Betlejem, tosty z pumpkin latte, Hotel Czasu i podrzędny, ale jednak ciepły i ważny motelik – za nami już drugi odcinek świąteczny z Ncutim Gatwą w roli głównej! Napisał go Steven Moffat, a to zawsze oznacza sporo emocji w fandomie Doctor Who. Podrzucamy redakcyjną ustawkę, w której można przeczytać, jak Joy to the World spodobało się osobom whosomowym.
Ollie: Widok Doktora Ncutiego Gatwy sprawił mi wielką radość. Miło się patrzy, gdy z uśmiechem na twarzy biega po różnych punktach czasowych z tościkami i kawusią. Czekałem tylko na moment, kiedy również do mnie wpadnie z poczęstunkiem. Kreacja nowego Doktora zdecydowanie rekompensuje, jak zwykle, niepotrzebnie zagmatwaną fabułę. Główna intryga jest w gruncie rzeczy prosta jak budowa cepa. Siłą tego specjalnego odcinka są pełne ciepła i empatii relacje między energicznym Doktorem a gośćmi i pracownikami hotelu. Tego właśnie było trzeba na zakończenie roku – mnóstwa pozytywnej energii. Szczęśliwego Nowego Roku!
dziewiętnastka: Zdążyłam zapomnieć przed seansem, że za ten odcinek odpowiada Steven Moffat, ale ciężko nie zauważyć jego ręki już od samego początku, w tych wszystkich momentach w czasie, które Doktor odwiedził z tostem i pumpkin latte. W sumie Joy to the World można by pokazywać jako Wzorcowy Odcinek Moffata: mamy pętlę czasową i bootstrap paradox (w tej formie to już czyste lenistwo!), mamy łączenie różnych punktów w czasoprzestrzeni, mamy Doktora żyjącego „na piechotę”, Doktora wrednego i Doktora samotnego – wszystkie te motywy bardzo często się w historiach Moffata pojawiają.
Jeśli chodzi o samą fabułę, to cóż, przyznam szczerze, że niekoniecznie przypadła mi do gustu… Głównie dlatego, że przez zakończenie trochę zwątpiłam, czy naprawdę interwencja Doktora była tu potrzebna. Owszem, bez niego pewnie sprawa nie rozwiązałaby się tak gładko, ale miałam wrażenie, że bardziej niż sam Władca Czasu liczyła się jego obecność, która zadziałała trochę jak smar na wydarzenia. A całą intrygę tak naprawdę rozwiązała… ekhm, świąteczna magia i Radość (zapis nieprzypadkowy 😉 ). Nie jestem na to bardzo zła, po prostu jakoś nie przeniknęło to do mojego serduszka zbyt głęboko, poprzestałam tylko na „aaa, całkiem urocze”.
A poza tym uważam, że Anita powinna zostać nową towarzyszką i jestem trochę obrażona na świat, że tak się nie stało.
Pryvian: Na wstępie warto chyba zaznaczyć, że nie należę do „osób świątecznych” i grudniowa magia świąt niekoniecznie na mnie działa. Z drugiej strony specjalne odcinki Doctor Who zawsze mi się podobały, jedne mniej, drugie bardziej, ale ostatecznie zawsze na końcu się uśmiechałam. Tym razem uśmiechałam się przez większość czasu poza końcówką.
Zacząć chcę jednak od pochwał: Ncuti biegający po różnych punktach w czasie z tostami i pumpkin latte to uroczy gag, całe jego doświadczenie jako pracownika motelu wyszło całkiem uroczo (podobnie jak relacja z Anitą!), a Nicola Coughlan jest przewspaniałą aktorką komediową, ale gdy wchodzi na bardziej dramatyczne nuty, to uderza prosto w serce. Przyznaję, że w momencie, gdy Doktor zmusił Joy do wybuchu gniewu, poleciało mi z oczu kilka łez wzruszenia. Prześliczna scena i doskonale zagrana przez oboje aktorów. Tak więc był humor, były łzy, powiedziałabym nawet, że była rodzinna atmosfera – także w rozumieniu found family, rodziny z wyboru. I to wszystko zagrało.
Co natomiast nie do końca do mnie przemówiło to realizacja wątku hotelu, mimo że sam motyw fizycznego miejsca prowadzącego do wielu miejsc czasowych uwielbiam (wydaje mi się jednak, że Hiszpanie w El Ministero del Tiempo zrobili to lepiej, aczkolwiek oni mieli 4 sezony, a nie jeden odcinek), oraz samiutka ostatnia scena. Pomijając już ewentualne konotacje religijne – to w końcu i tak odcinek świąteczny – to jednak trochę serce ściska na widok Betlejem pod światłem Radości, wiedząc, jak nikłe jest tam to światło w 2024 roku.

Ginny N.: To był miły świąteczny odcinek. Pomysł temporalnego hotelu nam się podoba, choć może faktycznie przydałby mu się chociaż z sezon na rozwinięcie tej idei (jakkolwiek za dinozaura bez piórek to się komuś należy dostanie po łapach). Sam Doktor jednak jest bardzo doktorowy i tym nas jak zawsze kupuje. Ten moment na samym początku, gdy już zauważa, że coś jest nie tak, ale jeszcze chwilę mu zajmuje dojście do tego, co to właściwie jest, od razu wprowadza w odpowiedni klimat. Odcinkowa towarzyszka także wypada świetnie – Nicola Coughlan gra Joy wspaniale, czy to w wersji zwykłej postaci, która chciałaby pewnie mieć spokój, a tu jej mansplainują, ale często wyjaśniając niewiele, czy jako opętanej przez korporacyjnego wirusa. A moment, kiedy mówi Doktorowi, że Villengard jest bez znaczenia – no, cudo po prostu. W obliczu gwiazdy czym jest jakaś tam zła korporacja? I cóż, może i ostatecznie Doktor okazuje się niepotrzebny do uratowania dnia, ale czasami takie przewrotne wyjście też jest w tym serialu potrzebne. Bo Doktor może wiele, ale zdecydowanie nie wszystko.
Wątek roku Doktora w hotelu wypadł całkiem okej, zawsze lubimy takie momenty zwolnienia, które jednak nie mogą trwać wiecznie. I tu to też dobrze gra. Anita jest fajna w swojej zwyczajności i ładnie gra motyw z fotelem, a u Doktora widzimy nie tylko nawiązanie do Jedenastego zostającego z Amy i Rorym, ale przede wszystkim to wyciszenie, którego ma/miał się nauczyć Czternasty.
Ostatecznie Joy to the World niekoniecznie trafi do naszej osobistej czołówki najlepszych odcinków Doctor Who, ale zdecydowanie jest to mocny odcinek świąteczny. Nawet pomijając tę ostatnią migawkę na Betlejem, jakby trzeba było jakichś chrześcijańskich potwierdzeń w tym odcinku, żeby uczynić go pełnym – gdy bez tego ta historia ładnie się broni.
ET: Lubię motyw pętli czasu i mogę go oglądać we właściwie nieskończonych wydaniach. W Joy to the World został podany na jeden z zabawniejszych sposobów – bo właściwie wprost powiedziano, że zupełnie nie ma sensu, Doktor znał kod, bo usłyszał go wcześniej od samego siebie. Bardzo zgrabne i autoironiczne zarazem, i chociażby za ten pomysł odcinek dostaje ode mnie ogromnego plusa. A dobra było w nim znacznie więcej, w tym znacznie większa pętla, obejmująca aż Gwiazdę Betlejemską.
Joy to the World to opowieść o samotności, ale też o sile przyjaźni, bliskości, ślicznie symbolizowanej posiadaniem fotela, który można komuś zaoferować. O małych i większych gestach, którymi możemy odmienić czyjeś życie, i w końcu o poświęceniu, którym ratujemy przede wszystkim siebie. W końcu nieprzypadkowo Doktor pragnie ocalić Joy i wiele osób przed nią i po niej, bo to jego sposób na nadawanie swojemu życiu sensu. To też jeden z tych odcinków, w których Doktor zatrzymuje się – tu aż na rok – aby po prostu zwyczajnie pożyć, zasmakować codziennych relacji i czynności. I najwyraźniej bardzo mu się to podoba (swoją drogą ciekawe, co słychać u Czternastego).
Jeśli miałabym coś zarzucić temu odcinkowi, to byłoby to tempo, bo zmieścić się musiał jeszcze i hotel czasu, i ratowanie świata, i trochę skoków w czasie – ale serio, nie zabiera się himalaistom liny! – i wszystko to było naprawdę dobre i wciągające, ale nie pogardziłabym nieco wolniejszą i mniej bogatą, a najlepiej po prostu dłuższą historią. A tak troszkę zabrakło mi miejsca na ładunek emocjonalny, który niesie ta bardzo moffatowska historia świąteczna.

Clever Boy: To był bardzo przyjemny odcinek. Bawiłem się na nim dobrze, ale ma też sporo wad. Przeleciał mi bardzo szybko. Pomysł na fabułę był bardzo fajny, ale chyba powinno się jej poświęcić więcej czasu. Sam pomysł na Hotel Czasu był ekstra. Szkoda, że został tak mało wyeksplorowany. No chyba że jeszcze do niego wrócimy. To aż się prosi na motyw sezonu lub nawet cały sezon poświęcony akcji w takim miejscu i rozwiązywaniu jakiejś tajemnicy. Troszkę jestem zawiedziony samą Joy, bo było jej naprawdę mało. Trochę niewykorzystany potencjał Nicoli Coughlan. Chociaż miała jedną mocną scenę. Podobało mi się to uderzenie w covidowy świat restrykcji, które były łamane nie tylko przez „zwykłych” ludzi, ale również przez urzędasów, celebrytów i ludzi rządzących. No i cudowna Anita… Kurczę, te sceny były fantastyczne. No i nie ukrywam, że polubiłem ją w te kilka minut bardziej niż Ruby i bardziej uwierzyłem w jej przyjaźń z Doktorem niż niby to, co miało ukształtować się na linii Doktor-towarzyszka przez cały poprzedni sezon. Mam nadzieję, że jej postać jeszcze powróci. Nie ukrywam, że na koniec się wzruszyłem. No piękne to było. Czasem Doktor musi przegrać. I jeszcze to Betlejem na końcu, tak coś przeczuwałem. Miodzio, bardzo się cieszę, że w to poszli. Lubię świąteczne odcinki, ale na pewno nie trafi na listę moich ulubionych.
Lady Kristina: Joy to the World okazało się naprawdę sympatycznym świątecznym odcinkiem. Mamy tu odpowiednią porcję świąt, nieskupiającą się za bardzo na tej religijnej części (poza ostatnią sceną), a na tym, że w świętach najważniejsze jest po prostu bycie dla kogoś. Z drugiej strony nie zabrakło tu typowo doktorowego timey-wimey. Sam koncept Hotelu Czasu połączonego z różnymi miejscami w czasie i przestrzeni to naprawdę świetny pomysł i nie miałabym nic przeciwko, aby Doktor zawitał tam jeszcze w przyszłości. Lubię też pętle czasowe, a ta, w którą Doktor został wepchnięty przez samego siebie, została naprawdę dobrze przedstawiona.
Nieco mieszane odczucia wywołały jednak we mnie relacje między bohater(k)ami odcinka. Joy była bardzo sympatyczną postacią, ale odniosłam wrażenie, że w odcinku było jej za mało, żeby móc bardziej ją polubić. O wiele bardziej w roli towarzyszki odcinka widzę Anitę, której relacja z Doktorem została też o wiele lepiej przedstawiona – bardzo polubiłam tę bohaterkę i chętnie zobaczyłabym ją ponownie w serialu.
Joy to the World jest dostępny w Polsce na platformie Disney+ z polskimi napisami i dubbingiem.
A jakie są wasze wrażenia z odcinka? Dajcie nam znać na naszym Facebooku, w grupie albo na naszym Discordzie.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






