Zbliżamy się do końca tygodnia Doctor Who na Whosome. Tym razem redakcja dzieli się momentami, które zapadły nam w pamięć, zaskoczyły nas lub zszokowały. Dziś zdecydowanie wspomnienia o Doctor Who ożywają.
Clever Boy: Takich momentów jest sporo. Postawię na te, których się zdecydowanie nie spodziewałem i których nie zepsuły mi żadne przecieki. Wykluczam tajemnice River czy Missy, bo obstawiałem w miarę dobrze, więc było to zaskoczenie, i to świetnie zaprezentowane, ale nie aż tak wielkie. Ograniczę się do trzech momentów. Pierwszy to cameo Rose z Partners in Crime (4 seria, 1 odcinek). W momencie, w którym przebolałem już stratę Rose i cieszyłem się z powrotu Donny, na końcu RTD dmucha nam w twarz i widzimy smutną Rose szukającą Doktora. Wywołało to u mnie głośny okrzyk przed telewizorem. Szczególnie że naprawdę nie spodziewałem się, że taki powrót jest możliwy. Drugim takim momentem było pojawienie się Oswin Oswald w Asylum of the Daleks (7 seria, 1 odcinek). Wiedziałem, że Jenna Coleman dołącza do obsady jako nowa towarzyszka, ale nie spodziewałem się zobaczyć ją tak szybko. To był szok. A Oswin była wprost cudowna! To zrobiło mi niesamowity hype na tę postać przyszłej towarzyszki Doktora. Trzeci moment to ujawnienie, że O to tak naprawdę Mistrz w Spyfall, Part One (12 seria, 1 odcinek). Pamiętam, jak krzyknąłem do monitora. Zupełnie się tego nie spodziewałem. To była prawdziwa niespodzianka. Na początku sam nie wierzyłem, czy dobrze usłyszałem. Złowieszcza końcówka dość dobrego odcinka była naprawdę niesamowita i dostarczyła mi chyba więcej emocji niż poprzednia seria serialu. Ale to jest dobrze zagrane. Wejście Mistrza robi niesamowite wrażenie.
Magdalena S.: Mistrz przebrany za Rasputina (The Power of the Doctor) tańczący do piosenki o Rasputinie był czymś, co miałam na mojej starannie ukrytej liście życzeń i kiedy to naprawdę się stało, nie mogłam się otrząsnąć. A może dalej się nie otrząsnęłam! O rany, o rany.
Lata mijają, a ja dalej nie mogę. Nie mogę również tego, jak dobry był to odcinek – na litość bogów, ostatni! Czy oni nie mogli być tacy uroczy i wyluzowani, i całkiem dobrze napisani wcześniej?
Ginny N. · Tomek Cz.: Och, jak trudno wybrać jeden moment, jak wiele ich jest wartych wspomnienia, niekiedy aż dałoby się z nich zrobić całe odcinki 😀 Ale jeśli mam powiedzieć o jednym, to powiem o pojawieniu się Fugitive Doktor w ostatniej serii (The Story & the Engine). Na malutką chwilkę, dostając wgląd w przeszłość Doktor_, która pokochała córkę Anansiego, zobaczyliśmy właśnie ją. Mogę narzekać na erę Chibnalla, ale jeśli coś zrobił w niej naprawdę dobrze, to właśnie Doktor Zbieginie. No dobrze, jeszcze powiem o dwóch. Pierwszy to gdy Doktor mówi Rose o tym, jak czuje obroty Ziemi pod stopami (on zostanie ze mną na zawsze), drugi, gdy Jedenasty mówi Amy o tym, że ucieka do, a nie od. To takie proste zmienienie perspektywy na życie, zmiana lęku na radość wyczekiwania kolejnych spotkań, miejsc, zdarzeń.
Rad: No sir, all thirteen. Scena z Doktorami zamrażającymi Gallifrey i jednocześnie ujawnienie Capaldiego (The Day of the Doctor). Cała otoczka rocznicowego odcinka i spotkania Dziesiątego, Jedenastego i War Doctora nadawały szczególne znaczenie.

Ewa Tomaszewicz: Końcówka The Doctor Dances i triumfalne „Just this once everybody lives!” Dziewiątego. Powtarzane po wielokroć „Hey! Who turned out the lights” z Silence in the Library/Forest of the Dead. Najpiękniejsze, najbardziej wzruszające „Hello, sweetie!” z The Husbands of River Song. Wszystkie przemowy Dwunastego, szczególnie ta antywojenna z odcinka z Zygonami (The Zygon Inversion). Dwunasty rozbijający pięścią diamentową ścianę (Heaven Sent). I Dwunasty na dachu z Bill mówiący, że Gallifreyanie są miliony lat za żałosną ludzką obsesją na temat płci i stereotypów jej odpowiadających (World Enough and Time). I w sumie mogłabym długo wyliczać, co co rusz przypominają się kolejne sceny sprawiające, że Doctor Who jest tak niezwykłym, porywającym kolejne pokolenia serialem, w którym wszystko może się wydarzyć. Nawet odcinek musicalowy, na który wciąż czekam.
Zielona Małpa: Tych ulubionych momentów mam dużo. W końcu za coś kocham ten serial. Dla mnie jednak zawsze najlepsze były momenty, w których pojawiali się bohaterowie, których już pożegnałam. Dlatego też tak uwielbiam finał czwartego sezonu The Stolen Earth/Journey’s End. A najbardziej scenę, w której towarzyszki z wcześniejszych sezonów, bohaterowie Torchwood oraz Przygód Sary Jane wspólnie sterują TARDIS. Jest to chwila wytchnienia dla wszystkich, a jednocześnie dowód, że Doktor pozostawia po sobie w ludziach coś dobrego.

DemonBiblioteczny: Takich momentów, które mnie zaskoczyły, jest wiele. Ten serial ma to do siebie, że tak średnio chociaż raz na sezon rzuci czymś, przy czym mam ciarki. Natomiast jest taka jedna scena, która zawsze pojawia się w głowie, gdy wspomina się o Doctor Who, więc chyba mogę uznać, że wryła mi się w pamięć. Chodzi o: „Don’t blink. Dont’ even blink. Blink and you’re dead”. Wspaniałe pięć minut na scenie Davida Tennanta, krótka chwila, a dała nam świetnych złoczyńców i pokazała, że jest się czego bać (Blink).
Lady Kristina: W całym serialu pojawiło się tyle wspaniałych scen, że aż trudno wybrać te ulubione. Na pewno w pamięci została mi scena, w której poznajemy Doktor Zbieginię w odcinku Fugitive of the Judoon – od tamtej pory widzieliśmy ją kilkukrotnie, ale mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w serialu na dłużej niż na parę chwil. Fantastyczny był wykład Dwunastego o przebiegu czasu w The Pilot, przeplatany scenami z życia Bill, podobnie jak mówiące tak wiele „Hello, sweetie” w The Husbands of River Song. Sięgając bardziej w przeszłość, konfrontacja Siódmego i Ace w The Curse of Fenric była zarówno wspaniała, jak i przerażająca.
A które z momentów w Doctor Who zapadły wam w pamięć? Dajcie nam znać na Facebooku. To już prawie koniec Tygodnia Doctor Who na Whosome. Wcześniej dzieliśmy się naszymi ulubionymi odcinkami z ery RTD, Moffata, Chibnalla, Disneya i naszymi towarzyszkami.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






