Jesteśmy w połowie tygodnia z Doctor Who na Whosome. Pora na to, by redakcja podzieliła się swoimi ulubionymi odcinkami z najnowszej, chociaż wciąż jeszcze krótkiej, ery serialu – drugiej ery Russella T Daviesa, często określanej jako era Disneya. Mowa tutaj o odcinkach na 60. rocznicę serialu, a także dwóch seriach z odcinkami specjalnymi.
Lady Kristina: Może nie jest to oczywisty wybór, ale bardzo lubię The Devil’s Chord. Sam wątek Beatlesów, o których wspominano w ramach promocji odcinka, nie jest idealny, ale bardzo przypadł mi do gustu pomysł świata, z którego zniknęła muzyka. Maestro są też wspaniałym wrogiem, którzy kradną większość odcinka, a łamanie przez nich czwartej ściany połączone z czołówką było naprawdę świetne. I naprawdę też podobała mi się piosenka na końcu odcinka. To tylko krok od w pełni musicalowej historii 😉
Clever Boy: Zastanawiałem się nad kilkoma. Smutno, dotarło do mnie, że do wielu odcinków nie chce mi się wracać. Stawiam więc na Boom. Wielki powrót Stevena Moffata. Kameralna historia z dużym napięciem. To tutaj Gatwa może aktorsko się wykazać i był bardzo doktorowy. Jego postać stanęła na minie pośrodku pola wojny, nie może się ruszyć, bo wybuchnie i tym samym rozsadzi planetę. Sam koncept jest mega ciekawy i bardzo dobrze się spełnia w doktorowych warunkach. Oczywiście wiemy, jak to się skończy, ale ofiar również nie brakuje. Ruby robi trochę więcej i Millie Gibson też może się wykazać. Zobaczyliśmy także w fajnej roli Varadę Sethu. Do tego bardzo ładne efekty specjalne, szczególnie nieba. Jedynym minusem jest aktorka grająca dziecko, która prawdopodobnie powinna być młodsza, bo jest naiwna, nie rozumie wielu rzeczy i przez to jest strasznie irytująca w historii.
Kryś: A ja dla odmiany wspomnę o lżejszym gatunkowo odcinku, jakim jest Rogue. Nie jest to odcinek wybitny, ale bardzo spodobała mi się wizja kosmitów robiących LARPa w stylu powieści Jane Austen. Dobrze wypadła też chemia między Doktorem a Rogue.

Magdalena S.: To rozczarowanie jest niestety świeże, ale dobra… O odcinkach jubileuszowych, mam nadzieję, napiszą inni, więc ja sobie zgarnę ten jeden z późniejszych, który naprawdę wzbudził we mnie zachwyt: The Story & the Engine. Doktor może trafić wszędzie, ale dziwnym trafem nie trafia (ha, ha) – a tu się udaje wcelować w naprawdę ciekawe miejsce uruchamiające niecodzienną opowieść i narrację. Doktor i Belinda trafiają do Lagos (sprytnie ukrytego pod warstwą zatłoczonego targowiska – szkoda, że poszli jednak w taki sztampowy obraz…), gdzie tajemniczy osobnik wyprawia dziwne rzeczy w zakładzie fryzjerskim. Obcina włosy, karmi się opowieściami. O co chodzi? Narracja meandruje, niejasności narastają, jesteśmy dosłownie w innym świecie. Dodatkowy plus za Doktora wysiewającego drzewa po pożarze. Czy ten serial nie mógłby być taki zawsze?
Ginny N. · Tomek Cz.: Także podzielam to rozczarowanie, ale skoro wybieramy to, co było dobre, powiem The Well. Jeśli jeszcze nie widzi_ście tego odcinka, to jest wasze ostrzeżenie, żeby pójść i go obejrzeć. Tu będą spoilery. Czasami bywa tak, że powroty do dawnych tematów pięknie się z nimi rymują – jak w muzyce, nakładają się tworząc nową jakość. I tak jak samo Midnight już jest świetne i spokojnie nie musiało dostawać sequela, to The Well jest wspaniałym sequelem. I równie mocno mrożącym krew w żyłach. I naprawdę, naprawdę podziwiam to, że choć Doktor zobaczył jak potwór wygląda, my go nie zobaczyliśmy.
E.T.: Boom zgarnięte, decyduję się zatem na 73 Yards. Bardzo dobry, bardzo dziwny i bardzo konfundujący odcinek Doktor-lite, a zarazem prawdziwy aktorski popis Millie Gibson, której Ruby Sunday zdążyłam już wówczas bardzo polubić. Lubię, jak Doctor Who bawi się konwencjami (tu mamy folk horror), wrzuca nas w alternatywne linie czasu i każe jeszcze po napisach końcowych rozkminiać, co się właściwie wydarzyło. Lubię też, jak oferuje nam ostry komentarz polityczny, a tu mamy również to. Powrót RTD nie spełnił moich marzeń, ale dał nam też rzeczy mocne i oryginalne, i to była jedna z nich.

Zielona Małpa: Moim ulubionym odcinkiem tej ery jest 73 Yards, ale chciałabym napisać o drugim ulubionym, może całkowicie nieoczywistym, bo pierwszej części finału pierwszego sezonu – The Legend of Ruby Sunday. Wciągnął mnie od pierwszej minuty i trzymał w napięciu do ostatniej. Zbudował apetyt na drugą część do tego stopnia, że tydzień później obudziłam się w środku nocy i włączyłam Empire of the Dead tuż po premierze. Ale to już inna historia.
DemonBiblioteczny: Przyznam, że kilka odcinków mogłoby się bić o miano tego ulubionego. Na podium zdecydowanie są The Well (bardzo cenię sobie grozę w Doctor Who) oraz The Giggle. Nad tym drugim tytułem pozwolę sobie pochylić. Oglądając, siedziałam jak na szpilkach, złoczyńca rzeczywiście budził mój niepokój i jeju – ile było memów po tym odcinku. Natomiast to, co doceniam najbardziej, to w końcu „zresetowanie” Doktora, bo bądźmy szczerzy – tej kosmicznej istocie naprawdę potrzebny był urlop. Bardzo się cieszę, że ten odcinek dał nam odświeżonego, pełnego sił Doktora.
Wkrótce ciąg dalszy tygodnia Doctor Who na Whosome. Jakie odcinki drugiej ery Russella T Daviesa wam się podobały? Dajcie nam znać na naszym Facebooku. Wcześniej dzieliliśmy się ulubionymi odcinkami pierwszej ery RTD, Moffata i Chibnalla. Jeśli zastanawiacie się, co mogło pójść nie tak z erą Disneya, to Clever Boy napisał o tym tekst. Z kolei o tym, co czeka Doctor Who w przyszłości przeczytacie tutaj.

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






