Jesteśmy już po seansie Wild Blue Yonder – drugiego z trzech odcinków specjalnych na 60. rocznicę Doctor Who. Co o nim sądzi redakcja Whosome i jej znajomi?
ET: To nie był odcinek specjalny – z niespodziankami, licznymi cameo i wielkim bum na koniec – ba, był jeszcze mniej „jubileuszowy” niż The Star Beast, i nawet przez chwilę się zastanawiałam, czy mi to jakoś szczególnie przeszkadza, by dojść do wniosku, że nie. Dostałam bowiem klimatyczne, klaustrofobiczne science fiction z przepięknym statkiem, pustym kosmosem i zardzewiałym robotem z innej epoki, zaprogramowanym, by powolutku kroczyć ku swojemu przeznaczeniu. Wild Blue Yonder to intymny spektakl dwójki aktorów, Davida Tennanta i Catherine Tate, którzy tyleż rozwiązują zagadkę i próbują nie zginąć, ileż nadrabiają piętnaście lat rozłąki i niejako poznają się na nowo – Doktor rozmawia bowiem nie tylko z tą świadomą częścią Donny, ale i poznaje jej nieuświadomione wspomnienia, które nieoczekiwanie wychodzą na powierzchnię za sprawą jej impostorki. Moment, w którym wracamy do finału Flux (i tu wielki szacunek dla RTD, że tego nie zostawił) i dowiadujemy się, jak wątek Timeless Children i finał Trzynastej odcisnął się na Doktorze, był, pun intended, wręcz mistrzowski. Oj, umie Davies w emocje i pokazywanie ich w kilku zdaniach i gestach.
Ujęły mnie też przebłyski humoru w tej raczej ponurej, momentami wręcz przerażającej opowieści. Mawitacja była wspaniała i liczę, że już w Doctor Who zostanie, bardzo mi się też podobało zrobienie z TARDIS hulajnogi. Świetne były przekomarzanki Czternastego i Donny i jego stwierdzenie, że Newton był całkiem pociągający – a następnie zdziwienie, że przyszło mu to do głowy. Fajne to było, te malutkie detale, comic reliefy, przypominające, że to jednak nadal Doctor Who, które nawet w najbardziej poważnej sytuacji potrafi sprawić, że się uśmiechniemy.
Kupiła mnie pomyłka Doktora, to, że zabrał do TARDIS nie tę Donnę, bardzo dobrze pokazująca, że nie jest wszechmocny ani wszechwiedzący, a także – jak wysoka była stawka. Nie spodziewałam się, że to napiszę, bo Dziesiąty nigdy nie był moim Doktorem, ale żałuję, że już za tydzień pożegnamy Czternastego z tą twarzą, która nie wiadomo dlaczego wróciła. Bardzo lubię tę jego otwartość, troskę, emocje, nawet się nimi troszkę wzruszyłam. Będzie mi go brakować.
Marena: Powiem tak: powrót Tennanta, w dodatku z Catherine Tate, sprawia, że tak mi cieplutko na serduchu – w tym odcinku odczułam to nawet bardziej niż w poprzednim. Pod względem fabuły jak dla mnie rewelacja, bo dostałam to, za co kocham ten serial: dobre SF, odrobinę psychologii, troszkę grozy i dziwaczności, którą ciężko znaleźć gdziekolwiek indziej. Fakt, nie do końca może da się poczuć, że to odcinki rocznicowe, ale jeżeli zamiast jednego wielkiego „wow, rocznica!” i świętowania z przytupem dostanę krótki, ale sentymentalny powrót Dziesiątego i Donny – dla mnie bomba!
Ginny N.: Marudzenie: CGI nas w tym odcinku wyrywało z pełnego zanurzenia. Brakowało mu tej mawitacji, realności, która mocniej osadzałaby nas w tym statku kosmicznym (ujęcia po lewej stronie ścian bardzo ładnie pokazują tę różnicę).
Koniec marudzenia. Jakie to było genialne! Świetnie napisane, wspaniale zagrane, no zwyczajnie Tate i Tennant mogli tu błyszczeć i odbijać wzajemnie swój blask – bez pomocy TARDIS i sonicznego śrubokrętu, które rozwiązałyby wszystko (no, może nie wszystko, ale dużo) za nich. Przecudna jest ta pierwsza scena, w której Doktor wraca do Donny i niby wszystko jest, jak trzeba, ale czy na pewno? A potem mamy Donnę u Doktora i takie „aha… czyli… to nie tak, jak nam się zdawało”. Kosmos bez blasku gwiazd zachwyca nastrojem grozy, jaki jeszcze tu podbudowuje. I sam pomysł na to, o co chodziło – przecudny w swej prostocie. Ale RTD, no jak tak można straszyć nas tym, że Doktor nie poznał prawdziwej Donny i że prawdziwa Donna umrze?! Ale na koniec Wilf <3 <3 A, i jeszcze ten odcinek to świetny komentarz do tego, co należy robić z tworami AI – kill it with fire.
Ollie: Dawno nie czułem takiego dysonansu poznawczego. Nic nie jest takie, jakie się wydaje, co jest jak najbardziej na plus. Wild Blue Yonder nie odkrywa od razu wszystkich swoich kart, tylko pozwala widzowi odczuć niemałe zakłopotanie przez większą część seansu. Miło wiedzieć, że Doctor Who potrafi jeszcze tego podstarzałego geeka zaskoczyć. Kto by pomyślał, że Russell T Davies zaserwuje odcinek, który spodoba się nie tylko starym wyjadaczom, ale również fanom horrorowego science fiction, choćby The Thing Johna Carpentera.

Maple Fay: Ogromne emocje, dużo strachu, dużo wzruszeń i poczucie, że wpuszczono mnie za kulisy pięknej przyjaźni, która przechodzi właśnie trudny okres i wymaga pracy, otwarcia i wzajemnego zrozumienia. Nie było tu mnóstwa wizualnych fajerwerków i efekciarstwa – z materiału zza kulis odcinka wynika, że RTD miał ochotę trochę ich dodać, więc chwała mu za pozostanie przy oryginalnym pomyśle. Szczególnie że w nieoczywiste zagrożenia i podkręcanie napięcia to on umie…
Czternasty powoli wysuwa się na prowadzenie w rankingu moich ulubionych wcieleń Doktor_, przede wszystkim dzięki ogromnemu ładunkowi emocji, jakie towarzyszą jego działaniom (i których się, na szczęście, nie boi) – nie mogę też nie wspomnieć o „ukanonicznieniu” queerowości Doktor_ oraz o pięknym nawiązaniu do przygód Trzynastej; cieszy mnie bardzo, że żaden z tych aspektów nie został zamieciony pod dywan. O więzi Czternastego i Donny nic nie napiszę, bo to się nie mieści w słowach – wiedziałum, że ich powrót będzie przepiękny, ale nie spodziewałum się AŻ TAKIEJ symfonii genialnego aktorstwa opartego na niuansach i odcieniach. Tate i Tennant mogliby usiąść na scenie i czytać przepisy na ciastka ze smalcem (podobno istnieje coś takiego), a i tak nie można by było oderwać od nich oczu.
Wspomnę jeszcze o finale odcinka z udziałem nieodżałowanej pamięci Bernarda Cribbinsa. Żałuję bardzo, że to jedyna scena z Wilfem (zdrowie aktora nie pozwoliło mu nakręcić więcej), ale jeśli to wszystko, co dostaliśmy w ramach pożegnania z postacią – to zostało to zrobione pięknie i wzruszająco. A rampy w TARDIS nabrały nagle zupełnie nowego wymiaru i znaczenia!
Kasia: O rany, nawet nie wiem, od czego zacząć! To nie tylko był perfekcyjny odcinek, ale także mój wymarzony. Nie mogłabym sobie wymarzyć nic lepszego. Każdy, kto zna mnie dłużej niż pięć minut, wie, że dla mnie najważniejsi są bohaterowie i ich relacje. I właśnie to dostałam, i to między Doktorem i Donną, z popisowym aktorstwem Tennanta i Tate, w klaustrofobicznej, złowrogiej, niepokojącej atmosferze, która zagęszcza się każdą chwilą, tak bardzo, że zarówno bohaterowie, jak i osoby oglądające nie mogą złapać tchu. Napięcie ciągle narasta, nawet w chwili, gdy wydaje się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
Uwielbiam takie odcinki, w których następuje zacieśnienie więzi, mierzenie się z własnymi demonami, traumami, przeszłością. Bardzo potrzebowałam takiej historii. I właśnie na takie zawsze czekam najbardziej, gdy możemy po prostu oglądać ulubionych bohaterów i ich relacje, gdy aktorzy mają czas i przestrzeń, żeby pokazać swoich bohaterów. I jasne, Doctor Who to serial bombastyczny, pełen akcji, biegania i wybuchów i kosmitów, gdzie ważą się losy wszechświata. Tutaj momenty wyciszenia na rozwój relacji na ekranie rzadziej występują na ekranie i są niezwykle cenne. Donna i Doktor nie widzieli się przez piętnaście lat, cudownie, że dostali taki odcinek. Czternasty i Donna musieli zmierzyć się z przeszłością, co było przejmujące. Przede wszystkim Wild Blue Yonder miał olbrzymi impakt emocjonalny. Ten odcinek od początku miał skupiać się na nich. Tate i Tennant nie schodzą z ekranu i są doskonali, pokazują całe spektrum umiejętności i warsztatu aktorskiego.
A jeżeli nie rozpłakaliście się już wcześniej, na pewno uroniliście łzę, widząc po raz ostatni Wilfreda Motta. To była jedyna scena, jaką był w stanie zagrać Bernard Cribbins. To jego pamięci był poświęcony ten odcinek…
Bardzo przywiązałam się do Czternastego, nie wiem, jak się z nim pożegnam. Nie jest po prostu kolejnym Dziesiątym, jest Czternastym, z całym bagażem doświadczeń, ale też rozwoju i cech wszystkich inkarnacji pomiędzy, jest bardziej samoświadomy, ale też emocjonalny, poturbowany. Podsumowując – jestem tak zachwycona, że długo nic nie dorówna temu odcinkowi. Cudowny, wzruszający, skupiający się na postaciach. W dodatku klaustrofobiczny i niepokojący. Doctor Who w swoim najlepszym wydaniu.
Anndycja: Nie nastawiałam się na nic konkretnego, czekając na Wild Blue Yonder, bo bardzo mało było wiadomo. Ale mimo tego – a może właśnie dlatego – dostałam odcinek z gatunku moich ulubionych – mroczny, straszny, psychologiczny, kameralny… nie mogłam odpędzić się od skojarzeń z Midnight, które jest moim ukochanym odcinkiem z udziałem Dziesiątego i nie pamiętam, żeby w ostatnich latach jakikolwiek inny wciągnął mnie tak bardzo. Emocje pomiędzy Doktorem a Donną, te usłyszane i nieusłyszane, szarpały mnie za serce. W ogóle mam taką nieśmiałą myśl, że gdyby Czternasty z emocjami, które nosi na wierzchu, i tą zwykłą czułością dostał choćby jeden pełny sezon, to miałby szansę wyprzeć z mojego fanowskiego serduszka Dziesiątego (a to jest POWAŻNA deklaracja). To, co Tennant robi aktorsko, żeby odróżnić dwie grane przez siebie inkarnacje, to jest kosmos. To, co robią Tate i Tennant, wcielając się w tym odcinku w doppelgangery, to jest mistrzostwo świata. Po raz kolejny przekonuję się, że RTD jest w stanie przekazać w jednym dialogu więcej emocji niż niektórzy showrunnerzy w całej swej kadencji (Chibnall, wstań, jak do ciebie mówię!). Jestem też zdania, że żaden potwór nie będzie straszniejszy niż te kilka minut, w których wydawało się, że Doktor przez pomyłkę skazał swoją przyjaciółkę na samotną śmierć w płomieniach, ale i tak dolina niesamowitości, jaką serwuje nam ta historia, będzie sprawiała, że odcinek zostanie mi w głowie na bardzo długo.

Magdalena: O, to było przeżycie! Spodziewałam się chyba takiego minimalizmu, ale nie przewidziałam, ile w tym będzie emocji i takiej powodującej ciarki na plecach lekkiej grozy. Podskoczyłam z zaskoczenia, kiedy pokazały się duble głównych bohaterów! I choć momentami efekty specjalne w tym aspekcie wytrącały mnie z immersji w historię, to jednak był to wspaniały popis aktorski i naprawdę nie było łatwo zgadnąć, kto jest prawdziwy. Bardzo się cieszę, że bohaterowie znaleźli trochę czasu, by pogadać, nawet jeśli nie zawsze ze sobą. Brakuje mi tego zawsze, bo o przyjaźni między Doktor_ a towarzysz_ami raczej serial nam mówi, niż to pokazuje – składamy sobie te relacje z pojedynczych gestów i słów. Tu zaś dostaliśmy po prostu rozmowy, próbę nadrobienia tego, co przegapili w życiu tej drugiej osoby.
Czternasty mówiący, że będzie OK za milion lat, złamał mi serce. Jaką długą drogę przeszedł od Dwunastego i przytulania się, żeby ukryć prawdziwe emocje na twarzy! Zachwyca mnie ta inkarnacja, a nie lubię specjalnie Dziesiątego, więc to nie jest raczej efekt nostalgii. Widzimy go niedużo, ale ma głębię i cechy, które odróżniają go od Dziesiątego, dzięki którym nie ma wątpliwości, że to nie cofnięcie się w czasie, tylko kolejny krok Doktor_, inkarnacja, która w jakiś sposób sięga w przeszłość, ale jest też tu i teraz. To Doktor, który umie okazywać emocje, powiedzieć komuś, że go ceni, cmoknąć towarzyszkę w czółko (o rany!).
Cieszyły mnie odniesienia do Flux – bardzo nie chciałam, żeby serie z Trzynastą, a zwłaszcza ta króciutka, ale tak bogata, odeszły w niepamięć, szczególnie że sam Flux pozostał niedomknięty. Teraz mamy potwierdzenie, że to się wydarzyło, że straty poniesione w tej kosmicznej anomalii są realne. Czy to wszystko się logicznie skleja? Nie wiem, ale może kiedyś się dzięki temu sklei.
Dużo skojarzeń budził ten odcinek. Doktor na krańcu wszechświata, tam, gdzie zamiast bytu jest niebyt, zamiast istot – nieistoty, które zazdroszczą nam istnienia. Znów tu jakoś wraca Dwunasty z Listen i końcem, w którym słychać nagle stukanie. Trochę w tym Płaszczaków z Flatline, bytów, które działają na zupełnie innej płaszczyźnie niż my. Widzę, że innym powszechnie kojarzy się z Midnight. Trochę było w tym Heaven Sent. Choć była to historia tak samodzielna i zamknięta, choć nie było bezpośrednich nawiązań do innych przygód, miałam poczucie, że ciągle coś odsyła gdzie indziej, szczególnie do ery Dwunastego.
Chciałabym też zauważyć, jak absolutnie fenomenalna była estetyka tego odcinka. Nie zawsze – tam, gdzie wjeżdżały efekty specjalne, bywało różnie, ale uważam to za istotną cechę Doctor Who ;). Jednak wszystkie sceny rozmów, w którym mamy tylko Donnę i Doktora, jest coś takiego w świetle i kontrastach, że mam ochotę część kadrów wydrukować i wytapetować sobie nimi pokój. Wspaniała robota. No i zupełnie się nie dziwię, że wszystkie osoby reżyserujące odcinki rocznicowe biły się o drugi. Dziwię się, że nie wygrała go Rachel Talalay, ale Kingsley absolutnie dał radę.
A, i jeszcze ten drobiażdżek z Newtonem, który lubi dziwne słowa! I fakt, jak to spotkanie wpłynęło na świat! Trzeba będzie to chyba jakoś odkręcić…
I to, jak ten odcinek jeździ po tzw. sztucznej inteligencji, która, jak widać, jest sztuczna, ale gorzej z inteligencją!
Clever Boy: Ja jestem zmieszany i nie wiem, co myśleć. Dostaliśmy bardzo dziwny odcinek. Podobała mi się atmosfera chaosu oraz grozy, było bardzo creepy i złowieszczo. Tennant i Tate mają niesamowitą chemię i tutaj mogli poszaleć po całości. Świetne jest to, że to nie są już te same postacie, które znaliśmy te piętnaście lat temu. Donna martwi się o swoją rodzinę i najbliższych. Scena z jej przerażeniem, gdy TARDIS znikła, była naprawdę przepiękna i taka realna. Jednocześnie nadal ma w sobie tyle zapału, iskry i krnąbrnego języka. Z kolei Czternasty jest bardziej emocjonalny od Dziesiątego. Scena, w której otwiera się przed nie-Donną w sprawie Flux była bardzo piękna, tak samo jak jego reakcja, gdy okazało się, że opowiedział wszystko kopii. To robiło wrażenie. Jednocześnie ten Doktor przejął się Fluxem bardziej niż Trzynasta Doktor. I trochę zgłupiałem, bo wydawało mi się, że ten został jednak cofnięty, a tutaj okazało się, że jednak zniszczył część galaktyki. Podobała mi się także scena przedczołówkowa i żarty, który się przez nią ciągnęły. Cieszy mnie, że Doktor stracił na odcinek soniczny śrubokręt, bo można było się inaczej pobawić. I Wilf na końcu. No, miałem wzruszki. Bardzo się cieszę, że go nie wycięli. Kurczę, no szkoda, że Czternasty jest z nami tak krótko, chociaż kto wie…
Co mi się nie podobało? Nie miałem takiego funu, oglądając ten odcinek, jak przy poprzednim. Czegoś mi tutaj zabrakło. Może jakiegoś fajnego plot twistu? I już nie wspominam o moich oczekiwaniach. Bolało CGI na korytarzu statku. To przy postaciach-klonach nie, bo to było takie doktorowe. Zresztą całe to zagrożenie było doktorowe, świetnie wpisało się w serial i jego estetykę. Czułem się, jakbym oglądał nie do końca udane połączenie Midnight, Flatline, Listen i może Silence in the Library. I chociaż czułem zagrożenie, nie czułem tutaj stawki. Czułem się bardziej jakbym oglądał odcinek w środku sezonu, który ma okrojony budżet. Mieliśmy takich sporo i były świetne, a ten był dla mnie średni. Trochę jestem rozczarowany, bo to jednak odcinek rocznicowy – a zupełnie tego nie odczułem. Raczej do niego nie powrócę. I panie Russell T Davies – proszę mi co odcinek udawać, że uśmierca mi pan Donnę. Nie wybaczę!
Przemek: Ten odcinek rzeczywiście był inny. Czy był lepszy od poprzedniego? Jest to subiektywne. Dla mnie był na pewno inny, nie lepszy, nie gorszy. Inny. Przerażający. Osobiście wolę odcinki na wzór The Star Beast, ale bardzo szanuję takie odcinki jak Wild Blue Yonder i jako fan Doctor Who nie mogłem się od niego oderwać. Dodam jeszcze, że ten odcinek zyskuje, gdy ogląda się go więcej niż raz.
Przechodząc do sedna – doceniam rozmowy, które zaszły między Donną i Doktorem oraz całą chemię między nimi. Uważam, że to była największa zaleta tego odcinka. Przy pierwszym obejrzeniu to wszystko umyka, ale przy drugim… Przy drugim widz rozumie, że nie byłoby innego momentu, aby zobaczyć tę dwójkę razem, rozmawiającą, zmuszoną do pokazania emocji. To był po prostu ich moment i właśnie na tym polegał ten odcinek.
Jeżeli chodzi o potwora odcinka, to sam pomysł na niego i wykonanie uważam za udane. Bardzo mi się podobało, byłem przerażony, bałem się i chwilami naprawdę nie wiedziałem, kto jest kim. Do samego końca nie mogłem zebrać szczęki z podłogi (haha). Pomysł na całą historię był prosty, bo na czym to wszystko polegało? Powoli, małymi krokami spowodować wybuch statku i pozbyć się zagrożenia. Ale dzięki temu ciężko było cokolwiek tu popsuć, można było skupić się na bohaterach i naprawdę uważam, że wyszło to dobrze.
Odcinek był bardzo dobry, może nie rocznicowy, ale bardzo dobry. Wiadomo, że CGI wnętrza statku trochę nie siadło, ale można to wpisać w kiczowatość, jaką czasami serwuje Doctor Who. Oprócz tego dostaliśmy naprawdę solidnie skonstruowany odcinek z dozą intymności, strachu, gniewu i ulgi.

Lady Kristina: Ten odcinek był wręcz fenomenalny! Horror fantastycznie łączył się z komedią i naprawdę poważnymi momentami. Otwierająca scena z odkryciem mawitacji była wspaniała – właśnie czegoś takiego chcę widzieć w serialu więcej. (Muszę tu jedynie jeszcze wspomnieć, że nie jest to jedyna serialowa wersja tej historii – w odcinku The Pirate Planet Czwarty przyznał, że sam zrzucił Newtonowi jabłko na głowę, a potem wyjaśnił mu wszystko przy obiedzie). Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak kocham duet Doktora i Donny – tak fantastycznie się tutaj uzupełniają. Cały odcinek opierał się głównie na chemii między Tennantem i Tate, i o rany, jacy oni są razem wspaniali.
Sam koncept z obcymi dostosowującymi się do naszego świata przez naśladowanie jest naprawdę ciekawy. Trochę przypomina to istoty przedstawione w Midnight czy Flatline, ale tutaj głębi dodaje fakt, że Doktor i Donna muszą tak naprawdę zmierzyć się sami ze sobą, kiedy to z upływem czasu obcy poznają coraz lepiej ich myśli i pragnienia. Poza sporą dawką horroru dostajemy tu dużo, ale to naprawdę dużo emocji – bo w poprzednim odcinku nie było zbyt wiele czasu, żeby po prostu porozmawiać, i tutaj widzimy, jak bardzo bohaterowie się zmienili przez te lata, gdy byli z dala od siebie i jak istotne dla nich jest to, że znowu są razem.
Jest to tym większe wyzwanie dla tego duetu, jako że zaraz na początku odcinka znikają zarówno TARDIS, jak i śrubokręt soniczny, więc muszą poradzić sobie sami. Moment, w którym wracają (czego przeciwnicy na szczęście nie przewidzieli), jest wpleciony idealnie (uwielbiam ten fragment, gdy Czternasty lata TARDIS jak deskorolką!). Gdy Doktor odleciał z fałszywą Donną, przez chwilę byłam naprawdę przerażona, że to jest ten straszny los, który zdaniem Daviesa ją czeka, ale na szczęście dość szybko udało mu się zorientować, że coś jest nie tak. Ta scena podkreśla to, co zostało kilka razy poruszone w odcinku: Doktor nie zawsze wie wszystko i nie jest osobą nieomylną. Czternasty dodaje też, że jego sztuczka z solą może mieć konsekwencje – czyżby to dzięki temu powracał Zabawkarz? No i doczekaliśmy się powrotu Wilfa! Straszna szkoda, że udało się nagrać tylko jedną scenę, ale ogromnie się cieszę (i jednocześnie bardzo mnie to wzruszyło), że to dostaliśmy.
Premiera trzeciego i ostatniego odcinka specjalnego – The Giggle – odbędzie się 9 grudnia na Disney+ o 19:30.
A jakie są wasze wrażenia z Wild Blue Yonder? Dajcie nam znać na naszym Facebooku, w grupie czy naszym nowym Discordzie.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






