Już wkrótce Doctor Who obchodzić będzie 62. urodziny. Dokładnie 23 listopada 1963 roku wyemitowano pierwszy odcinek serialu. Z okazji urodzin postanowiliśmy podzielić się swoimi ulubionymi odcinkami, wcieleniami Doktor_ czy wspomnieniami. Na pierwszy ogień – nasze ulubione odcinki ery Russella T Daviesa, czyli serie 1–4 oraz odcinki specjalne po sezonie 4.
Clever Boy: Sam długo się zastanawiałem nad tym, która to może być historia. Postawiłem na Turn Left. Lubię zabawy w alternatywne wszechświaty, a tu dostaliśmy piękną, ale i tragiczną historię. No i powróciła Rose. W odcinku odbijamy się o różne sytuacje, które już przeżyliśmy w New Who, ale słyszymy, jak inne postacie, które znamy, próbują zastąpić zmarłego Doktora. Cała rodzina Donny aktorsko jest na mistrzowskim poziomie, a Catherine Tate pokazuje, że jest nie tylko zarąbistą aktorką komediową, ale również dobrą aktorką dramatyczną. Są momenty zabawne, ale również niesamowicie tragiczne. Do dziś na myśl o Turn Left mam w głowie scenę z nowymi obozami pracy czy wygląd zniszczonej życiem Sylvii, która jest totalnie zrezygnowana. W pewnym momencie widz, tak jak Donna, chce już powiedzieć „dość”. Zakończenie odcinka również jest satysfakcjonujące, otrzymujemy świetny cliffhanger i dobrą rozgrzewkę przed avengers-like finałem sezonu (moim ulubionym w tej erze).
Ginny N. · Tomek Cz.: Wybór jest trudny, bo te serie miały sporo naprawdę dobrych odcinków. Powiem Midnight, choć zapytany innego dnia, wybrałbym pewnie inny odcinek. Ale ta historia, zamknięta w przestrzeni małego autobusiku, z potworem, którego nie widzimy, ale który jak najbardziej oddziałuje na nas… Wciąż mrozi krew w żyłach.
Magdalena S.: Wybieram Silence in the Library/Forest of the Dead, to było totalnie do przewidzenia, że padnie na jakieś odcinki Moffata… Na zawsze jego wielbicielka w każdym wydaniu! Czegóż my tam nie mamy – kosmiczna biblioteka w dalekiej przyszłości; symulacja; niespodziewana żona z przyszłości; cienie obgryzające kości; Doktor triumfalnie otwierający TARDIS pstryknięciem palców; tak bardzo dużo tęsknoty i buzujących emocji podanych w elegancki, przejmujący, momentami przewrotny sposób. Odcinki trzymające w napięciu, uruchamiające myśli i uczucia, piękne estetycznie, dopracowane. Czemu serial w ostatniej dekadzie nie poszedł w taką stronę?

E.T.: Dla mnie król jest tylko jeden i jest to The Waters of Mars, przedostatni odcinek z Dziesiątym Doktorem i jeden z moich ulubionych w ogóle. Przejmująco pokazuje znaczenie stałego punktu w czasie, okrutnie karze Doktora za pychę i przypisywanie sobie mocy, których nie posiada (ale też empatię, więc nie byłabym dla niego za ostra), ale przede wszystkim jest znakomitym studium godzenia się z tym, co nieuniknione. Niesamowicie jest obserwowanie, jak kapitanka Adelaide Brooke przechodzi od walki o statek i załogę do zrozumienia, co i dlaczego musi się wydarzyć, i wyjścia temu naprzeciw kosztem swojego cudem ocalonego życia. Mądry, poruszający, wspaniały kawałek telewizji.
Zielona Małpa: W erze Daviesa nie da się wybrać jednego ulubionego odcinka. Ale gdybym już musiała, postawiłabym na Journey’s End. Nie dlatego, że fabularnie dzieją się tu najlepsze rzeczy, i nie dlatego, że jakościowo przewyższa inne. Ten odcinek za pierwszym, za drugim i za dziesiątym razem działa na mnie dokładnie tak samo: rozpłaszcza mnie emocjonalnie, szczególnie w scenie, w której wszyscy sojusznicy Doktora razem z nim kierują TARDIS. W połączeniu ze świadomością, że to niemal koniec ery Daviesa oraz ostatnie chwile Davida w roli Dziesiątego – coś pięknego i smutnego jednocześnie.
Kryś: To jest moja ukochana era i wybór jest tu bardzo trudny, mam ochotę wpisać właściwie wszystkie odcinki z Dziesiątym i Donną. Postawię jednak na dwuodcinkowego klasyka z Dziewiątym Doktorem – The Empty Child i The Doctor Dances. Odcinek ten świetnie łączy grozę (gdy kolejne osoby przemieniają się stwory w maskach przeciwgazowych) z humorem (Doktor pytający ze sceny kabaretowej w bombardowanym Londynie „Czy nie widzieliście ostatnio czegoś spadającego z nieba?”). Jest też oczywiście źródłem jednego z najsłynniejszych tekstów serialu, do którego wielokrotnie nawiązywano w kolejnych sezonach, czyli „Are you my mummy?”.

Lady Kristina: Żeby się nie powtarzać, wybieram tutaj The Fires of Pompeii – pierwszy odcinek Doctor Who, jaki widziałam, i jednocześnie odcinek, który sprawił, że chciałam sięgnąć po więcej i ostatecznie tak bardzo wciągnęłam się w ten serial. To jeden z typowych odcinków z pierwszą podróżą nowej towarzyszki, gdzie razem z nią poznajemy zasady podróży w TARDIS, ale obecność Donny, która jest jedną z moich ulubionych towarzyszek, sprawia, że jest to nieco inne niż zwykle, takie trochę bardziej sympatyczne. Obecność Donny jest tu też na tyle istotna, że gdy Doktor musi podjąć decyzję o losie Pompejów, ona jest w stanie wziąć na siebie część tej odpowiedzialności. Z kolei my (a także Doktor, który to zrozumie to w pełni jakiś czas później) dostajemy lekcję, że jeśli mamy możliwość kogoś uratować, to trzeba tak zrobić.
InQ: Byłam zdecydowana na dwuodcinek The Empty Child/The Doctor Dances. Ta historia naprawdę zrobiła na mnie wtedy wrażenie. Pamiętam, że byłam nowa w tym uniwersum, a ta historia miała wszystko, co lubię: historię prawdziwą, wplecioną w nią historię alternatywną, a finalnie wszystko się dobrze kończy i Doktor wykonuje naprawdę osobliwy taniec. Jednak zaczęłam czytać wszystkie powyższe opisy i już sama nie wiem. Pomimo wszelkich swoich niedoskonałości, to chyba era RTD jest mi cała bliska, każdy odcinek to była prawdziwa przygoda.
Perła: Trudno było mi wybrać ulubiony odcinek, bo dawno nie wracałam do przygód Doktora. Są oczywiście takie, które pamiętam do dziś i które wywarły na mnie duże wrażenie. Przeszukując wspomnienia, zdecydowałam się na być może nieoczywisty wybór – Gridlock. Do dziś pamiętam, jak mocno poruszył mnie śpiew osób stojących w korku. Było w tym momencie coś pięknego – poczucie wspólnoty, dzielenia doświadczenia. Właśnie takie niepozorne, proste sceny sprawiają, że Doctor Who to serial, który wciąż zajmuje miejsce w moim sercu, nawet jeśli trochę się od niego ostatnio oddaliłam.
DemonBiblioteczny: Do ery RTD mam sentyment, więc lubię oglądać nawet te najbardziej (niezamierzenie) kiczowate odcinki. Na ulubiony odcinek postanowiłam wybrać Tooth and Claw. Bardzo lubię te momenty na przestrzeni sezonów, gdy fabuła bawi się legendami i folklorem, a potem przepuszcza je przez kosmiczny filtr. Bardzo też doceniam zabawę gatunkami w tym odcinku – nie brakuje klasycznej grozy, nutki kryminału i mieszanki komedii i dramatyzmu.
A jakie są wasze ulubione odcinki? Dajcie nam znać na naszym Facebooku.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






