnie za sprawą artefaktów staje się superbohaterką, a H.G. na eksplorację antycznego magazynu udaje się w stroju Lary Croft, przekonana, że tak noszą się współczesne modne archeolożki. Agenci do komunikacji używają bezpieczniejszych od telefonów Farnsworthów (wynalezionych w 1929 roku przez twórcę telewizora Philo Farnswortha), a zamiast pistoletów noszą rażące prądem Tesle. Sam magazyn to wielkie steampunkowe królestwo, z klawiaturami stylizowanymi na maszyny do pisania i ekranami żywcem przeniesionymi z wieku pary. Do tego dochodzą oryginalne wynalazki H.G. Wells, z wehikułem czasu na czele. Prawdziwa uczta dla oczu i cosplayu!
Warehouse 13, choć lekki, niestroniący od humoru, często campowy, jest też w tym wszystkim mądry i dobry. Z wyczuciem eksploruje poważniejsze tematy – straty, żałoby, odkupienia, drugich szans, relacji rodzinnych – pogłębia swoje postacie i relacje między nimi, nie ucieka od dylematów moralnych, które muszą się pojawić w kontakcie z przedmiotami mogącymi i zniszczyć, i uratować świat, uczy, bawi i wzrusza. To prawdziwa i wciąż zbyt mało znana perełka, której naprawdę warto dać szansę. Tylko nie dajcie się zniechęcić pilotowi, potem jest coraz lepiej!
* Właśnie od odkrycia pairingu Bering and Wells zaczęła się moja przygoda z magazynem, bo konkurowały w tumblrowych zestawieniach ze SwanQueen, które dawno, dawno temu shipowałam.
Warehouse 13 (2009–2014), Universal Cable Productions, twórcy: Jane Espenson, D. Brent Mote

(ona/jej) Fotografka amatorka, jedna druga whosomowej sekcji wspinaczkowej. Zakochana w Ekspansji i prelegowaniu na konwentach. Zachłanna życia, nowych miejsc, ludzi i wrażeń. Eksblogerka, eksdziennikarka radiowa, eksaktywistka społeczna. Od jakiegoś czasu uczy się spełniać marzenia i bardzo jej się to podoba.






