W tym roku nowe serie Doctor Who zwane New Who obchodzą dwudziestolecie. Pierwszy odcinek, Rose, został wyemitowany 26 marca 2005 roku. Nie do wiary, że to już tyle czasu! Z tej okazji spisaliśmy naszym zdaniem najlepsze i najważniejsze odcinki z tej epoki – ledwo 32 ze 186, więc naprawdę marna próbka. Ale oto ona. Haniebne braki i niedopatrzenia wytykajcie nam w komentarzach!
Dziewiąty Doktor
Rose
(emisja: 26 marca 2005)
Odcinek, od którego wszystko się zaczęło… Ponownie. Do dziś pamiętam, jak odpaliłam Rose i niemal od razu zakochałam się w tym przedziwnym jak na moje ówczesne standardy serialu. Ten odcinek dużo robi dobrze, bo wprowadza now_ widz_ w już istniejący świat, przedstawia postać Doktora w niezwykle naturalny sposób z wszystkimi jego atrybutami, a jednocześnie dla widz_ oryginalnej serii ma do zaoferowania kosmitów ze starszych serii i sugestię tego, co działo się przez te wszystkie lata z Doktorem. Christopher Eccleston udźwignął tu ciężar dziedzictwa Doctor Who i poniósł go jeszcze przez kilkanaście odcinków. (Zielona Małpa)
The Empty Child / The Doctor Dances
(emisja: 21 i 28 maja 2005)
Pierwsza dwuodcinkowa historia w New Who i nadal jedna z najdoskonalszych. Mistrzowsko operuje nastrojami – od smutku, przez grozę, po nieoczekiwaną radość. Wprowadza jednego z najukochańszych łotrów serii oraz kultowe już pytanie Are you my mummy? Przede wszystkim mówi jednak o sile nadziei i walki o szczęśliwe zakończenie nawet w najczarniejszych czasach. Wszak jest to odcinek o wojnie, w którym nikt nie ginie! Doktorowa opowieść na najlepszym wydaniu. (ET)
Dziesiąty Doktor
The Girl in the Fireplace
(emisja: 6 maja 2006)
Odcinek, po którym ostatecznie zakochałam się w Doctor Who jako serialu. Mam wielką słabość do clockpunkowej estetyki, która idealnie skomponowała się z historią rodem z Wersalu oraz taką miłą delikatnością, która czasem z Dziesiątego wychodziła. Sophia Myles była fenomenalna jako młodziutka i rezolutna Madame de Pompadour, i jeśli mam być szczera, to do dziś żałuję, że nie została towarzyszką Doktora. Cały odcinek jest prosty i nie ma w nim nie wiadomo jak wielkiej stawki, ale to też w nim urzeka: że sama troska o bohaterów i sympatia do nich są w stanie sprawić, że jakaś historia zapadnie człowiekowi w pamięć na całe długie lata. (Pryvian)
Human Nature / The Family of Blood
(emisja: 26 maja i 2 czerwca 2007)
Nic nie poradzę, że najbardziej w Doctor Who cenię sobie odcinki, w których Doktor jest… ludzki. Kiedy jego dwa serca scalają się w jedno, z którego aż wylewają się uczucia. Ta dwuodcinkowa historia ma w sobie nie tylko to, ale i należy do odcinków historycznych, które też najbardziej trafiają u mnie w miętkie. Mamy Doktora ukrywającego swoją tożsamość w zegarku, mamy Marthę Jones walczącą nie tylko z kosmitami, ale i uprzedzeniami z początków XX wieku, mamy wspaniale zagranych obcych (to na tym właśnie opiera się magia tego serialu – na gumowych efektach specjalnych i grze aktorskiej z najwyższej półki). Jest wzruszająco, zwłaszcza jeśli pomyśli się o Wielkiej Wojnie czyhającej tuż za rogiem. A jako kropkę na końcu zdania dostajemy nieznane dotąd oblicze Władcy Czasu, okrutnego i bezlitosnego dla swych przeciwników. (Anndycja)
Blink
(emisja: 9 czerwca 2007)
To ten odcinek New Who, który pokazuje się nowicjuszom, żeby uświadomić ich, jak wygląda filozofia tego serialu. Czego tu nie ma – charyzmatyczna bohaterka, która jest zdeterminowana, by odkryć tajemnicę zaginięcia jej przyjaciółki; posągi, które nie są tym, czym się wydają; zalążek uroczego romansu i dziwny gość w telewizorze, mówiący coś o zmiennej konstrukcji czasu. Nie wiem, za co najbardziej kocham ten odcinek – czy za to, że to od niego zaczęła się moja przygoda z serialem, czy za Carey Mulligan, nieznaną wtedy nikomu i młodziutką aktorkę (ach, jak żałuję, że jej popularność zgarnęła ją zbyt szybko, by mogła powrócić jako pełnoprawna towarzyszka!) czy za to, że Dziesiąty Doktor, w tym epizodzie w ilościach raczej homeopatycznych, potrafił i tak po swojemu pociągnąć za sznurki fabuły, by odzyskać swoją TARDIS. No i debiut Płaczących Aniołów, w mojej opinii najstraszniejszych potworów we Whoniversum. (Anndycja)
The Unicorn and the Wasp
(emisja: 17 maja 2008)
Uwielbiam ten odcinek i z chęcią do niego wracam. Po pierwsze – mała podróż w przeszłość, uwielbiam odcinki, które się w niej dzieją. Po drugie – Agatha Christie, której książki bardzo lubię. Po trzecie – fantastyczny duet Dziesiątego i Donny. Po czwarte – zabawa z konwencją kryminału. Odcinek ma świetne postacie, są odpowiednio przerysowane, pomysł na potwora jest szalony i też zabawny, a jednocześnie tragiczny. Wraz z bohaterami rozwiązujemy ciekawą zagadkę i zastanawiamy się, kto jest mordercą. No i przede wszystkim to bardzo zabawny odcinek, chemia między postaciami, a w szczególności między Doktorem i Donną, jest niesamowita i wyciska z tych postaci najmocniejsze zabawne akcenty. Pokazywałem go osobom, które nie oglądają Doctor Who i bardzo im się podobało. (Clever Boy)
Silence in the Library / Forest of the Dead
(emisja: 31 maja I 7 czerwca 2008)
Dwa słowa: Vashta Nerada. Moim zdaniem najstraszniejsze potwory, przed którymi nie było ucieczki. Pierwszy raz pojawiła się też River Song i było to piękne, pełne emocji spotkanie, pierwsze dla Doktora i ostatnie dla River. Ta dwuodcinkowa historia jest zarówno przerażająca, jak i wzruszająca. (Rad)
Midnight
(emisja: 14 czerwca 2008)
Cała akcja tego odcinka dzieje się we wnętrzu pojazdu (który co prawda przewozi pasażerów po diamentowej planecie, ale wygląda jak trochę nowocześniejszy PKS), nie ma w nim żadnych efektów specjalnych, nie występuje też zagrożenie dla wszechświata ani skomplikowana intryga. Pomimo tego jest to jeden z najbardziej klimatycznych odcinków Doctor Who. To przede wszystkim zasługa Davida Tennanta i gościnnie występującej Lesley Sharp, którzy zagrali po prostu genialnie. Odcinek jest niepokojący, momentami przerażający i naprawdę zapada w pamięć. (Kryś)
The Waters of Mars
(emisja: 15 listopada 2009)
Odcinek trochę z przeciwległego bieguna niż The Empty Child / The Doctor Dances – zginą niemal wszyscy, a Dziesiąty musi się pogodzić z tym, że nawet jako Władca Czasu nie ma władzy, by kogoś ocalić, choć chce tego tak bardzo, że złamie wszystkie reguły. I my też tego chcemy, i to też nie pomoże. To jedna z najbardziej wstrząsających i najmocniejszych historii w New Who, z której bardzo chciałabym wyjść z myślą, że Doktor zgrzeszył pychą i dostał lekcję… Z tym, że w ogóle tego nie kupuję, tak jak i myśli, że poświęcenie jednostki czasami jest konieczne. Choć nie mogę się nie zgodzić, że to nie powinna być decyzja Dziesiątego. (ET)
Jedenasty Doktor
The Beast Below
(emisja: 10 kwietnia 2010)
Jeden z odcinków New Who z motywem potwora, który okazuje się wcale potworem nie być (czy, jak podpowiada Dziewiętnastka – nawiązanie do motywu Omelas) – to coś, co w Doctor Who nigdy mi się nie znudzi. A do tego młodziutka, nieopierzona Amy Pond, dryfująca po wszechświecie Wielka Brytania, Liz X i potęga wyrażania sprzeciwu, zawsze. Jeden z najpiękniejszych odcinków tego serialu, taki świeży, pełen entuzjazmu, zadziwienia i otwartości na to, jakie rzeczy naprawdę są. (Magdalena)
Vincent and the Doctor
(emisja: 5 czerwca 2010)
Doktor i jeden z najpopularniejszych dziewiętnastowiecznych malarzy w jednym odcinku? Chciałoby się napisać, że to musiało wyjść dobrze, ale przecież wcale nie musiało: w przypadku postaci van Gogha strasznie łatwo o wpadkę, ale udało się tego uniknąć. To niezwykle wzruszający, pełen emocji odcinek, który pokazuje piękno i pasję, nie uciekając od konfrontacji z cierpieniem i nie wpadając przy tym w pułapkę romantyzowania go. Dość często można spotkać osoby wierzące w to, że cierpienie jest dobre dla twórczości i podające Vincenta jako przykład, a w odcinku widzimy coś odwrotnego – Amy liczy na to, że pojawi się więcej obrazów po tym, jak pokazała Vincentowi nadzieję na przyszłość. Ta historia nie jest historią jednej osoby zmagającej się ciężkimi przeżyciami, ale dwóch, bo ekspresyjnie pokazane emocje Vincenta odbijają się w zinternalizowanej traumie Amy, a w jej determinacji, by pomóc Vincentowi, kryje się też myślenie życzeniowe: jeśli da się pomóc Vincentowi, to może da się pomóc i jej. Ten odcinek jest dla mnie wyjątkowy: nie tylko zmagałum się w życiu z depresją, ale jestem artystum, które od dziecka kochało van Gogha, a historia jego życia była dla mnie wielką inspiracją w trudnych chwilach, więc tym bardziej doceniam to, że Doctor Who dał nam o nim piękny odcinek z inspirującym przekazem. (Kira)
Let’s Kill Hitler
(emisja: 27 sierpnia 2011)
W moim odczuciu Doctor Who najlepiej sprawdza się w dwóch odsłonach: albo takiej bliskiej czystego, poważnego horroru – mam tu na myśli takie odcinki jak wymieniony przez Kryś Midnight, Turn Left lub chociażby Blink – albo tej po przeciwnej stronie spektrum: totalnie odklejonej jazdy bez trzymanki. I tutaj jednym z najlepszych przykładów jest Let’s Kill Hitler. Może nie mam gustu, ale naprawdę lubię ten odcinek! Mamy tutaj wywrócenie fabuły do góry nogami, mamy moją ulubioną River Song w wersji młodej i bardzo, hm… unhinged… Mamy Jedenastego Doktora na krawędzi śmierci – znowu! On chyba pobił jakiś rekord – i wreszcie mamy Rory’ego, który zamyka Hitlera w szafie. To ostatnie jakoś nabrało aktualności, sama bym pozamykała w szafie paru dyktatorów, ech… (dziewiętnastka)
The Crimson Horror
(emisja: 4 maja 2013)
Absolutnie groteskowy, lekko obrzydliwy, niesamowicie dla mnie zabawny odcinek, w którym Mark Gatiss (nie jest wybitnym scenarzystą, ale trochę za nim tęsknię!) popuszcza wodze swojej przedziwnej wyobraźni i opowiada historię Sweetville, utopijnego miasteczka wczesnej epoki przemysłowej, zarządzanego przez najwspanialszą z szalonych staruszek (nieodżałowana Diana Rigg), w którym oczywiście nie chodzi o rozwój technologii, tylko zniszczenie świata, jasna sprawa. Zniszczenie świata za pomocą prehistorycznej pijawki, bo czemu nie. Kocham Doctor Who za te wszystkie niedorzeczne pomysły. (Magdalena)
The Day of the Doctor
(emisja: 23 listopada 2013)
To nie jest tak, że The Day of the Doctor wyróżnia się fabularnie czymś szczególnym… poza czasem trwania. I crossoverem bożyszczy lat 2010. jeśli chodzi o whoviański fandom. I pierwszym dużym retconem całego New Who. I tym, że był to odcinek rocznicowy…. Okej, dobra, jednak się całkiem wyróżnia. Ale tak naprawdę lubię go przede wszystkim przez sentyment: pamiętam to całe oczekiwanie, pamiętam wspólny seans z koleżankami i to, ile radości nam sprawił. Wbrew pozorom w popkulturze mało rzeczy daje taką euforię (a jak dają, to potem spędzamy nieproporcjonalnie dużo czasu, próbując osiągnąć ją znowu – zupełnie jak z narkotykami, hm, do przemyślenia), tym bardziej więc cenię sobie, że mogłam przeżyć taki moment czystej fanowskiej radości. (dziewiętnastka)
Dwunasty Doktor
Deep Breath
(emisja: 23 sierpnia 2014)
Trudne powitanie Dwunastego, ale też takie piękne. Kolejne odcinki ósmej serii New Who zafundowały mi solidny kryzys, ale nie dlatego, że odcinki mi się nie podobały – po prostu tak wysoko poprzeczkę zawiesił Deep Breath. Nic tam nie idzie zgodnie z planem, nie ma szybkiej akceptacji zmiany i entuzjazmu, jest chropawo, niewygodnie, opornie. Doktor się miota, towarzyszka nie jest zachwycona, dinozaur płonie, a cyborg z połową twarzy unosi wymownie lustro. Potężne. (Magdalena)
Heaven Sent
(emisja: 28 listopada 2015)
Czy można nakręcić odcinek w postaci pokręconego, onirycznego strumienia świadomości? A jakże. Czy to może się udać? Chyba nie ma wątpliwości – Heaven Sent to wizualne i narracyjne arcydzieło. Hipnotyzujące, przejmujące, głęboko emocjonalne, wizualnie oszałamiające. Mogłabym to oglądać bez końca, choć pewnie nie skończyłoby się to za dobrze dla mojej psychiki. Dwunasty, ale ty miałeś pod górkę… (Magdalena)
The Husbands of River Song
(emisja: 25 grudnia 2015)
Jeślibym miała wymienić dwie najlepsze postacie, jakie dało nam New Who, to bez wahania wskazałabym Dwunastego i River Song. Ta dwójka ma też niesamowitą ekranową chemię. To by w sumie wystarczyło, by ich wspólny odcinek świąteczny znalazł się w gronie tych najlepszych, jest jednak więcej. Wszak odcinki świąteczne to ważna część doktorowego uniwersum, a ten jest jednym z najdoskonalszych. Zdjęcie bożonarodzeniowej otoczki też mu nie zaszkodzi, bo i bez niej jest zabawny, absurdalny, a w końcu niesamowicie wzruszający. I daje historii River Song domknięcie, na które zdecydowanie zasłużyła. (ET)
The Pilot
(emisja: 15 kwietnia 2017)
Mój pierwszy odcinek Doctor Who oglądany na bieżąco i jednocześnie świetne miejsce, w którym można rozpocząć oglądanie. Tym razem Doktor nie wciąga nowej towarzyszki (oraz nas) w nową przygodę – natrafiamy na spokojniejszy fragment z życia Dwunastego, który od wielu lat wykłada na uniwersytecie. Doktor i Bill poznają się powoli, relacja między nimi ma dużo czasu na rozwój, ale przygoda w międzyczasie sama ich dogoniła. Uwielbiam Bill, zwłaszcza że w przeciwieństwie do poprzednich towarzyszek nie jest kimś wyjątkowym w skali wszechświata, ale po prostu jest zwyczajną osobą, która poznaje wyjątkową dziewczynę, a przez to zmienia się jej cały świat. W pamięci zapadła też mi scena, w której Doktor opowiada o czasie, odnosi się wtedy wrażenie, że Dwunasty rzeczywiście doświadczył tej pełni czasu. (Lady Kristina)
World Enough and Time
(emisja: 24 czerwca 2017)
Gdyby ktoś mnie zapytał o najbardziej przerażający odcinek Doctor Who, wskazałabym właśnie ten. Gdyby ktoś mnie zapytał o najpiękniejszy – jest spora szansa, że również wskazałabym ten. Mistrzowska ręka Rachel Talalay sprawiła, że historia o czasie załamywanym przez bliskość czarnej dziury i tych-starych-dziwnych Cybermenach wybrzmiewa niesamowicie przejmująco. Pearl Mackie błyszczy w roli Bill Potts, znienacka pojawia się Mistrz Johna Simma, wszyscy się miotają i nic się już nigdy nie skończy dobrze. (Magdalena)
Twice Upon the Time
(emisja: 25 grudnia 2017)
Jest w tym pewna ironia losu, że gdy myślę o moim ukochanym Doktorze (tak, #TeamTwelve całym sercem), to od razu przychodzi mi do głowy moment pożegnania. Może dlatego, że mimo wszystko rzadko zdarza mi się płakać przy Doctor Who, a Twice Upon a Time wycisnęło ze mnie wszystkie możliwe łzy. Nie wiem, czy to kwestia takiego nieprzepraszającego podejścia do tematu śmierci i pożegnań, czy absolutnie naturalna i zrozumiała wściekłość Dwunastego na odejście Bill i to, że ktoś próbuje mu ją zastąpić, czy też po prostu kwestia magii zaklętej w słowach Never fail to be kind. A może wszystkich trzech naraz, które złożyły się na coś, co w mojej głowie jest idealnym hołdem i pożegnaniem. (Pryvian)
Trzynasta Doktor
Demons of the Punjab
(emisja: 11 listopada 2018)
Piękny i jednocześnie bardzo trudny odcinek, który za każdym razem uderza tak samo mocno. Niełatwa historia kolonialna, która prowadzi do rzezi, to pozornie zupełnie niedoktorowy temat. A jednak tutaj sprawdza się świetnie. Dodanie elementów fantastycznych nie odebrało jej prawdziwości, a jedynie nadało ramę w postaci przesłania o bolesnej, ale jakże ważnej pamięci. (Ginny N.)
It Takes You Away
(emisja: 2 grudnia 2018)
Cztery słowa: wszechświat, który jest żabą! No jak nie kochać takiego cudnie doktorowego absurdu? Ojciec z córką, oboje w żałobie po źonie i mamie. On próbuje córkę chronić, a jednocześnie sam poddaje się fałszywej nadziei, która sprawia, że porzuca córkę – mimo że w teorii nie przekracza progu ich domu. Córka, Hanna, niewidoma, boi się potworów z lasu – które są tylko nagraniem od ojca, żeby nie wychodziła sama. Wyraz troski, który jednocześnie jest pokazem okrucieństwa i tchórzostwa rodzicielskiego. Na szczęście przybywa Doktor, by pomóc i opieprzyć ojca, i zachwycić się solitraktem – wszechświatem, który jest żabą. I tym samym łączy ważny przekaz (jak nie przechodzić żałoby) ze wspaniałym, doktorowym absurdem. (Ginny N.)
Fugitive of the Judoon
(emisja: 26 stycznia 2020)
Ulubione pytanie whovian „ile jest inkarnacji Doktor_” uzyskało w pewnym momencie dodatkowe warstwy dramatyzmu. A zaczyna się tak niewinnie, od przesympatycznej przewodniczki… Whoniversum zmieniło się na zawsze wraz z pojawieniem się charyzmatycznej, choć niezbyt sympatycznej, potężnej Doktor – nie-Doktor granej przez Jo Martin. Karkołomny pomysł, który tak łatwo byłoby popsuć, tu popłynął z wdziękiem, nie pozostawiając nam ani chwili na wątpliwości, choć wszyscy są w tej sytuacji skołowani – obie Doktor i widzowie. (Magdalena)
The Haunting of Villa Diodati
(emisja: 16 lutego 2020)
Jeden z najpiękniej zrobionych i najlepiej napisanych odcinków. Wymarzony punkt wyjścia – cóż się nadaje lepiej na odcinek Doctor Who niż słynne wakacje Mary Shelley, Lorda Byrona i Johna Polidoriego, kiedy to z nudów zaczęli opowiadać historie o duchach, które zmieniły się w fundament sporego kawałka światowej literatury? Ale to nie tylko ukłonik w stronę słynnych wydarzeń, ale też historia z dreszczykiem, ze świetnymi postaciami i mrocznym humorem. Oglądałam ten odcinek z niedowierzaniem, jakim cudem jest tak dobry! (Magdalena)
Once, Upon Time
(emisja: 14 listopada 2021)
Seria Flux nie zapisała się szczególnie w fanowskiej pamięci, a wielka szkoda, bo uważam, że była rewelacyjna. Trudno mi wybrać z niej jeden odcinek, ale niech będzie ten: prawdziwe timey-wimey z głębokimi poszukiwaniami w obszarach, których nigdy nie spodziewaliśmy się zobaczyć – dalekiej przeszłości Doktor_. Do tego rozrzuceni po własnych przeszłościach bohaterowie, wszystko takie oniryczne i dziwne. Oczywiście w wątku Uchodźczyni, Dywizji i wymazanej przeszłości Doktor_ nie wszystko się klei, ale cóż zrobić – ja się i tak świetnie przy tym bawiłam i chciałabym więcej tak pokręconych odcinków. (Magdalena)
Czternasty Doktor
Wild Blue Yonder
(emisja: 2 grudnia 2023)
Doktor, Donna, kosmiczna pustka i potwór, który jest niczym? To jest coś, co po prostu kochamy. I czego nie zepsuje nam nawet gumowe CGI. Wszystkie odcinki Czternastego Doktora były naprawdę fajne, ale to Wild Blue Yonder jest tym, który zagnieździł się w naszym sercu. Jest w tej opowieści o potworze, który na końcu świata przejmuje tylko to, co najgorsze z cywilizacji, i który uczy się, jak być tobą – a im szybciej wymyślasz, jak go pokonać, tym szybciej on działa i tym mniejsze twoje szanse – coś, co sprawia, że nie da się oderwać od ekranu. A do tego jeszcze wspaniały popis aktorski Davida Tennanta i Catherine Tate dodaje całości tylko więcej grozy. Tej cichej, spokojnej grozy, którą otwiera kosmiczna pustka – bez gwiazd, bez światów – a koronuje odkrycie źródła hałasu i smutny los kapitanki, która dla ocalenia wszechświata poświęciła wszystko. (Ginny N.)
The Giggle
(emisja: 9 grudnia 2023)
Powrót Zabawkarza, pełna groza na twarzy Doktora, podszyte przerażeniem gry, a wreszcie wielkie wejście Ncutiego Gatwy, bigeneracja, obecność nowego Doktora niczym chłodny okład ocierający pot z czoła – pamiętam, jakim bogatym doświadczeniem było oglądanie tej historii, jak miotała emocjami, przynosząc na koniec ciepło i spokój odnalezionej rodziny, pochwałę zwolnienia, odpuszczenia, radości rzeczy małych. Myślę, że to jeden z najważniejszych odcinków nie tylko w New Who, ale w całej historii Doctor Who. (Magdalena)
Piętnasty Doktor
73 Yards
(emisja: 25 maja 2024)
W New Who odcinki pozbawione Doktor_ często są, mam wrażenie, tworzone szczególnie starannie – może żeby uniknąć poczucia, że to zwykłe zapchajdziury. Historia życia Ruby po zniknięciu Doktora, jej kolejnych strat i powolnego godzenia się z kroczącą za nią odpychającą wszystkich dziwnością, jest pięknie opowiedziana i przejmująca, choć może jej finał nie jest całkiem satysfakcjonujący. Odcinek dostarczył nam kolejną niewyjaśnioną tajemnicę, których w Whoniversum nie jest znowu aż tak wiele i nie jest nam łatwo je przyjmować, ale ten świat bez nich straciłby sporo swojej tajemniczości. Ale początek tego odcinka, błąkanie się Ruby, sceny w pubie – rewelacja! (Magdalena)
Rogue
(emisja: 8 czerwca 2024)
Skoro już jedziemy z odcinkami absurdalnymi New Who, to uważam, że warto obsypać miłością również pierwszy sezon z absolutnie spektakularnym Ncutim Gatwą. A gdy dołącza do niego Jonathan Groff (te błękitne oczęta, ach) w roli tytułowego Rogue’a, to już naprawdę nie sposób nie ulec tej magii. A poza tym ten odcinek wcale nie jest taki odjechany, na jaki wygląda! Na pierwszy rzut oka zdaje się zaiste absurdalny, no bo proszę was… obcy atakujący Ziemię, by robić na niej… cosplay Bridgertonów? A jednak w tym absurdzie kryje się moim zdaniem pewna smutna refleksja na temat inteligentnych istot, które – jak to wiemy z historii – potrafią zabijać się nawzajem z wcale nie mniej głupich powodów. (dziewiętnastka)
Wasze listy the best of New Who na pewno wyglądają inaczej. Dajcie znać, co się na nich znalazło, na Facebooku albo w naszej doktorowej grupie!

Wspólny profil redakcji Whosome.pl. Podpisujemy nim zbiorcze teksty, tłumaczenia, analizy i dyskusje.






