Finał drugiego sezonu Doctor Who pozostawił mnie z pewnym osłupieniem. Nie tylko przez to, co zobaczyliśmy na samym końcu, ale też przez to, co Russell T Davies zafundował nam na poziomie rozwoju postaci, sprowadzając kilka wątków do motywu prokreacji. Zaczęłam się przyglądać temu szerzej i konsternacja we mnie tylko narastała… Zapraszam was więc na przegląd realizacji motywów dzieci, rodzicielstwa i rozmnażania się w ostatnich dwóch seriach.
Gdy przyjrzymy się epoce Ncutiego Gatwy, odkryjemy, że motywy krążące wokół dzieci – w tym relacji dorosłych bohaterów do dzieci lub ich własnego owianego tajemnicą dzieciństwa – pojawiają się niemal w każdym odcinku, a do tego stanowią fabularną oś obu serii, choć w przypadku drugiej z nich dowiadujemy się o tym z samego finału dokonującego reinterpretacji ukazanych nam wcześniej faktów.
Zacznijmy jednak od początku.
Tajemnica przeszłości Ruby Sunday
Motywem przewodnim pierwszej serii jest tajemnica pochodzenia Ruby, która wie tylko, że jako niemowlę została porzucona na progu kościoła. Jej przybrana rodzina jest kochająca i wspierająca, lecz niewiedza ciąży Ruby, robi więc ona, co w jej mocy, by poznać tożsamość swoich rodziców – zwraca się z tym nawet do mediów. Poszukiwania pewnie utknęłyby, gdyby nie kosmita z wehikułem czasu. Po całej serii spekulacji – wiele osób podejrzewało, że rodzice Ruby okażą się kimś nam już znanym i bardzo ważnym – Ruby identyfikuje swoich całkowicie zwyczajnych rodziców i żegna się (jak sądzi, tymczasowo) z Doktorem, by poukładać się w swoim nowym systemie rodzinnym. Zamiast wielkiego odkrycia dostajemy zwyczajność – tajemnicę pustą w środku, po prostu ludzki dramat i zwyczajne więzy krwi, z których może narodzą się też emocjonalne. Tego jednak już nam serial zbyt obszernie nie pokaże – wszak to nie zwyczajności w nim szukamy.
Motyw podrzutka: Ruby i Doktor
Tajemnica pochodzenia Ruby intryguje Doktora nie tylko dlatego, że on lubi takie zagadki, ale też z powodu głębokiego empatyzowania – Doktor odnajduje się w tej historii jako również podrzutek o nieznanym pochodzeniu, co stanowi odniesienie do motywu dziecka spoza czasu z epoki Trzynastej Doktor. Ta analogia dodaje warstwy niesamowitości postaci Ruby, co okazuje się jednak fałszywym tropem. Ruby odnajduje rodzinę, traktuje jako priorytet pozszywanie jej i zbudowanie relacji, Doktor zaś znów zostaje sam. Nie wygląda na to, żeby analogiczne poszukiwania własnych korzeni były w obszarze jego aktualnych zainteresowań.
Dom pełen dzieci
Ruby wylądowała jako niemowlę pod opieką Carli i została przez nią adoptowana – nie wiemy dlaczego, skoro przez jej ręce przeszły dziesiątki tymczasowych podopiecznych, to właśnie Ruby okazała się tak wyjątkowa, że została na stałe. Ruby wychowywała się więc wśród małych dzieci przekazywanych pod opiekę jej adopcyjnej matce i pomagała w zajmowaniu się nimi – czuje się wśród dzieci pewnie, wie, jak je obsługiwać i dobrze się z nimi komunikuje. Są też dla niej bardzo ważne; jak widzimy w jej pierwszym odcinku, jest w stanie wiele zaryzykować, by uratować dziecko. Jest to cechą jej charakteru, momentami bardzo widoczną, a momentami zupełnie gubioną.
Dzieci porywane przez gobliny
Nie tylko mamy do czynienia z motywem podrzutka i dzieci pozbawionych rodziców, ale też z porywaniem niemowląt przez gobliny, które karmią nimi potwora, swojego króla. Folklorystyczny motyw ilustruje mocne utożsamianie się Ruby z porzuconymi czy wyrwanymi z rodzicielskich rąk dziećmi oraz jej wielką czułość i troskę wobec dzieci, wielkie wyczulenie na ich krzywdę i grożące im niebezpieczeństwo.
Dzieci na stacji kosmicznej
Jakby mało było dzieci porwanych przez gobliny, Ruby zaraz w swojej pierwszej kosmicznej przygodzie trafia na stację, w której straszy potwór z dziecięcych koszmarów, a same dzieci stanowią niemal całą załogę. Mamy tu dzieci wyprodukowane i porzucone – bardzo po prolajfersku: ważne, że dzieci powstały, ale nieistotne już, jaki będzie ich dalszy los. Doktor i Ruby pomagają im dotrzeć w pobliże zamieszkanej planety, by mogły tam znaleźć rodziny. Nie znamy ich dalszych losów.
Młodzi bohaterowie pierwszego sezonu
Dzieci w różnych rolach pojawiają się też w innych odcinkach serii Doktora i Ruby – mamy młodą bohaterkę w Boom (półsierotę, a później sierotę Splice), mamy też małego ucznia gry na fortepianie, który okazuje się zwiastunem przybycia Maestro – Henry’ego Arbingera. O ile ten drugi niewiele nam dodaje do motywu, to dziewczynka z Boom wpisuje się w ciąg sierot i dzieci porzuconych i odnalezionych, choć jako jedyna z tej serii bezpośrednio doświadcza straty: ojciec ginie niemal na jej oczach, a ona później musi skonfrontować się ze stratą, obcując z jego hologramem, co jest dość makabryczne i przejmujące.
Doktor i Belinda
W wątku Belindy wskakujemy na głęboką wodę… mogę chyba powiedzieć: obsesji twórców na punkcie dzieci i rodzicielstwa. Zaczyna się dość niewinnie od przewijającego się przez odcinki motywu uwięzionego rodzica, który pragnie nade wszystko wrócić do swojego dziecka – mamy to w postaci Aliss w odcinku The Well oraz w jednym z bohaterów The Story & The Engine. Normalna, ludzka rzecz, choć dziwne, że zdarzyła się dwa razy, i o wiele dziwniejsze, jak nagle w tę samą stronę skręcił wątek Belindy. Zanim jednak przejdę do tej wielkiej katastrofy, spójrzmy na motywy wokół tego.
Dziecko spełniające życzenia
Rani niczym najgorsza z wróżek zdobywa siódmego syna siódmego syna siódmego syna, który jest zwiastunem boga życzeń. Niemowlę zostaje przeniesione w czasie do 2025 roku i przekazane Conradowi, który snuje narrację o idealnym świecie, a dzięki niemowlęciu jego życzenia stają się rzeczywistością. Dziecko wpada później w ręce Ruby, która klasycznie życzy sobie zaprzestania życzeń. Aby życzenie się spełniło, trzeba najwyraźniej cmoknąć dziecko w czółko, co na dłuższą metę staje się obleśne i krypne, gdy wszyscy to robią…
Dziecięcia trauma/obsesja – Conrad
Samego Conrada również poznajemy w jego dzieciństwie – natyka się na Doktora i Belindę, zostaje zafascynowany, co później ewoluuje w nienawiść i pragnienie normalności, w których nie ma takich wyskoków jak kosmici, potwory czy queery. Powiązanie jednego z drugim jest dla mnie niejasne. Zazdrościł towarzyszkom przygód? Zraniło go odtrącenie przez matkę? Co my właściwie o nim wiemy? Nie za wiele.
Anita spełniona
Anita została kierowniczką Hotelu Czasu i wydaje się bardzo zadowolona z rozwoju swojej kariery, ale to przecież za mało – kiedy orientuje się, podglądając Doktora, że jego serca są zajęte (widzi jego taniec z Rogue’iem), odpuszcza go sobie i znajduje miłość w dziale HR. Gdy widzimy ją w finale, jest w zaawansowanej ciąży, co zapewne symbolizuje jej odnalezienie życiowej przystani i zamknięcie rozdziału fascynacji Doktorem. Jednak jej stan nie przeszkadza innym bohaterom narażać ją w zawierusze na ogromne niebezpieczeństwa, co wydaje się jednak niespójne ze spowijającą ten finał obsesją na punkcie rodzicielstwa. Do której musimy wreszcie przejść…
Wątek Belindy
Tak się zaczyna…
Poznajemy Belindę jako pielęgniarkę bardzo oddaną swojej pracy; obraz ten wspiera później opowieść Doktora w nigeryjskim barbershopie. To bardzo bystra i opiekuńcza kobieta, która nie waha się powiedzieć lekarzowi, że się myli, a na fizjologię obcych reaguje z wielkim zaciekawieniem i bez większego onieśmielenia rusza im z pomocą. Niechętnie podróżuje z Doktorem – kolejne przygody ją zaciekawiają, ale jednak pierwotnie reaguje oporem, bo martwi się, dlaczego nie mogą wylądować na Ziemi w określonym dniu i bardzo ważne jest dla niej przekonanie się, czy jej rodzicom nic nie zagraża. Ma też zacząć wkrótce nowy dzień pracy.
Tak się rozwija…
W pewnym momencie jej medyczne zainteresowania idą w odstawkę, by nigdy już nie wrócić, a niechęć do pełnych niebezpieczeństw podróży zastępuje bezkrytyczny zachwyt Doktorem. Gdy Conrad, powołując świat życzeń, odbiera jej pamięć, Belinda traci również charakter, choć zdaje się, że do pewnego momentu walczy – patrz: piękna scena z ucieczką z miasta i pełnym frustracji krzykiem, sugerująca, że wewnętrzny konflikt Belindy wywala jej już bezpieczniki i zaraz zrobi się gorąco. Kiełkują w niej wątpliwości, gdy wpada na trop tego, co w jej życiu jest niespójne. A największą niespójnością jest to, że jest teraz matką. Drugą – że nie pracuje zawodowo, co jednak już w odcinku nie pada.
I tak się kończy
Belinda staje się oddaną matką Poppy, klona? echa? małej kapitanki stacji kosmicznej ze Space Babies. Dla nas, oglądających, sprawa jest jasna: ten świat, w którym wszystko jest nie tak, zrobił proste kopiuj-wklej i zaraz Doktor sprawi, że wszystko wróci do normy, Poppy zniknie, a Belinda odzyska swój czas i poleci na rodzinny obiad do rodziców.
Okazuje się jednak, że wraz z powrotem rzeczywistości głowa Belindy pozostaje w fikcji, ciągle utrzymując, że Poppy jest jej córką, podchodząc do tego w zasadzie obsesyjnie – nie liczy się dla niej nic poza dzieckiem, jest gotowa utknąć z nim na wieczność w pustym pudełku, choć ma wiele przesłanek, że jednak matką wcale nie jest – począwszy od braku wspomnień o rodzeniu tegoż dziecka i kilku pierwszych latach jego życia. Fakt, że to Doktor miałby być ojcem, nie wzbudza już takich wątpliwości, a może jednak powinien.

Sprawczość i spójność
Widzę w tym rozwoju charakterystyki Belindy dwa podstawowe problemy: kwestię sprawczości i kwestię spójności. Skok w widziane tunelowo macierzyństwo byłby może bardziej zrozumiały, gdyby wcześniej rozsiane były jakieś wskazówki – gdybyśmy widzieli, że Belinda marzy o zostaniu matką, ale na przykład ma pecha do partnerów albo nie mogła zajść w ciążę. Gdyby reagowała emocjonalnie na wzmianki o dzieciach. Gdybyśmy nie widzieli, że mieszka ze współlokatorami. Nic takiego się jednak nie wydarzyło – Poppy pojawia się znienacka, najpierw jako fikcja, potem jako element układanki hipotetycznego odtwarzania Władców Czasu, i równie znienacka staje się prawdziwym dzieckiem, najważniejszym bytem we wszechświecie, dla którego warto rozerwać jego strukturę.
Nie zostało to w żaden sposób umocowane fabularnie i zrobiło wielką krzywdę bohaterce, pozbawiając ją sprawczości i jakiejkolwiek możliwości decydowania o sobie. Conrad, człowiek bez wyobraźni, snuje narrację o świecie, w którym (prawie) każdy ma swoje miejsce – Belindzie przypada rola tradwife opiekującej się domem i dzieckiem, przebywającej w kobiecej sferze z mamą i ciocią, podczas gdy jej mąż spędza dni w pracy biurowej. Pojawia się w niej wątpliwość, gdy odkrywa, że nie pamięta, jak rodziła Poppy; doprowadza ją to do psychicznego załamania, które jednak zostaje zresetowane.
Później prawdziwa rzeczywistość zaczyna się przebijać i wszystko wraca do normy – Kate Stewart nie nosi już garsonki, Rose Noble znów istnieje i nikt nie pamięta, by Belinda miała jakieś dziecko, bo przecież nie miała. Pamięta to tylko Ruby – Ruby z jakiegoś powodu widząca wszystkie warstwy rzeczywistości i Ruby bardzo czuła na tematy związane z dziećmi. Scena, w której domaga się, by przypomniano sobie Poppy, jest ciężka: początkowo nikt jej nie wierzy, co jest elementem całego ciągu bardzo kiepskiego traktowania tej bohaterki (najpierw się błąka, matka znów doprowadza do jej wygnania z domu, potem dołącza do walki, ale zostaje wysłana bez wsparcia i bez większego planu, by skonfrontować się z człowiekiem, który ją tak poważnie skrzywdził – by potem być ignorowaną przez Doktora i znów porzuconą bez słowa pożegnania; a to wszystko po traumie podróży z Doktorem i traumie oszustwa Conrada!). Gdy już do Doktora dociera, że coś jest na rzeczy, nie ma mowy o zapytaniu Belindy, co o tym sądzi, czego chce. Ona ma nagle w głowie dwa scenariusze własnego życia i nie ma wyboru – nowy nadpisuje stary, dając jej może trochę lepszy los (ma córkę, wspierającego byłego partnera, ładny dom zamiast pokoju w dzielonym mieszkaniu, pracę), ale wpisując jej w biografię fikcję, nad którą ani przez moment nie ma kontroli.
Problem wątku Poppy jest potężny; przecież gdyby bohaterowie zdecydowali się machnąć ręką, że było dziecko, nie ma dziecka, zresetowało się – wymowa również byłaby kiepska. Ale też pogwałcenie możliwości decydowania o sobie to clue tego wątku; nie da się dobrze rozwiązać problemu istnienia Poppy, nie ma sensownego wyjścia z idei, że kobieta ma dziecko, bo jakiś facet wypowiedział życzenie. Widziałam w fanowskich dyskusjach także spory o to, która z rzeczywistości jest prawdziwa – ta, którą poznajemy jako pierwszą, czy ta po zresetowaniu? Dla mnie wydaje się oczywiste, że to w finale poszło coś nie tak i rzeczywistość odbudowała się z błędami, ale można dla mentalnego sportu poobracać sobie obie wersje. Jak na wymowę wątku Belindy wpływa przyjęcie teorii, że naprawdę była matką, ale o tym nie pamiętała, i odzyskała tę część swojej tożsamości dzięki Conradowi?
Dążenie do odrodzenia Władców Czasu
Dodatkowej warstwy absurdu dodaje przyjęte przez Doktora bez wahania za fakt własne ojcostwo. Doktor wie, że nie może spłodzić potomstwa i wie, że świat opowiadany przez Conrada był fikcyjny, a jednak dalej gra w tę grę rodzinną. Oboje, Doktor i Belinda, dostają obsesji na punkcie rodzicielstwa; Doktor dopowiada do sytuacji bardzo wiele, dopatrując się w tym cudu, a nie złudzenia, co jest bardzo nie w jego stylu. Rani ma nadzieję na budowę nowej Gallifrey i nowego społeczeństwa Władców Czasu – jest to całkiem fajną, wspaniale złowieszczą ideą – ale Doktor też w to wpada, nagle potrafiąc się skoncentrować tylko na Poppy i iskierce nadziei na ojcostwo. Co ponownie byłoby – podobnie jak w przypadku Belindy – do obronienia, gdyby wcześniej pojawiły się jakiekolwiek przesłanki, że rodzicielstwo jest jego najgłębszym marzeniem. Gdzieś w tym jeszcze majaczą wizje jego wnuczki, które jednak zdają się nie mieć żadnego znaczenia…
Utrata zaufania
Chciałabym wierzyć, że wątek Poppy jako dziecka Belindy i Doktora to wielka zmyłka; że to wszystko zostało zaplanowane i specjalnie uszyte tak grubymi nićmi, by było dla nas jasne, że coś tam nie gra, że ta odzyskana rzeczywistość to wcale nie jest prawdziwy świat, że jest tam do zdarcia jeszcze jedna warstwa iluzji. Nie mam jednak zaufania do twórców Doctor Who, już nie – nie potrafię z przekonaniem powiedzieć, że czekam, aż kolejna seria to wyjaśni. Mogę sobie mieć jakąś wizję, mieć ułożone w głowie, o co chodzi, tworzyć sobie teraz fanowskie teorie, ale odcinek pozostaje, jaki jest, i historia dostała konkluzję, jaką dostała, i wymowa tego jest, jaka jest. Dostaliśmy serię z finałem pozbawiającym towarzyszkę jakiejkolwiek sprawczości, odzierającym ją z tożsamości, nadpisującym ją, jakby jej biografia, pragnienia i cele były pomijalne. W serialu, w którym towarzyszka Doktora to ta postać, do której powinno być nam najbliżej – nasze odbicie w fantastycznym świecie – nie chcę widzieć takiego traktowania kobiet, spłaszczania ich pod pretekstem rodzicielstwa, zmuszania do poświęcania się, oddawania tego, kim są, na mocy decyzji podejmowanych przez kogoś innego. Trudno mi lubić Doctor Who, kiedy twórcy robią takie rzeczy i udają, że to w porządku.
Oczywiście RTD nie wymyślił rodzicielstwa
W Doctor Who zawsze było dużo rodzicielstwa i młodych bohaterów; mała Amy Pond i później Amy Pond jako matka (również motyw rodzicielstwa z elementami przemocy), Clara ucząca w szkole, dzieci na pierwszym planie w odcinkach takich jak The Beast Below, The Empty Child, The Doctor, the Widow and the Wardrobe, Can You Hear Me? i wiele innych, rodzicielstwo Donny Noble w Forest of the Dead i The Star Beast… Mieliśmy tam jednak często do czynienia po prostu z młodymi bohaterami, którzy mierzą się z jakąś niesamowitością i uzyskują wsparcie Doktora, często mu epizodycznie towarzysząc. To, co odróżnia ostatnią serię od tych motywów, jest fakt, że teraz więcej niż dzieci pełniących aktywną rolę w fabule mamy niemowląt lub małych dzieci. Ani noworodek Desiderium, ani Poppy, ani żadne z dzieci Carli nie są samodzielnymi postaciami, to raczej artefakty przekazywane z rąk do rąk, których magicznym wpływem na dorosłych jest wywieranie jakiegoś rodzaju presji i zobowiązań. Taki wybór skłania mnie do skręcania raczej w stronę właśnie wpływu tych motywów na dorosłe bohaterki i bohaterów – a wpływ ten to odbieranie sprawczości, czy to przez realizowanie życzeń, na które nie ma się wpływu (Rani i Conrad używają niemowlęcia jak narzędzia), czy przez samo niewyjaśnione istnienie (Poppy nie ma w fabule nic do zrobienia, jest tylko narzędziem do odbierania Belindzie kontroli nad jej życiem).
Mamy w historii serialu wiele motywów, które łączą rodzicielstwo z mocą: weźmy choćby memiczne Moffatowskie supermatki, jak Amy Pond czy Madge Arwell (The Doctor, the Widow and the Wardrobe). To może przegięcie w drugą stronę, ale jednak dające tym bohaterkom sprawczość, siłę i sensowne historie. Tym bardziej zaskakuje to, że mając tak wiele przykładów w historii serialu, twórcy Doctor Who tym razem skręcili w zupełnie inną, mocno konserwatywną stronę. Wszystkie życzenia Conrada zostały wycofane – poza jednym, które z jakiegoś powodu jest niemożliwe do zakwestionowania.

Magdalena Stonawska (ona/jej). Kulturoznawczyni, redaktorka i tłumaczka, fanka fandomu. Lubi polską i niepolską fantastykę, psy, rośliny doniczkowe, kawę i lewactwo.






