Zostawiamy na chwilę Doktora i Belindę i sprawdzamy, jak Ruby Sunday radzi sobie po opuszczeniu TARDIS. Co sądzimy o Lucky Day?
Uwaga na spoilery.
Lady Kristina: Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam aż tak sfrustrowana, oglądając Doctor Who. Nie dotyczy to samego odcinka, który był naprawdę dobry, ale tego, jak niestety bardzo dokładnie przedstawia rzeczy, które dzieją się w naszym świecie – to stałe szerzenie dezinformacji, skłócanie społeczeństwa i rozpowszechnianie teorii spiskowych.
Naprawdę podoba mi się, jak pokazano sytuację Ruby, która chce poukładać sobie życie po odejściu z TARDIS, a jej zespół stresu podoktorowego na pewno tego nie ułatwia. Najwyższy czas, aby Kate zapoznała ją z grupą wsparcia, zwłaszcza po ostatnich przeżyciach. Plot twist, że to nie zapowiadany Shreek jest potworem tygodnia, a Conrad, był naprawdę świetnie poprowadzony, zwłaszcza że przez to fabuła Lucky Day nie była aż tak oczywista.
Dostajemy tu też parę wskazówek odnośnie nadciągającego finału: kolejny występ pani Flood, informacja, że Doktor dowiedział się o Belindzie właśnie od Conrada, który dodatkowo wydostaje się z więzienia – nie zdziwię się, jeśli wkrótce zobaczymy go ponownie.
dziewiętnastka: Ej, jakoś się nie spodziewałam, że ten odcinek będzie prawie bez Doktora i praktycznie bez Belindy… Ale trzeba przyznać, że Ruby dobrze się sprawdza jako bohaterka pierwszoplanowa, więc właściwie w ogóle mi to nie przeszkadzało. Tylko raz zrobiłam takie „hm, czyli to ten typ odcinka”.
Plot twist odnośnie Conrada mnie ZNISZCZYŁ. To przecież personifikacja koszmaru każdej kobiety zainteresowanej romantycznie facetami: umawiasz się z typkiem, wydaje się spoko, czujesz się z nim super, a potem się okazuje, że on to wszystko UDAWAŁ. I jeszcze nie dość że udawał, to odczuwa jakąś straszną potrzebę zgnojenia ciebie osobiście, zero łagodzącego „to nic osobistego”, wręcz przeciwnie, sypie sól na ranę. Biedna Ruby, nie zasłużyła na to zupełnie. Po czymś takim dziwię się, że sama nie wypuściła na niego krzycza albo przynajmniej nie dała mu dokończyć roboty. Fajne tłumaczenie btw! Lepsze niż zostawiony anglojęzyczny Shreek w opisie na Disney+ (czy tylko ja miałam wrażenie na początku, że to Shrek?).
Ale wracając do tematu, ja wiem, że Kate postąpiła tu nieetycznie, co zresztą jej podwładny/chłopak (?) – swoją drogą, nie za mądrze tak romansować w pracy, ale dobra, kim ja jestem, by tu moralizować – słusznie wypomniał. Ale emocjonalnie sprawiło mi to tyle satysfakcji, że nawet nie będę się czepiać. Szkoda tylko, że Conrad najwyraźniej jednak nie zgnije w celi, choć pewnie współpraca z Panią Flood nie przyniesie mu lepszej przyszłości. Teraz to już naprawdę muszę wiedzieć, kim ona jest!!!
(Aczkolwiek nie rozumiem, czemu Davies powtarza ten sam zabieg „pojawiania się co odcinek w różnych rolach” z dwiema różnymi postaciami. Jak teraz wspominam poprzedni sezon, to tam szczerze mówiąc… nie miało to chyba za wiele sensu. Teraz ma dużo więcej, widać, że jakiś plan się tutaj rysuje).
Ginny N.: To był bardzo dobry, a jednocześnie męczący odcinek. Plot twist jest mocny, ale siedzi nieprzyjemnie na żołądku, choć od pierwszych scen, ba, nawet przed odcinkiem, miałem poczucie, że coś z Conradem będzie nie tak. Dałem się jednak zwieść, ech, biedna Ruby. Ale odcinek o social mediach wpływających na nasz świat i o bogatych influencerach… Czy dziwi mnie to po otwierającej scenie odcinka z tymi fajerwerkami, że jest on tak mocno w typie Years and Years? I skąd mały Conrad wiedział, że Belinda to Belinda Chandra? Panią Flood poznaje na końcu odcinka, więc wtedy o niej nie wie. Ale też po tym wszystkim cieszy nas ta scena z Doktorem na końcu, niesie ważny przekaz. Conrad może jeszcze wróci w finale, ale tak czy inaczej, Doktor ma rację – świat będzie istniał dalej bez niego i (miejmy nadzieję) zmieniał się na lepsze.

Zielona Małpa: To był bardzo ciekawy odcinek! Jednak brakowało mi tu Doktora i Belindy, bo krótka scena na początku i na końcu to zdecydowanie za mało charyzmy tej dwójki! Miło było zobaczyć Ruby i to, jak radzi sobie w swoim życiu po zrezygnowaniu z dalszych przygód z Doktorem. I to, że choć pozornie wszystko jest w porządku, to jednak w dużej mierze Ruby przywdziewa maskę i wciąż żyje tym krótkim okresem swojego życia. Jeszcze tego nie przepracowała, ale na szczęście sama dochodzi do tego wniosku i postanawia odpocząć.
Od początku podejrzewałam, że Conrad nie pokazuje swojego prawdziwego oblicza. Choć przyznam, że to w dużej mierze dlatego, że gdzieś widziałam komentarz do jednego ze zdjęć z planu, że ta postać ma serial killer vibe. No i nie mogłam tego odzobaczyć.
Myślę, że to będzie ważny odcinek w kontekście finału, ponieważ okazuje się, że to Conrad powiedział Doktorowi o Belindzie i zapoczątkował ich spotkanie. Mam też coraz więcej podejrzeń, że pani Flood to jakaś zagubiona Władczyni Czasu (przedstawia się tytułem jak Doktor).
ET: Jakież to było dobre i smutne zarazem! Również nie spodziewałam się odcinka Doktor-lite, zupełnie jednak mi to nie przeszkodziło. To był świetny pomysł, pokazać, jak Ruby sobie radzi, a właściwie zupełnie nie radzi po rozstaniu z Doktorem, że ich wspólne przygody oczywiście zmieniły jej życie, ale przede wszystkim wywołały u niej traumę – takich opowieści mamy zdecydowanie za mało. Mam ogromną nadzieję, że w tej serii czeka ją jeszcze spotkanie z Piętnastym i że po nim będzie jej choć trochę lepiej.
Temat odcinka mocny i niestety bardzo na czasie, celnie wali w samo miękkie. Wszak żyjemy w epoce dezinformacji, teorii spiskowych i patocelebrytów monetyzujących ludzkie lęki. Lubię, gdy Doctor Who robi się mocno społeczny. Takie historie bolą najmocniej, ale też dają do myślenia i na długo zapadają w pamięć.
Clever Boy: To był bardzo dobry odcinek, ale smutny i ciężki. Wiedziałem, że dostaniemy odcinek prawie bez Doktora, więc to mnie nie zaskoczyło. Nie spodziewałem się jednak, że będzie tam wielki plot twist polityczny, który nagle zmieni nam gatunek odcinka i opowiadanej historii. Nagła zmiana charakteru Conrada totalnie mnie zaskoczyła. Poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył w żołądek. To jego chore dążenie do pokazania jego prawdy, chamskie odzywki do Ruby i Shirley, obrażanie brygadiera. No cały czas wołałem, żeby ktoś mu cholera przyłożył. I cieszyłem się z tego, co zrobiła Kate. Okropny człowiek. To trochę śmieszne, bo dałem się nabrać, że rzeczywiście historia pójdzie w tę stronę, że Conrad będzie cały czas chciał być jak Doktor i pokazać Ruby, że może być taki wspaniały, odważny i sprytny. A tutaj… zonk. Chyba bardzo boli też to, że tacy ludzie żyją wśród nas – są przekonani o swojej racji i nieważne, jakie dowody im przedstawisz, to i tak nadal będą twierdzili np. że Ziemia jest płaska lub że szczepienia to zło. Zresztą Conrad sam nie wziął antidotum… Podobała mi się też scena wkurzonego Doktora i to, że ktoś mu się postawił. I do tego człowiek. To była potężna scena, świetnie zagrana i pełna emocji – u postaci i widza. Chyba po raz pierwszy pani Flood aż tak bardzo interweniowała i pokazała, że zdecydowanie jest tą złą. Czy „The Governor” to jej imię? Niedługo przekonamy się, co dla nas przyszykowała. Tym bardziej że Conrad odegra tutaj na pewno większą rolę…
A jak wam spodobał się odcinek Lucky Day? Dajcie znać na naszym Facebooku, Bluesky, Discordzie lub w grupie!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






