Piętnasty Doktor, Belinda, nowa towarzyszka, porwana przez roboty oraz timey-wimey – to wszystko czekało na nas w odcinku The Robot Revolution. Jak pierwszy odcinek nowej serii Doctor Who spodobał się redakcji? Zapraszamy do lektury redakcyjnych wrażeń. Uwaga na spoilery!
Anndycja: To był świetny start sezonu. Cały wątek z towarzyszką, którą ogłaszają planetarną księżniczką, jest tak cudownie absurdalny, że nie sposób się nie wciągnąć. I po prostu nie mogę nie rozpisać się o Belindzie – mam wrażenie, że po Ruby, której background był… no powiedzmy sobie szczerze, rozczarowujący, wyróżnia się tym bardziej. Belinda jest kompetentna, jest energiczna, samodzielna, wygadana, empatyczna (to “darling” kierowane do każdego pacjenta w szpitalu sprawia, że topnieje mi serce) i nie daje sobie w kaszę dmuchać (czy kogoś Wam w tym przypomina? Donno Noble, wstań, jak o tobie mówię.) Ncuti Gatwa znów pokazuje że potrafi w ułamku sekundy przejść z roli komediowej do dramatycznej. Mam wrażenie, że RTD złapał dawny rytm i chociaż trudno jest uniknąć porównań do jego dawnych sezonów, to pierwszy odcinek tej serii sprawił, że poczułam się, jakbym wróciła do domu. Jedyna frustracja, jaką poczułam, pojawiła się przy pani Flood. KIM JESTEŚ, WCIĄŻ ŁAMIĄCA CZWARTĄ ŚCIANĘ KOBIETO?
Clever Boy: Doctor Who nareszcie powrócił i to w jaki świetny sposób! Dostaliśmy bardzo fajny odcinek. Ciekawa i dość zabawna fabuła, dużo humoru, cringe’u i kiczu, ale również trochę poważnych momentów i smutku. Ciekawy plot twist z wrogiem. Bardzo zaciekawiła mnie fabuła odcinka i zalążki większego wątku. Gdyby tym odcinkiem rozpoczęto poprzednią serię, to mniej osób by się od niej odbiło. To było naprawdę dobre. Belinda jest taka super! I po jednym odcinku mogę o niej powiedzieć więcej niż po Ruby i czuję, że znam ją lepiej i lubię ją bardziej. Ma dobre poczucie humoru, jest inteligenta i bystra, empatyczna, odpowiedzialna, biorąca sprawy w swoje ręce, niedająca się podejść Doktorowi i jego czarowi. I wykorzystuje swoje umiejętności pielęgniarki, by pomóc. Mam tylko nadzieję, że sposób, w który Doktor uratował Belindę, nie sprawi, że zregeneruje – no bo trochę oberwał. Jedyne co mi się gryzło to, że Piętnasty nie przejął się za bardzo śmiercią Alana, a także nie miał nic przeciwko rebeliantom używającym broni. Wcześniejsze wcielenia by to krytykowały. Plus – odcięcie prądu w szpitalu ma swoje konsekwencje… Mam też wiele pytań. Dlaczego Doktor szukał Belindy w szpitalu i skąd o niej wiedział? Skąd Belinda wiedziała, że TARDIS to TARDIS (usunięta scena czy mamy się czegoś doszukiwać?) Czy Flood mieszka teraz obok niej? Co blokuje im dostęp do współczesnej Ziemi? No i oczywiście czy to, że poznaliśmy Mundy i Belindę, ma rzeczywiście jakiś większy sens we wszechświecie? Z chęcią obejrzę nowy odcinek jeszcze raz. Co ciekawe – pierwsza część finałowego odcinka powinna zostać wyemitowana właśnie 24 maja 2025 roku. Meta.

Ginny N.: To było takie dobre! Cudna mieszanka kampu i powagi, nowa towarzyszka (Belinda <3 <3 <3), cudny Doktor, który czasem szybciej robi niż pomyśli, ale jak już pomyśli, to i szczerze przeprosi… Doctor Who powrócił z przytupem. Ten odcinek to jest historia niby taka ot, niepoważna, no bo co to za dziwnostka, kupić dziewczynie gwiazdę, a prawie dwie dekady później roboty z planety krążącej wokół tej gwiazdy rozwalają tej dziewczynie dom (nawet nie jej, ona tylko wynajmuje tu pokój) i zabijają kota koleżanki… A nie, wróć, z tym kotem to już się robi poważne i choć ograne na zabawnie, podpowiada, że tematyka odcinka wcale nie będzie lekka. I zupełnie nie jest. Incele, Al, ta scena zaręczyn, borze zielony, i roboty, które zabijają ludzi, bo to taka świetna zabawa… Brr, strach się bać. A w tym wszystkim Belinda, która może nawet lubi Doktora, bo trudno go nie lubić, ale też ma swoje zdanie, potrafi powiedzieć stop, gdy on przekracza jej granice i tak naprawdę chce po prostu wrócić do domu. Do dnia, w którym, co bardzo nam się metatekstowo podoba, w którym ma ukazać się finałowy odcinek tej serii. No i jeszcze jest ta ostatnia scena. Co tu się stało D: Czy to działania pani Flood, czy coś zupełnie innego… Może to przez to, że Doktor zepsuł prąd w szpitalu Belindy, nawet jeśli zakładamy, że jednak go szybko naprawił, to jednak może się mylimy… Nie zostało to w końcu pokazane na ekranie. Nie możemy się doczekać, żeby się dowiedzieć i zobaczyć, jak Doktor z Belindą to wszystko naprawią.
dziewiętnastka: Taki Doctor Who pasuje mi zdecydowanie bardziej niż pierwszy sezon (z całym szacunkiem dla wszystkiego, ale złe roboty i ekhm, toksyczni ludzie zawsze wygrają u mnie z goblinami) i dawno już tak nie miałam, że naprawdę bardzo CHCĘ kolejny odcinek! Szanuję zdrowy rozsądek Belindy i mam nadzieję, że jej się uda w końcu wrócić do domu, no bo serio… Dziewczyna zaczyna nową zmianę! Nie można tak odrywać ludzi od pracy, do której mają powołanie! (A po niej widać, że ma.) NHS jej potrzebuje! Belinda dobrze punktuje te nieco mroczniejsze zachowania Doktora, które z reguły przegapiamy, bo oślepia nas jego piękny uśmiech. Tego się nie spodziewałam, jakoś miałam wrażenie, że w pierwszym sezonie Davies podszedł do tego raczej bezrefleksyjnie, a tu proszę. Z innych rzeczy: pojazd po genAI był przepiękny, dokładnie taki, jakiego potrzebujemy, a efekty rozdarcia w czasie i bum wynikające z paradoksu czasu zostały przedstawione zaskakująco… psychodelicznie. W pierwszym przypadku nie mogłam uniknąć skojarzeń z zieloną trawką (co-co-co-co jest…), drugi kojarzył mi się trochę z serialem Legion i ogólnie z różnymi przedstawieniami odlotów na kwasie. Nie powiem, jest to dość dziwny kierunek dla serialu, przypominam, FAMILIJNEGO, ale mnie osobiście bardzo się to podobało! Poproszę więcej!

Pryvian: Przyłączam się do ochów i achów, to był fenomenalny start sezonu! I wydaje mi się, że to też taki idealny pierwszy odcinek dla wszystkich tych, którzy chcą się w świat Doctor Who dopiero wciągnąć. Jasne, ta fabuła i kosmiczne timey-wimey trzymała się głównie na słowo honoru i piękny uśmiech Ncutiego, ale w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadzało. Za to kłaniam się głęboko w pas twórcom za obuchową krytykę genAI oraz incelstwa – obie te rzeczy zasługują na wyparowanie z powierzchni ziemi i zostanie zmiecionymi przez słodkiego robocika. No i Belinda – od czasów Donny chyba nie zakochałam się w żadnej towarzyszce Doctora aż tak momentalnie. Pielęgniarka, która nie boi się wygarnąć “panu doktorowi”, żeby też się wziął do roboty, pracowita, empatyczna, mocno stojąca nogami na ziemi i jasno wytyczająca granice, noż przecież to jest ideał bohaterki, której chcę kibicować! A za “does it have to say miss” kocham ją po tysiąckroć!
Lady Kristina: Był to wspaniały początek nowego sezonu, o wiele lepszy niż ten z zeszłego roku. Mieszamy trochę kiczu, nieco timey-wimey, dużą porcję komentarza rzeczywistości i pewną siebie towarzyszkę, która wcale nie chce nią być, i w rezultacie powstaje właśnie taki odcinek jak The Robot Revolution. Bardzo polubiłam Belindę, bardzo mi też się podoba, że jej relacja z Piętnastym różni się od tej, którą Doktor miał z Ruby – jest o wiele bardziej poważna, odnosi się też wrażenie, że kryje się tam coś więcej. Belinda jest też w zupełnie innym punkcie życia niż Ruby, więc nic dziwnego, że nie ma za bardzo ochoty porzucać swojego stabilnego życia dla bardzo niepewnych podróży w kosmosie. Cały wątek zawirowań czasowych, będący nie tylko podstawą tego odcinka, ale prawdopodobnie również całego sezonu, jest naprawdę interesujący i czekam na więcej – a takie wątki w Doctor Who uwielbiam, więc czekam bardzo niecierpliwie! No i oczywiście nie można zapomnieć o mieszkającej również w tym sąsiedztwie pani Flood, której wcale tu nie było – co ona knuje?
ET: Oczywiście muszę się przyczepić do ewaporowania kitku w pierwszych scenach, ale poza tym dostaliśmy bardzo fajny, mocno absurdalny i doskonale kiczowaty odcinek. Belinda jest świetna, ma zasady, moralność, charakter, a na dodatek, cóż za przemiła odmiana, nie tylko nie podąża za Doktorem krok w krok i ma własne pomysły na rozwiązanie sytuacji, ale też, mimo zaciekawienia nagle znacznie większym światem, chce po prostu wrócić do swojego życia, pracy, ale też bliskich – wszak w trakcie porwania to oni jako pierwsi, a nie to, co się z nią dzieje, przychodzą jej do głowy. Bardzo mi pasuje taka towarzyszka. Jednak tym, co zachwyciło mnie w The Robot Revolution, oprócz znakomitego timey-wimey, była strona wizualna. Jakież te roboty i ich rakieta były doskonale kiczowate i rodem z książeczek dla dzieci, nie z “poważnego science-fiction”! Dodatkowy plus za zabawę ze zlepkiem “Missbelindachandra”. O takie DW nic nie robiłam!
A jak wam spodobało się The Robot Revolution? Dajcie znać na naszym Facebooku, Bluesky, Discordzie oraz grupie!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






