Wszystko, co dobre, szybko się kończy. 14 seria (1 sezon) Doctor Who zleciała bardzo szybko i obecnie jesteśmy po pierwszej części wielkiego finału, czyli The Legend of Ruby Sunday. Jak odcinek podobał się redakcji Whosome oraz zaproszonym gościom?
Ginny N.: W O W. To było, mocne, intensywne, wspaniałe od początku do końca. Okno czasu? Jakie okno czasu? Ach, t o okno czasu xD Pięknie rozegrany wątek Susan Triad i to daviesowskie wodzenie za nos (ale teraz to już Susan musi powrócić! Oby za tydzień). I te 66,6 metra, które powraca w nagraniu z kamery monitoringu i z mamą, której Ruby nawet z pomocą Doktora nie może zobaczyć. Czyżby w 73 Yards Banshee to była mama Ruby? A może nie. A na koniec Set, tego się nie spodziewałem, choć taka teoria się pojawiała. Ale to super, że Davies sięga tak głęboko do klasyków, że obok tego wszystkiego nowego mamy wciąż powiązania z klasyczną erą poza UNIT-em (który najwyraźniej zatrudnia dzieci???). Zrobiło się pysznie kampowo. A w tym wszystkim Doktor, który przegrywa to starcie i naprawdę czuć, jak mocną porażkę poniósł. Choć oczywiście wymyśli coś wspaniałego już za tydzień i to widać, że to będzie musiało być coś niesamowitego, może do tej pory w Doctor Who niewidzianego.
Robert S.: Niby struktura podobna do „typowych” two parterów z New Who – ot, wodzenie za nos, kilka zwrotów akcji i duży cliffhanger przed prawdziwym finałem – ale skala budowanej przez cały sezon tajemnicy jest tak duża, że The Legend of Ruby Sunday do typowości bardzo daleko. Uwielbiam za Kate (i TO spojrzenie, która rzuciła Doktorowi sami-wiecie-kiedy), emocjonalnego Gatwę (na naszych oczach tworzy się naprawdę rewelacyjny Doktor i miejmy nadzieję, że zostanie przy tej twarzy na dużej, jak sam zapowiada), Carlę (fakt, że podczas obserwacji “zjawy” myślała tylko o tym, by zapewnić ją, że Ruby jest bezpieczna… najbardziej wholesome mama pod słońcem) i cudowny, końcowy koncert suspensu połączonego z big revealem. Oczywiście pytań jest jeszcze więcej niż wcześniej (od kiedy nie możemy ufać TARDIS? Raczej pewne, że Sutekh dostał budkę w swoje łapy po Fluxie, ale kiedy dokładnie?), ale jestem spokojny, że dostaniemy na nie interesujące odpowiedzi, bo widać, że RTD ma na całość konsekwentnie realizowany i odrębny od swoich poprzednich runów pomysł. A skoro już tak głęboko sięgamy w klasykę, to w finale na dobitkę poproszę jeszcze pierwsze spotkanie Piętnastego z Dalekami. 🙂
dziewiętnastka: A to ja dla odmiany będę tą osobą „nie pod wrażeniem”. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że teraz muszę cierpliwie poczekać na kolejny odcinek, by wszystko się wyjaśniło… (Na przykład, dlaczego właściwie Susan Twist/Triad coś miotało po czasie jak szatanem? No i pokażcie wreszcie mamę Ruby, bo ile można nas tutaj na krawędzi trzymać?). Ale nawet z tym zastrzeżeniem to po prostu nie było satysfakcjonujące. Ton tego odcinka mocno skakał, przejście od disneyowego – niezamierzone porównanie – „lalala, spotkanie rodziny po latach” do horroru wydało mi się bardzo nieorganiczne. No i nie ukrywam, ciężko czerpać satysfakcję z wielkiego zwrotu akcji, gdy partner do oglądania DW robi mi tuż przy uchu „PFFFFFFF SUTEK”. Może gdybym siedziała bardziej w klasycznych sezonach, wiedziałabym, czemu właściwie mam się bać. Na ten moment, szczerze mówiąc, nie bardzo wiem. Oczywiście, mogę się domyślać z kontekstu i przeczytać w internecie, ale to poczucie pustki „powinnam wiedzieć, a nie wiem” to nie jest coś, co moim zdaniem powinno w tej serii zaistnieć.

Ollie: Już chyba na dobre weszliśmy w rejony bardziej horrorowe. Jesteśmy praktycznie o krok od wielkiego zniszczenia, spowodowanego przez pradawną siłę z dalekich czeluści kosmosu. To wydaje się właśnie najbardziej przerażające od czasu świątecznych odcinków – fakt, że Doktor musi mierzyć się teraz z istotami, których nie imają się absolutnie żadne prawa fizyki. Jak walczyć z czymś, co na dobrą sprawę jest naturalną częścią porządku wszechświata? A z tego co widać, to nowy/stary wróg ma niemałą kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, co tyczy się nie tylko planety Ziemi, ale również pozostałych rejonów uniwersum.
Zielona Małpa: Zacznę od tego, że pierwszy raz od dawna naprawdę wciągnęłam się w odcinek od pierwszej do ostatniej minuty. Ale to tak naprawdę, że reszta świata mogła dla mnie na ten czas nie istnieć. Poczułam się jak za czasów, kiedy Doctor Who był serialem, na którego nowy odcinek czekałam z niecierpliwością. Czułam napięcie, czułam strach bohaterów, czułam podekscytowanie, czułam satysfakcję, gdy spełniły się teorie, na które stawiałam (choć nie wszystkie spełniły się jeden do jednego). Powrót do przeszłości w formie okna czasu było ciekawym, choć wtórnym doświadczeniem – miałam wrażenie, że gdzieś już coś podobnego widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Cieszę się, że pojawiło się tak duże nawiązanie do wnuczki Doktora, choć zgodnie z moimi przewidywaniami sama Susan się tutaj nie pojawiła. Natomiast rola Susan Triad wydała mi się dość niewielka w porównaniu do znaczenia głównego zła tego finału. Każdy bowiem jest nikim w obliczu boga śmierci. Sam Sutekh pojawiał się w teoriach, więc nie był totalnym zaskoczeniem. Myślę, że przed kolejnym odcinkiem nadrobię historię z Sutekhiem z czasów Czwartego Doktora, żeby mieć nieco więcej odniesień. Ogólnie – jestem bardzo dużą fanką tego odcinka. Choć dziwnie jest oglądać nowy sezon w świadomości, że świat być może dąży ku zagładzie, a Czternasty Doktor cziluje sobie z rodzinką Noble… Taki maleńki zgrzyt.
Lady Kristina: The Legend of Ruby Sunday postanowiło rozprawić się z największymi zagadkami tego sezonu: kim jest Susan Twist Triad i kim jest (najprawdopodobniej) mama Ruby? Nie wierzyłam za bardzo we wszelkie teorie tym, że jedną (lub obiema) z nich może być Susan Foreman i też nie do końca pasowało mi wrzucenie tego wątku w odcinku – anagram TARDIS może wydawać się podejrzany, ale imię Susan? Po seansie muszę teraz przyznać, że jeżeli którakolwiek z postaci miałaby być Susan, to byłaby nią raczej pani Flood.
Przez większość odcinka wpatrywałam się w ekran z napięciem, że kiedy się skończył, aż się zdziwiłam, że to już. Krążące po fandomie teorie o powrocie Sutekha do serialu traktowałam z lekkim sceptycyzmem, ale ostateczne odkrycie, że to on był Tym, Który Czeka, nieco mnie zaskoczyło. I mimo że niektóre tajemnice zostały już rozwiązane, to mam wrażenie, że otrzymaliśmy ich jeszcze więcej.

Przemek: Czekając na The Legend of Ruby Sunday nie nastawiałem się na nic. Nie śledziłem większości teorii odnośnie obecnego sezonu i podszedłem do tego z prawie czystą głową. Dzięki temu cały odcinek oglądałem z niesamowitym napięciem i tylko czekałem, aż wszystkie karty zostaną wyciągnięte na stół.
Z racji tego, że nie jestem dobry w Classic Who, to byłem kompletnie zaskoczony, że Tym, który Czeka jest Sutekh. Kompletnie nie znam tej istoty i przyjąłem ją z wielkim zaciekawieniem! Wydaje się być groźny i niepowstrzymany, więc nie wiem, co Doktor wymyśli, aby go pokonać. Tutaj mam własną teorię – może właśnie Ruby jest jakąś „tajną bronią”, która ma się przydać Doktorowi i przyczynić do obrony wszechświata przed Sutekh? Może tak jak River Song była szkolona do tego, by zabić Doktora, tak może Ruby Sunday została stworzona i „podrzucona” Doktorowi, by ten użył jej do walki przeciwko Sutekh? Może to właśnie Susan, wnuczka Doktora, wiedząc, co się stanie, zostawiła ją na Ruby Road pod kościołem? I kim w takim razie jest Susan Triad? Została wykorzystana i jest tylko przypadkową ofiarą? A może jest kimś więcej? Czy Pani Flood okaże się kimś zupełnie innym, niż myślimy, że jest? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Już się nie mogę doczekać finałowego odcinka!
Clever Boy: Ja jestem zmieszany. Podobało mi się, że RTD od razu przejrzał to, jakie teorie mogą mieć ludzie i trochę to wyśmiał. Odcinek trzymał w napięciu i ostatnie chwile były niesamowicie intensywne. Sceny w oknie czasu trochę mi się dłużyły. I niestety muszę przyznać, że wcale mnie nie wzruszyły. Za krótko znam Ruby i za mało o niej wiem, żeby się przywiązać. Nie rozumiem też, dlaczego nagle teraz Doktor chce rozwiązać zagadkę pochodzenia Ruby. Nie podobało mi się też to gadanie, że Doktor nie jest „jeszcze” ojcem, skoro poprzednie wcielenia nieraz wspominały, że miały rodzinę czy nawet Piętnasty kilka odcinków temu gadał „jak ojciec z ojcem”. Już nie wspominając o Jenny z 4 serii (dla Doktora jest martwa, ale no kurczę… jest jej ojcem). Brakowało mi także jakiegoś wstępu do odcinka. W tej serii mamy za mało scen w TARDIS, za mało ogólnych rozmów między Doktorem a towarzyszką. Nie pozwala mi się to jakoś przywiązać do postaci. Ekipa z UNIT-u cudowna. Dobrze wiedzieć, że Donna i Czternasty gdzieś tam jest.
Przyznaje, że Davies mnie trochę przehajpował przed seansem. Nie dostaliśmy zbyt wielu odpowiedzi w tym odcinku. Nadal nie wiemy, kim jest Ruby i jej mama. Nie rozumiem, jak Susan Twist się przemieszczała przez czas i przestrzeń, i jaką rolę pełniła. Nie oglądałem klasyków z Czwartym, więc nie wiem kim jest Sutekh, ale widziałem o nim teorie już wcześniej, więc nie była to dla mnie wielka niespodzianka. Jednakże zapowiada się morderczo, a to lubię. Zaintrygowała mnie za to ponownie pani Flood. Złowieszcza, tajemnicza i czy ona jest Władczynią Czasu? Doktor wspomina, że regenerują czasem, żeby się ukryć, a za chwilę ona wypowiada dokładnie takie słowa. Chciałbym, żeby okazało się, że jest jednak dobrą postacią i np. chroni rodzinę Sunday. A może to Susan? Tyle wodzą nas za nos, że będę rozczarowany jeśli w tej lub w przyszłej serii nie pojawi się w jakiejś postaci. I najważniejsze: Dajcie Chery Sunday herbaty!!!
A jak wam podobał się odcinek? Dajcie nam znać na naszym Facebooku lub w grupie. Finał 14 serii (1 sezonu) Doctor Who, czyli odcinek Empire of Death będzie mieć premierę 22 czerwca (sobota) o 1:00 na Disney+. Odcinek potrwa 54 minuty.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






